czwartek, 4 sierpnia 2016

Historyczna relacja z otwierania przesyłki!

Po raz pierwszy w historii stwierdziłem, że na blogu należy umieścić pełną relację z otwierania paczki otrzymanej od Lary Notsil (Eweliny K.). Należy, bowiem dziewczyna stanęła na wysokości zadania zarówno jeśli chodzi o formę, jak i zawartość, a ponadto niejednokrotnie mnie rozbawiła, co jest zasługą samą w sobie. Dodatkowym argumentem jest to, że otwieranie paczek od Eweliny jest zawsze niesamowicie angażujące - nie ma sensu się za to brać, jeśli nie dysponujecie dwoma wolnymi godzinami. Argument czasowy podkreśla więc tylko, że o tejże przesyłce można napisać naprawdę dużo - więcej, niż jest sens zamieszczać wyłącznie na facebookowym profilu mojej strony. Ale zacznijmy od początku:

Godzina 11:30; czwartek. Zaspanego po zarwanej nocce Pana i Władcę budzi listonosz. „Otwieraj pan, przesyłka” - rzecze swym śpiewnym głosem zniekształconym nieco przez domofon. Gdzież nam maluczkim dyskutować z przeznaczeniem? Wpuściłem chama. Następnie szybko narzucając gacie leżące na podłodze oraz zakładając koszulkę na lewą stronę, przykryłem swoje strategiczne miejsca, które mogłyby rozproszyć tak drogiego mi dostawcę cudów. Otwieram drzwi. Patrzymy sobie w oczy. Początkowo nieufność szybko przeradza się w uczucie jakie może połączyć wyłącznie zaspanego i nieogolonego dziada ze zmierzwionymi włosami oraz gościa z miną typu „szybciej, bo powinienem to dostarczyć już godzinę temu” wypisaną na twarzy. Gość patrzy na paczkę, potem na mnie. Dostrzegam w jego oczach zdziwienie. Jeszcze raz zerka na adresata wpisanego na nalepce i ponownie na mnie. Chyba nie do końca dowierza. Pośpiech połączony z charakterystycznym dla jego pracy podejściem „a chuj mnie to obchodzi” sprawia, że wreszcie decyduje się rzucić słowa, na które czekałem, magiczne i tak bardzo pożądane przez przedwcześnie zbudzoną ze snu istotę: „tu podpisze”. Po raz kolejny uległem - podpisałem. Dopiero bliższe przyjrzenie się przesyłce pozwoliło mi wskazać elementy, które wywołały niepewność u czujnego kuriera.

Przede wszystkim charakterystyczny papier, który mógł mu mylnie zasugerować, iż jestem księżniczką. Mogę Wam przysiąc, że otwierając te drzwi wyglądałem jak wszystko, tylko nie księżniczka...

Dla Lary to jednak zdecydowanie za mało. Postanowiła, że piękny różowy papier należałoby jakoś ubarwić. Stąd też nalepki z końmi. Dziwne nalepki...
Jakość zdjęć taka, a nie inna, ze względu na to, że były one oklejone taśmą. Próbowałem je jakoś skutecznie odzyskać (nie pytajcie po co...), ale niestety bezskutecznie :(
Mam nadzieję, że gdy następnym razem zamówię paczkę, kurier nie będzie się bał mnie odwiedzić, gdyż było tego trochę więcej...

Gdy zdołałem w sobie zabić ogromną ilość śmiechu i niewielką zażenowania, zabrałem się do otwierania paczki. Jak zwykło to bywać w przypadku przesyłek od Eweliny, zajęło mi to kilka lat. A przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Utwierdziłem się również w przekonaniu, że jedynymi istotami, jakie przeżyją katastrofę nuklearną będą nie karaluchy, ale to, co znajdzie się w pudełku zamkniętym przez Larę. Nie mam pojęcia ile rolek taśmy klejącej ta dziewczyna poświęciła na moją paczkę, ale sądzę, że zapewniła utrzymanie jakiejś fabryce na dekady.


Kiedy udało mi się uporać z tym niewdzięcznym zadaniem, w środku czekało drugie pudełko. Również zaklejone - chwalmy Pana... Znów zabrałem się do pracy, która na szczęście była już o wiele krótsza. Otworzyłem pudło i pojawiła się radość - słodycze! Pierwsza rzecz, która rzucała się w oczy, to mnóstwo różnego rodzaju łakoci.

Cała góra. Było tego naprawdę mnóstwo i nie mam pojęcia kiedy je zjem. Nie czujcie się jednak zaproszeni - o nie. Będę jadł je sam, będę gruby i dostanę cukrzycy, ale przynajmniej umrę szczęśliwy...

Kolejna rzecz, bardziej spodziewana, to książki z cyklu o Jacku Reacherze, które (jak mam nadzieję zdążyliście zauważyć) Lara przesyła mi już od pewnego czasu. Nie wiem dlaczego, nie wiem w jaki sposób zrobiłem jej dobrze (co dla niej zrobiłem dobrego, to bardziej odpowiednia forma, ale ta pierwsza jakoś ładniej brzmi), nie wiem kompletnie nic, ale cieszę się mimo wszystko, licząc po cichu, że w zamian nie będę musiał przebierać się za konia w lateksie...

Wyciągając książki z paczki natknąłem się jeszcze na jedną, dużą i (o ile to możliwe) solidniej zapakowaną, prostokątną, wyłożoną papierem reklamówkę. W środku znajdowało się coś sporego i twardego (ale nie to, o czym właśnie pomyśleliście) oraz tajemnicza koperta. Muszę przyznać, że ta szczególnie mnie zaintrygowała. Początkowo podejrzewałem wąglika, ale po serii testów laboratoryjnych zdecydowałem, że należy ją jednak otworzyć.

W środku zaś znajdowała się ta przepiękna pocztówka z lachonem oraz kilka słów od Lary. Tych oczywiście nie wstawiam, bowiem mogłyby zgorszyć dzieci, które weszłyby przypadkiem na moją stronę. Streszczę tylko, że zawierały one obietnicę dozgonnej miłości oraz notarialnie potwierdzoną deklarację o zostaniu moją niewolnicą - nic ważnego.

Wielkim, twardym przedmiotem, zapakowanym w kilkanaście warstw ręczników kuchennych był komiks. Nie byle jaki komiks, bo sam Wiedźmin! Sześć historii powstałych w latach 90-tych zebrano w jednym tomie głównie po to, by mogły zostać sprezentowane mi - niewdzięcznemu. Dodatkowe podziękowania należą się również pewnej Wiedźmie, która ponoć maczała swoje paluchy w wyborze tego cudownego zbioru.


Cudownego i trzeba przyznać dość grubego. Wiedźmińskie opowieści w formie komiksowej liczą sobie ponad 300 stron, co jest naprawdę zdumiewającą ilością.


Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, jest świetny styl graficzny Wiedźmina. Tego typu rysunki przywołują wspomnienia. Choć nie miałem jeszcze czasu na czytanie komiksu, zauważyłem, że ma on bardzo dorosły charakter oraz zawiera specyficzny dla tego uniwersum humor. Czuję, że będę z niego bardzo, bardzo zadowolony.
Coś dla kobiet...

...i coś dla mężczyzn.
Cóż jeszcze mogę dodać? Serdecznie dziękuję za ten wspaniały prezent - od dawna nikt tak mnie nie rozbawił i nie sprawił takiej radości. Brawa dla Eweliny!    

PS. (Edit?) Dowiedziałem się, iż w przygotowaniu przesyłki b maczała palce nie tylko Wiedźma, ale również Cynamonowy Kącik. Dziękuję dziewczyny - wyszło Wam to świetnie ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz