poniedziałek, 19 września 2016

Wiedźmin - edycja kolekcjonerska (komiks)

Nie znam się zbyt dobrze na komiksach - trudno to ukryć. Choć przeczytałem ich w życiu zaledwie kilka, sądzę jednak, że poziom moich kompetencji w tej kwestii, jest na tyle odpowiedni, by podjąć się stworzenia opinii o jednym z nich. W końcu na powieściach graficznych nie znam się równie mocno, jak na wszystkich innych dziełach, o których piszę, więc bezsensem byłaby próba ograniczania własnej ignorancji do ścisłych ram książek i filmów. Pierwszym komiksem, który zostanie poddany tej marnej, niegodziwej i rozczarowującej próbie, będzie edycja kolekcjonerska Wiedźmina.

Być może kwestia fabularna będzie dla Was nieco zaskakująca, ale powinniście wiedzieć, że komiks opowiada o losach...Wiedźmina. Jeżeli pierwszy szok związany z tą informacją udało Wam się już przetrawić, warto dodać, iż edycja kolekcjonerska zawiera sześć historii związanych z najsławniejszym polskim łowcą potworów. Losy Geralta z Rivii przedstawione w poszczególnych epizodach, opisują życie białowłosego wiedźmina od poczęcia, do momentu znanej z książek historii, związanej z polowaniem na złotego smoka. W międzyczasie towarzyszymy Geraltowi podczas wiedźmińskiego szkolenia, obserwujemy jego walkę ze strzygą, kibicujemy jednej ze stron w momencie konfrontacji upadłej księżniczki Renfri z czarodziejem Stregoborem oraz obserwujemy nieco chaotyczne, choć szalenie satysfakcjonujące starcie Geralta i Yennefer z geniuszem - strzelającym focha dżinem z butelki. O kwestii fabularnej nie będę się zbytnio rozpisywał, ponieważ jest zaskakująco przyzwoita. Niech na jej korzyść świadczy choćby to, że ponad trzystu stronicową edycję kolekcjonerską, z łatwością połknąłem w jeden dzień, odrywając się od lektury z ogromną trudnością.

I jest to naprawdę zaskakujące, bowiem styl graficzny Wiedźmina, delikatnie mówiąc nie powala. Choć trudno odmówić mu swoistego uroku, w wielu momentach miałem wrażenie, że twarze postaci, są zwyczajnie niedopracowane. O ile nie zwraca się na to większej uwagi w przypadku postaci pobocznych, o tyle różnice w przedstawieniu twarzy Geralta, czy Yennefer na sąsiadujących ze sobą kadrach, naprawdę rzucają się w oczy. Ba, często miałem wrażenie, że ogromna część postaci ma nienaturalnie wykrzywione twarze - zbyt duże nosy, czy niepokojąco wydatne wargi. Nie mam pojęcia na ile można to zrzucić na karb stylu lat 90-tych, czy autorskiej koncepcji rysownika, ale fakt pozostaje faktem - wiele kadrów przedstawiających postaci wydaje się być anachronicznymi i lekko niedopracowanymi. Problemem są również potwory. Bazyliszek wygląda jak upośledzony pies, kikimora przypomina lekko przerośniętą jaszczurkę, a złoty smok jest niewiele większy od konia. Niestety tego typu antagoniści nie budzą grozy, a raczej uśmiech politowania. W kwestii graficznej najlepiej prezentują się tła oraz konsekwentny dobór kolorów. Szczególnie wyraźnie widać to podczas sceny, w której Geralt prowadzi dyskusję z łowcami smoków, siedząc przy ognisku. Wszystkie kadry spowija wówczas charakterystyczna pomarańczowa poświata, zmieniając również kolor bohaterów. Wydaje się naturalnym, iż inaczej akcentowane są kadry podróży w pełnym słońcu oraz nocnego polowania na strzygę, ale konsekwencja w stosowaniu określonej palety kolorów, która jednocześnie nie staje się czymś monotonnym, to zdecydowanie element warty podkreślenia.

Muszę jednak przyznać, że mimo problemów z wieloma elementami graficznymi, bawiłem się świetnie. Być może dlatego, że nie jestem wzrokowcem i zdecydowanie przekładam dobrą historię ponad wizualne fajerwerki. Być może dlatego, że usatysfakcjonowały mnie sceny walk oraz dynamicznie rozwijająca się, chronologicznie uporządkowana opowieść. A może po prostu dlatego, że cycki Yennefer były naprawdę spoko - trudno jednoznacznie określić. W każdym razie szczerze polecam - szczególnie fanom Wiedźmina. Jeśli przywykniecie do nietypowego stylu graficznego, to powinniście się bawić naprawdę solidnie. Mi się podobało.


Moja ocena to: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz