czwartek, 28 lipca 2016

Stephen King - "Bastion"

Nie spodziewałem się tak dużego rozczarowania związanego ze świetnie ocenianym Bastionem. Ponoć przełomowa, wybitna i stanowiąca krok milowy w karierze Stephena Kinga powieść post-apo okazała się tak ciężko strawna, że męczyłem ją niemal trzy tygodnie. I choć bardzo mi przykro, gdyż to moje pierwsze (tak duże) rozczarowanie związane z mistrzem horroru, muszę stwierdzić, że bardzo chciałbym ten czas odzyskać...

Zaczynamy jednak od tego, co dobre. Przede wszystkim interesujący jest pomysł na fabułę - oczywiście o ile można mówić tu o jednym konkretnym pomyśle. Akcja książki rozpoczyna się od globalnej epidemii, w której ginie niemal cała populacja Ziemi. Ta część jest naprawdę niezła. Sugestywne opisy miast pogrążonych w chaosie, ciągła niepewność i dezorientacja, a wreszcie zwyczajna tęsknota za kontaktem z innymi ludźmi sprawiają, że ta katastrofa naprawdę żyje (w przeciwieństwie do znacznej części ludzkości), ma swój klimat i najzwyczajniej w świecie prezentuje się nad wyraz zajebiście. Następnie do gry wchodzi czynnik mistyczny, a ocaleni grupują się wokół dwóch wyjątkowych postaci: symbolizujących dobro (matka Abigail) oraz zło (Randall Flagg;R.F). Tutaj czytamy głównie o kształtowaniu się społeczności, budowie obozów, czy relacjach pomiędzy poszczególnymi członkami osad. Koniec książki przedstawia oczywiście wynik starcia tych dwóch sił.

Zacznę może od zalet. Wbrew temu, co napisałem w pierwszym akapicie, nie uważam Bastionu za całkowicie złą książkę. Mimo wszystkich problemów, które według mnie posiada, zawiera zarówno genialne opisy, które pozwalają zatonąć w świecie wykreowanym przez Kinga, bohaterów których szalenie łatwo polubić, znaczną swobodę interpretacyjną w kwestii zakończenia(nawet mimo teoretycznie prostego motywu walki dobra ze złem), czy sporą dozę brutalności, która niezbędna jest nie tylko w prozie mistrza, ale w utworach post-apo jako takich.

Niestety cierpi ona na bardzo poważny syndrom - syndrom kurewskiej nudy. Nie lubię czepiać się akurat tego elementu, gdyż dotąd uważałem się za naprawdę cierpliwą osobę, ale w Bastionie King zdecydowanie przesadził. Nagromadzenie wydarzeń, które nie mają nawet najmniejszego znaczenia dla całości jest tak wielkie, że wręcz szokuje. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że dotąd wszystkie elementy umieszczane w książkach tego pisarza wydawały mi się zasadne, a układanki z nich tworzone stanowiły spójną całość. Ale nie - tutaj musimy czytać o kształtowaniu się tymczasowej rady nadzorczej w osadzie „tych dobrych”, mimo że owa rada nie ma w konsekwencji zbyt wielkiego znaczenia. Podobnie jak znaczenia nie ma wielu szczegółowo nakreślonych bohaterów, którzy choć kreowani mozolnie okazali się kompletnie nieistotni. Tak samo jest z wątkiem szukania partnerki dla psa, który zdołał przetrwać wielki pomór, kwestią szukania żony przez głównego antagonistę, Randalla Flagga, rolą niemowy Nicka Androsa, która w tej historii miała ponoć być naprawdę znaczna, czy liniami fabularnymi innych głównych postaci - na przykład Fran Goldsmith i Stu Redmana, które okazały się w zasadzie niepotrzebne (równie dobrze cała historia mogłaby się potoczyć bez ich udziału). Odnoszę wrażenie, że King pisząc tę powieść na przestrzeni kilku lat nieustannie zmieniał jej koncepcje. W rezultacie wyszedł z tego koktajl, który miesza sporo fajnych elementów, ale właśnie ze względu na umieszczenie ich wśród innych składników, tracą one smak. Ba, w większości nie pasują do siebie, a po przyjęciu tej mieszanki do organizmu wciąż zastanawiasz się - dlaczego nie czujesz dostatecznie mocno swojego ulubionego owocu...

Nie była to więc książka o tyle zła, co raczej rozczarowująca. Dlaczego bohaterowie, których polubiłem nie mogą odegrać większej roli? Dlaczego muszę czytać o kwestiach społecznych, które mnie kompletnie nie interesują? Dlaczego wprowadzono elementy mistycyzmu, skoro powieść najlepiej radziła sobie właśnie bez nich? Tego typu pytania zadawałem sobie coraz częściej wraz z postępami w lekturze. Dziś wydaje mi się, że Bastion jest najzwyczajniej w świecie przegadany, że jest to dzieło lekko trącące tanim moralizatorstwem, a nawet, że zbyt częste zmiany koncepcji na tę powieść zbudowały dziwną, niezbyt jasno sprecyzowaną hybrydę, do której nie planuję już nigdy wracać. Mimo wszystkich zalet tej książki Bastion mnie nie ujął, nie wciągał jak inne historie, które wychodziły spod ręki Kinga i nie jestem w stanie polecić jej z czystym sercem.


Moja ocena to: 5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz