środa, 7 grudnia 2016

Stranger Things (2016)

Widzieliście zwiastun Stranger Things? Jeśli tak, to Wam nie zazdroszczę. Kilkuminutowa zajawka niestety nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia  i jedną z najnowszych produkcji Netflixa postanowiłem obejrzeć w przyszłości. W bardzo dalekiej przyszłości. Na przeszkodzie stanęły jednak niezliczone pozytywne opinie krążące po sieci oraz całkowita niechęć do zajęcia się czymkolwiek pożytecznym. Gdy bowiem alternatywą jest nauka i praca, każda wymówka wydaje się sensowna...

Stranger Things nie zrobił jednak na mnie dobrego wrażenia. Nie sprawił mi ogromnej radości, ani nie rozbawił - bardziej zasadnym byłoby stwierdzenie, iż ten serial mnie zaczarował. Nie byłem w stanie oderwać się od śledzenia fabuły, z niecierpliwością oczekiwałem na czas, gdy zasiądę do kolejnego odcinka, z całą mocą zaangażowałem się w losy bohaterów, których dane mi było oglądać, zostałem opętany...
Jim Hopper - pierwsza ofiara predatora, czy komendant policji w Indianie? Hmmm...raczej to drugie, ale sprawa jest otwarta...
Fabuła nawiązuje poniekąd do klasyków kina lat 80-tych. Odrobina kina familijnego w stylu E.T. została wymieszana w ogromnym kotle z kinem grozy Carpentera oraz książkowymi horrorami w stylu „Podpalaczki” Stephena Kinga. O dziwo nie tylko sprawdza się to doskonale, ale przy jednoczesnym oddawaniu hołdu klasykom, tworzy coś kompletnie nowego, odświeżającego. Dziewczynka z supermocami? Jest. Potwór niczym maszkary z obcego? Obecny. Alternatywna rzeczywistość? Odhaczone. Dzieje się tu tak wiele, a wydarzenia rozgrywają się w takim tempie, że dalsze streszczanie fabuły wydaje się nie na miejscu. Wiedzcie jedno - choć nie gwarantuje ona głębszych przemyśleń filozoficznych, to z całą pewnością zapewni tony świetnej zabawy tym, którzy tęsknię do kinematografii sprzed lat. Nie wspomnę już o zabawie z odkrywaniem wielu motywów na własną rękę - plakatów na ścianach, muzyki grającej w radiach, całych segmentów produkcji, w których akcja zorganizowana została na wzór klasycznych poprzedników. Do tego z każdym odcinkiem Stranger Things serial wydaje się dojrzewać. Staje się coraz mroczniejszy, a rzeczy o które nie podejrzewałbym scenarzystów rozgrywają się na naszych oczach. Tak właśnie powinno się robić seriale rozrywkowe dla szerokiego grona odbiorców.
Najszczerszy uśmiech w serialu telewizyjnym od lat - żądamy powrotu tego aktora w następnym sezonie...może wciąż nie mieć zębów.
A wady? Cóż - brak. W swojej kategorii to jedna z najlepszych rzeczy jaka powstała. Unikalna, zabawna, w dużej mierze uniwersalna. Muzyka jest świetna. Zakończenie choć niejednoznaczne i tajemnicze, mogłoby z powodzeniem zamykać całą opowieść. Sprawia iż widz pozostaje w napięciu, mimo obejrzenia napisów końcowych - bardzo lubię takie podejście twórców.

Przyznam że dla mnie pierwszy sezon Stranger Things stanowi pewną zamkniętą historię. Dlatego choć twórcy zostawili sobie furtkę do stworzenia następnego sezonu, nie zamierzam wyczekiwać na niego w ogromnym napięciu. Już pierwsza odsłona cyklu wydaje mi się bowiem czymś kompletnym, skończonym. W dodatku przyniosła mi tak wiele zabawy, że nie wiem jakim sposobem można by powtórzyć ten sukces.
Ellen Ripley, czy Jack Torrance? Cóż - nikt nie mówił, że będzie łatwo...
Podsumowując - serdecznie polecam Wam ten serial, jeśli jeszcze nie mieliście okazji go zobaczyć. Choć zauważyłem w nim pewne niedociągnięcia wynikające z zatrudnienia kilku bardzo młodych aktorów, to jednocześnie wydaje mi się, że nawet one nadawały tej produkcji charakteru. Widzicie co ze mną zrobił ten cholerny serial?! Nie jestem nawet w stanie przyczepić się do słabego aktorstwa jakichś dzieciaków... Tak...niestety zostałem kompletnie zdemoralizowany przez Netflixa. Po prostu musicie to obejrzeć!


Moja ocena to: 9/10     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz