piątek, 17 czerwca 2016

Frederick Forsyth - "Negocjator"

To zdecydowanie nie jest książka dla leszczy i laików. Jeżeli nie przeczytaliście wcześniej co najmniej kilkunastu porządnych, bardzo skomplikowanych sensacji, to i przy Negocjatorze raczej się nie pobawicie. Forsyth stworzył bowiem powieść, która jednocześnie jest niesamowicie dobra i strasznie irytująca.

Akcja rozgrywa się na początku lat 90-tych XX wieku. W momencie powstawania tej książki była to jednak wizja niedalekiej przyszłości. Opisywała ona sytuację, w której brak surowców i kapitału zmusza Stany Zjednoczone oraz Związek Radziecki do przeprowadzenia rozmów na temat drastycznego rozbrojenia obu państw. Przeciwko takiej decyzji występują jednak prestiżowe grupy radzieckich generałów oraz amerykańskich przemysłowców sektora zbrojeniowego, które decydują się wspólnie podjąć akcję sabotującą projekt rozbrojeniowy. W tym celu porywają syna prezydenta Stanów Zjednoczonych. Za jego uwolnienie ma odpowiadać jeden z najlepszych negocjatorów na świecie - spędzający wczesną emeryturę na cieplutkim południu Hiszpanii - Quinn.

Z całą pewnością nie można odmówić autorowi wiarygodnej i pełnej drastycznych wręcz zwrotów akcji fabuły. Cała historia tworzy sieć różnorakich powiązań pomiędzy rodziną królewską Arabii Saudyjskiej, radzieckim KGB, amerykańskimi CIA i FBI, czy wieloma, wieloma innymi podmiotami. I przede wszystkim należy podkreślić, że relacje te mają sens i uzasadnienie. Historia jest więc spójna i trudno zarzucić, że ktoś chciał nam wcisnąć jakieś kompletnie oderwane od rzeczywistości gówno. Potencjalny realizm opowieści wydaje się więc być dość mocną stroną powieści Forsytha.

Misternie skomplikowana fabuła, poprowadzona wręcz w mistrzowski sposób, nie jest jednak w stanie ocalić tej książki w stu procentach. Ta bowiem ma wręcz ogromną liczbę wad, które szczególnie drastycznie odczują ludzie niezwiązani zbyt mocno z tym gatunkiem. Przede wszystkim Forsyth stwierdził, że niezłym pomysłem będzie opisywanie każdej trasy, którą przebywa nasz bohater. O ile podróż samolotem z Londynu do Toronto można było znieść, to fragmenty, w których Quinn porusza się samochodem, a czytelnik informowany jest po jakiej autostradzie właśnie się porusza, na którą drogę później zjechał, co rosło na poboczach itd., to uwierzcie mi, że szlag zaczyna trafiać. Rozumiem, że to była próba urealnienia całej sytuacji w jakiej znalazł się nasz bohater, no ale kurwa!

Kolejną kwestią są wątki, które stanowią tło tej historii, ale w konsekwencji okazują się kompletnie nieznaczące. Mam tu na myśli przykład młodego bankowca pracującego w Rijadzie, który zaczyna odkrywać plan zamachowców. Co z tego jednak, skoro typ i tak nie odgrywa najmniejszej roli w całej intrydze? Po cholerę było opowiadanie o nim w trzech, czy czterech rozdziałach? Równie dobrze można było napisać o randomowym Mietku spod budki z piwem i efekt byłby ten sam. Odniosłem zresztą wrażenie, że Forsyth chciał jakoś inaczej zakończyć całą tę historię, ale trochę mu się spieszyło i pewne rzeczy musiał zwyczajnie zignorować.

Do tego warto dodać, że wydanie z którym miałem do czynienia (z Kolekcji Sensacji), zawierało sporo literówek i błędów w korekcie. Nie takich, które uniemożliwiłyby lekturę, ale zdecydowanie takich, na które nawet najbardziej nierozgarnięty czytelnik (ja) zwrócił uwagę. A to o czymś świadczy - i to wcale nie o czymś dobrym.

Czy polecam? Szczerze mówiąc nikomu poza naprawdę hardkorowymi fanami sensacji, którzy przeczytali już wszystkie zajebiste pozycje z tego gatunku. Tu też będziecie bawili się całkiem nieźle i zapewne docenicie kunszt całej historii, ale przy tym zapewne kilka razy niemiłosiernie się wkurwicie.


Moja ocena to: 5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz