wtorek, 28 czerwca 2016

Dana Kollmann - "Nie bierz do ust ręki umarlaka"

Nie bierz do ust ręki umarlaka zwraca na siebie uwagę już samym tytułem. Opowieść o wydarzeniach z życia doświadczonej wykładowczyni prawa karnego i antropologii, która doskonaliła swój warsztat pracując jako specjalistka od kryminalistyki sądowej, pokazuje nam zupełnie inne oblicze pracy w służbach mundurowych. Nie przeczytacie tu więc o dramatycznych pościgach, czy emocjonujących strzelaninach, a raczej o fotografowaniu śladów, badaniu ciał zmarłych oraz gromadzeniu materiału dowodowego. Ale i tak miejscami jest całkiem ciekawie.

Przede wszystkim należy podkreślić, że nie jest to książka naukowa - mimo iż znajdziecie w niej mnóstwo informacji dotyczących prowadzonych śledztw, to traktowanie jej jako podręcznika okazuje się mało przydatne. Co więcej znaczna część informacji (np. dotyczących daktyloskopii, badania gęstości gleby, czy choćby poszukiwania śladów krwi) może okazać się Wam bardzo dobrze znana z innych, bardziej fachowych opracowań. Żadne z nich nie zaoferuje jednak zabawnej historyjki o trudnościach w zamówieniu przez telefon szesnastu trumien, czy o problemach z przejściem przez lotniskowy terminal z kilkoma czaszkami w bagażu podręcznym. Muszę przyznać, że niejednokrotnie śmiałem się w głos z wisielczego poczucia humoru autorki tekstów, które zdaje się zresztą charakteryzować większość osób stykających się w swej pracy ze śmiercią - od grabarzy po detektywów.

Mimo iż w większość bawiłem się całkiem nieźle, muszę przyznać, że autorka wydaje się straszną suką. Osoby z którymi stykała się w swej pracy zwykle zostają obdarzone niezbyt przyjemnymi określeniami - mamy tu więc zazdrosną żonę, która według autorki przypomina śpiącego potwora, lekko zbzikowanego faceta, który ze względu na owłosione nogi nieustannie nazywany jest Frodem, czy grubaska, któremu przypięto łatkę podwójnego tyłka - wydźwięk tych określeń, choć zapewne miał być po prostu zabawny, okazał się niezwykle wartościujący i protekcjonalny. Choć nie było to dla mnie największą wadą, to co bardziej empatyczni czytelnicy będą pewnie zagryzać zęby ze złości.

Przeszkadzało mi również to, że autorka potrafiła wypłynąć poza główny temat książki. O ile więc historie z pracy na miejscach zbrodni czytało mi się z wielką przyjemnością, to umieszczenie fragmentów np. o zabawie z psami, czy dotyczących podejścia rodziny Kollmann do wykonywanego przez nią  zawodu, kompletnie mnie nie interesowały. I choć były szczególnie irytujące, to na szczęście wcale nie występowały zbyt często.

Moim zdaniem jest to jednak całkiem dobra książka - ukazująca temat śmierci z zupełnie innej strony, próbująca (choć nie zawsze skutecznie) rozbawić czytelnika nawet wobec tak poważnej tematyki. Osobiście bardzo cenię podobne pozycje, które nie tylko czegoś uczą, ale także sprawiają, że dobrze się przy tym bawisz. Myślę, że warto po nią sięgnąć, choć chcąc mieć czyste serce muszę też przyznać, że nie stracicie straaaasznie dużo, jeśli nie zdecydujecie się na tę lekturę. Mi się podobało.


Moja ocena to: 6/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz