niedziela, 28 lutego 2016

Piotr Głuchowski, Marcin Górka - "Karbala"

Rok 2003 stał pod znakiem spektakularnych wejść. Na ekrany kina weszła kolejna część Władcy Pierścieni, do księgarni Zakon Feniksa, natomiast do Iraku Polski Kontyngent Wojskowy. O ile dwa pierwsze wydarzenia potraktowane zostały przez szyickich bojowników wielce lekceważąco, o tyle pojawienie się polskich żołnierzy na irackiej ziemi, wzbudziło wśród nich ogromną ciekawość. I chęć mordu. Trudno powiedzieć w jakiej kolejności.   

Wobec tego, że niedawno na ekrany kina wszedł film, opowiadający o losach żołnierzy II zmiany PKW, którzy bronili karbalskiej City Hall, nie będę zagłębiał się zbytnio w streszczanie o czym książka opowiada. Wystarczy, że będziecie wiedzieli, iż była to największa bitwa Wojska Polskiego po II wojnie światowej, w której na szczęście obyło się bez ofiar po stronie polskiej. Wydaje się, że z innej perspektywy niż Polacy, na opisywane wydarzenia spojrzałoby około sześciuset bojowników armii Muktady as-Sadra, ale oni nie mieli zębów, pieniędzy, ani zbyt wysokiego IQ, więc kogo to obchodzi. W każdym razie z książki można wyciągnąć wiele wiadomości, które niewątpliwie mogą okazać się przydatne na polu walki. Poza klasyczną radą, dotyczącą powstrzymywanie się od dokonywania ataków samobójczych, gdy wokół Ciebie nie ma żywej duszy, warto zaznaczyć, że wielce niekorzystnym działaniem jest wjeżdżanie nieopancerzoną Toyotą, przed amerykańskie Humvee uzbrojone w wyrzutnię pocisków przeciwpancernych, czy wyciąganie kałasznikowa w odległości dwustu metrów od snajpera dzierżącego SVD. Takie tam małe ciekawostki, o których wielu bojowników as-Sadra zdawało się nie wiedzieć.

Co do samej książki - cóż, czyta się ją całkiem nieźle. Choć styl autorów jest raczej suchy, typowo dziennikarski, to po kilku książkach napisanych akademickim językiem, byłem w stanie to przełknąć bez problemu. Opisywane wydarzenia obejmują na tyle szeroki zakres informacji, żebym nie musiał marudzić - jest tu słówko o szkoleniu żołnierzy, jest też troszkę o ich aklimatyzacji, później fragmencik o obronie City Hall, krótki wpis o czyszczeniu miasta z armii Mahdiego, na koniec zaś nawet fragment o misji w Afganistanie. Niewątpliwie starano się umiejscowić wydarzenia z Karbali w jak najszerszym kontekście.

Szkoda tylko, że o samych walkach w obronie "ratusza" jest tu tak mało. To, co miało stanowić najważniejszy z medialnego punktu widzenia element Karbali, zawiodło. Obrona City Hall opisana zostało bardzo zdawkowo, nie zwrócono uwagi na żołnierzy innych, niż dowódca kompanii rozpoznawczej Grzegorz Kaliciak, czy tych, którzy zostali ranni lub zawiedli swoich towarzyszy na całej linii (Shell Shock). A przecież poza nimi było tam jeszcze sporo walecznych facetów, którzy w większości zasłużyli tylko na wypisanie ich imion na końcu książki.

Ogólnie jestem jednak zadowolony z lektury. Stanowi całkiem fajne podsumowanie informacji o działaniu polskiego wojska w Iraku. Podsumowanie o wiele bardziej obiektywne, niż oficjalne informacje przedstawiane nam przez rząd na przestrzeni ubiegłej dekady. Ponadto autorom udało się zachować niesamowitą wręcz bezstronność. Przedstawiają fakty, nie wartościując przy tym działań polskich oddziałów, ani nie starają się umoralniać czytelnika. Taki sposób narracji pozwala wyrobić sobie własną opinię na dany temat, a przy tym nie ujmuje nic z niesamowitej, bohaterskiej postawy Polaków (heroizm żołnierzy jest tu rzeczywiście zaznaczony, ale to przecież fakt, a nie opinia - opinią byłaby próba określenia motywacji kierujących obrońcami Karbali, ale takich prób na szczęście tu nie ma). Jeśli szukacie informacji o polskiej działalności w Iraku, możecie śmiało po nią sięgnąć. Znajdziecie tu fajnie uporządkowane i nieźle podane wiadomości, przeplatane wypowiedziami żołnierzy i dowódców. Jeśli jednak szukacie tylko dobrej zabawy, to chyba lepszym wyjściem będzie obejrzenie filmu (którego sam jeszcze niestety nie widziałem).


Moja ocena to: 6,5/10

(Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości mojego kolegi (bo mam kolegów!), za co mu serdecznie dziękuję.:))

niedziela, 21 lutego 2016

"Festung Breslau" - Marek Krajewski

Wrocław, miasto ponoć piękne i atrakcyjne, wręcz po brzegi wypełnione wspaniałymi kobietami, które wyrosły na węglu i czarnym chlebie, raj górników i złomiarzy, miejsce tak okrutnie złe, że nawet Mongołowie, bitny i odważny lud, stwierdzili swego czasu, że pierdolą zamek we Wrocławiu i wycofali się spod niego nie podejmując walki. Na szczęście zapobiegliwi mieszkańcy Wrocławia sami wcześniej spalili swoje miasto, co dowodzi z jak twardymi sukinsynami mamy do czynienia.

W powieści Krajewskiego Wrocław umieszczony został w zupełnie innym okresie historycznym. Końca dobiega właśnie II Wojna Światowa. Rosjanie napierają na resztki niemieckich oddziałów, gwałcąc przy tym wszystko, co jeszcze ma puls, albo miało go  kilka godzin temu. Na tle tych wydarzeń swoje śledztwo prowadzi Eberhard Mock. Szwabina, ale taka z dobrym serduszkiem, co to jego motywacją jest wyłącznie wyjaśnienie zagadki. Nie jest to może najprzyjemniejszy facet na ziemi, ale wbrew pozorom nie budzi też antypatii. Jest odważny i bystry, choć czasem zdarza mu się podejmować decyzje, co do których pozostawałem dość sceptyczny.

Zaznaczmy na początku, że jest to czwarta część serii, a nie czytałem żadnej poprzedniej. Być może lepiej zrozumiałbym wtedy motywacje głównego bohatera i jego charakter. Nie ulega jednak wątpliwości, że mamy do czynienia z inspektorem, który kompletnie wyjebane ma na to, co się stanie z jego żoną podczas ataku ruskich. Dookoła wojna, wybuchy, kamienice trzęsą się w posadach, a ten popierdala po mieście i kanałach, rozwiązując zagadkę jednego morderstwa - bo tak. Szczególnie śmiesznie wypadają więc sceny, w których Mock przychodzi do domu i słucha lamentów żony. Ta prosi go, by zgodził się na ewakuację, pakuje mu graty do walizek, żeby to przyśpieszyć, ba, nawet głowa przestaje ją boleć i godzi się na seks (choć o namiętności trudno tu mówić). A co na to Mock? Niezrażony robi groźną minę, rzuca jakiś tekst o tym, że ma swoje obowiązki i... dalej popierdala po mieście. Muszę przyznać, że mimo kilku scen, w których wojna bezpośrednio dotykała naszego bohatera, nie czułem jakoś tego klimatu zaszczucia i ciągłego zagrożenia. Zakończenie również jest nieco naciągane i zostawia czytelnika z pytaniami, dotyczącymi możliwości znacznie wcześniejszego wykorzystania zgromadzonych przez bohatera materiałów dowodowych.

Na plus wypada za to zagadka. Ciekawa, misternie skonstruowana, solidnie pokręcona, pełna motywów religijnych i przede wszystkim trzymająca w napięciu. Do tego odrobina brutalności, styl autora, pozwalający z przyjemnością śledzić poczynania naszego komisarza oraz ewidentne próby solidnego odtworzenia ówczesnych realiów (co oczywiście bardzo się ceni), sprawiają, że jest to całkiem solidna pozycja na kilka wieczorów.

Podsumowując: nie spodziewajcie się cudów, ani ogromnych kontrowersji. Niemcy generalnie są tu źli, kobiety generalnie są wredne, a dzieci z pistoletami są generalnie niebezpieczne. Nie dowiecie się niczego, czego nie wiedzielibyście już dzisiaj. No, może Wrocław jest obecnie odrobinę ładniejszy, ale trudno powiedzieć, czy to ze względu na liczbę zamieszkujących go Niemców, czy odbudowę miasta po wojnie... Na pewno zapytacie, czy mam zamiar kontynuować swoją przygodę z Krajewskim i jego osławionym cyklem? W takim razie z przyjemnością zaznaczę, że nie powinniście wtykać nosa w nie swoje sprawy, ale jak już koniecznie musicie wiedzieć, to odpowiem konsekwentnym, zdecydowanym i niezwykle stanowczym: być może.


Moja ocena to: 6,5/10

wtorek, 16 lutego 2016

Deadpool (2016)

To jest Deadpool. To jest pieprzony Deadpool. Nie jakaś podróbka, cipowaty superheros, którego zadaniem jest ratowanie świata. O nie, moi drodzy, to jest ten sam najemnik - morderca, facet z niewyparzoną gębą, ordynarny cham, z którym jednak chętnie wypilibyście piwo (prawdopodobnie swoje ostatnie w życiu). Marvel podjął niezwykle słuszną decyzję o wyprodukowaniu filmu tylko dla dorosłych. I było to strzałem w dziesiątkę.

Zacznijmy jednak tradycyjnie od krótkiego rysu fabularnego. Wade Wilson, były żołnierz, zajmuje się teraz małymi zleceniami wymagającymi specjalnych kwalifikacji - chodzi o takie błahostki jak zastraszenia, czy pobicia. Oczywiście bardzo szybko w jego życiu pojawia się niezwykle wyuzdana Vanessa. Kilka scen dzikiego seksu później, dowiadujemy sie, że Wade choruje na raka. Jego jedyną nadzieją staje się tajemnicza organizacja, która ratując życie Wilsona, oszpeca jego ciało. Ba, cały proces ukierunkowany jest, na uczynienie z naszego protagonisty niewolnika. Na szczęście plany te szybko zostają pokrzyżowane, a uwolniony z niewoli bohater zaczyna siać zamęt w poszukiwaniu zemsty.
Gina Carano vel. Angel <3
Nie oszukujmy się jednak, że najważniejszym elementem jest tu fabuła. Cały film koncentruje się na ogromie żartów, gagów i nawiązań do popkultury. Tu figurka Green Lantern, tam niedbale rzucony żart o CGI. Dostajemy także ciągłe przełamywanie czwartej ściany, do którego przecież przyzwyczaił swoich fanów Deadpool - zaprawdę powiadam Wam, że jest niesamowicie. Oczywiście żarty, jak przystało na tego bohatera są ordynarne, czasem nawet zwyczajnie kiepskie, ale przy spojrzeniu całościowym, ten film wypada zaskakująco dobrze. Jest bezpardonowy, brutalny, konsekwentny w kpieniu z gatunku. Walki wyglądają znakomicie, a i dźwiękowcy również nie mają się czego wstydzić.

I nie spodziewałem się, że to napiszę, ale obsada wypada bardzo dobrze. Ryan Reynolds gra w końcu bohatera, którego sam świetnie czuje, Morena Baccarin sprawdza się doskonale jako piękna, rozpustna dziewczyna głównego herosa, Gina Carano, grająca drugoplanową rolę, wygląda przepięknie, dostajemy nawet Colossusa, animowaną wersję jednego z moich ulubionych X-menów.
Zabierzcie wszystkich X-Menów, tylko proszę, zostawcie mi tę trójkę!
Ale są też wady. Przede wszystkim część seansu psuje znajomość trailerów. Źle postąpiono umieszczając w nich genialne żarty, które za drugim, czy trzecim razem nie bawią już tak samo. Strasznie słaby jest też wróg Deadpoola, Ajax, którego mimo najszczerszych chęci nie da się traktować poważnie. Nieporadne próby aktora, Eda Skreina, nie sprawiają nawet na chwilę, że antagonista wyda się widzowi choćby minimalnym zagrożeniem dla Wade'a. Zdecydowanie nie jest to film bez wad, ale...

...cóż, bawiłem się genialnie. Jak małe dziecko trząsłem się ze śmiechu, nawet przy do bólu prymitywnych żartach. Cieszyłem się obcinanymi kończynami, z radością patrzyłem na sceny walki, chłonąłem każdy dialog, starałem się wyłapywać skrzętnie poukrywane smaczki. Dla mnie Deadpool stanowił świetną rozrywkę i nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak można by go znacząco poprawić. Mam nadzieje, że będziecie bawili się równie dobrze jak ja.

Przyzwyczajajcie się - żarty o dupie i jajach są tu chlebem powszednim - i wyjątkowo to bardzo dobrze!
Moja ocena to: 8/10

Ps. Wypadająca z oków ubrań pierś Giny Carano, została ocenzurowana, co stanowi zdecydowanie największą wadę tej produkcji - tak się nie robi!

niedziela, 14 lutego 2016

Top 10 - Krótkometrażowy horror/thriller

10. Escargore
Opowieść o grupce sympatycznych ślimaków, szybko przeobraża się w animowane...kino gore. Orgia przemocy w której giną te sympatyczne, oślizgłe stworki, niesie ze sobą równie dużo humoru, co obrzydzenia. Jako że film nie znalazł się w poprzednim rankingu, jego czas przychodzi dzisiaj.

9. Next Floor
Odrażająca satyra na konsumpcjonizm i motywacje kierujące tzw. wyższymi sferami. Nie jest to film budzący grozę, ale w sposób agresywny porusza problemy dzisiejszego świata. Film zrobił na mnie wystarczająco duże wrażenie, by wepchnąć go w ranking. Osobiście uważam jednak, że jego skrócenie, wcale nie wyszłoby mu na złe...

8. The Big Shave
Kolejna satyra społeczna, tym razem powstała w czasach wojny w Wietnamie. Film powszechnie interpretowany, jako alegoria niemożności wycofania się z działań, które wykrwawiają nasz gatunek. Mnóstwo sztucznej posoki i jakiś irracjonalny niepokój po każdorazowym spojrzeniu na żyletkę... Nie jest to film świetny, ani błyskotliwy, ale ma w sobie coś, co wywołuje emocje.

7. Kitchen Sink
Krótki horror opowiadający o... hmmm... obsesjach? Trudno powiedzieć, bowiem produkcja ta jest tak szalenie abstrakcyjna, że nie wiem nawet jak ją oceniać. Faktem jest jednak, że to obraz mocny, którego za cholerę nie mogę wyrzucić z głowy nawet kilka dni po seansie.


6. Don't Move
A to już bardziej klasyczne podejście do gatunku. Jest demon, jest krew, jest trochę tajemnicy. Filmik całkiem solidnie zrealizowany z fajnym twistem na końcu. Dla miłośników horrorów pełnometrażowych, będzie to prawdopodobnie nie lada gratka.


5. Still Life
Bardzo pomysłowy film, z którego nie chciałbym zdradzić nawet najmniejszego fragmentu fabuły. Napiszę więc tylko, że akcja toczy się w Kanadzie, aktor jest w miarę przystojny, a całość zaskakuje i pozostawia pole do interpretacji działań głównego bohatera. Fajna rzecz.


4. Dog Food
Nie spodziewałem się po tym tytule, że zrobi na mnie tak duże wrażenie. A powinienem. Profesjonalna obsada złożona z aktorów młodego pokolenia, zakręcona fabuła, a do tego zręcznie wpleciony w historię morał: nigdy nie krzywdź psa innego faceta. Świetna i ciekawie skonstruowana opowieść o podejściu ludzi do zwierząt. Prawdopodobnie ideologiczna broń w rękach wegan, ale co mi tam - to zwyczajnie dobra produkcja.


3. Genesis

Najniższe miejsce w wielkiej trójce zajmuje Genesis. Wariacja na temat mitu o Galatei, kobiecie - rzeźbie, którą ożywiła miłość jej twórcy, Pigmaliona. Tym razem opowieść ta, została uwspółcześniona i nieco zbrutalizowana - w dzisiejszych czasach za miłość trzeba bowiem często zapłacić  najwyższą cenę. Wrażenie robi szczególnie fabuła. Momentów brutalnych jest tu stosunkowo niewiele, ale efekty, gdy już się pojawiają, wyglądają bardzo solidnie. Trudno też ukryć, że produkcja ta stanowiła ogromne wyzwanie dla aktora, Pepa Tosara, który musiał wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności.  (Dostępny niestety tylko na vimeo.com)


2. Little Favour
Co zrobicie, gdy przyjaciel poprosi Was o kilka dni sprawowania opieki nad jego córką? Benedict Cumberbatch da z siebie wszystko, by młoda dziewczynka pozostała bezpieczna. Problem jednak w tym, że jej tatuś popadł w poważne tarapaty, które teraz dają o sobie znać. Zdecydowanie nie jest to horror, ale świetna akcja, duża doza brutalności, twist fabularny oraz jeden z moich ulubionych aktorów występujący w roli głównej, spokojnie wpychają tę produkcję na drugie miejsce rankingu.


1. Tell
Bardzo klasyczna historia o mordercy i jego poczuciu winy. Brak jakichkolwiek zaskoczeń, znaczących twistów fabularnych itd., ale... jest to jedyna produkcja z naprawdę strasznymi momentami. Ba, to film, którego klimat buduje najlepsza ścieżka dźwiękowa, jaką słyszałem w krótkometrażowych filmach grozy. Ryan Connolly wraz ze swoim zespołem produkują bardzo dobre shorty - polecam także Losses, tytuł zawierający świetną scenę walki, zahaczającą stylem o trylogię Bourne'a, Portal Combat, zabawny film akcji stanowiący wariację na temat znanej gry komputerowej, Proximity, kolejny akcyjniak, którego motywem są polowania na ludzi, czy U.F.Oh Yeah, komedyjkę, w której pokazano najwyższej klasy grę światłem. Wszystkie pozycje łączy dobra muzyka i zaskakująco solidna realizacja.



Jako bonus: sprawdźcie tę stronę. To bardzo ciekawy koncept interaktywnej historyjki, klasycznego zombie story, w której widz ma za zadanie pomagać bohaterowi wykonując mało skomplikowane quick time events. Mała rzecz, a cieszy.

środa, 10 lutego 2016

Top 10 - Komediowe filmy krótkometrażowe

Ostatnio obejrzałem cholernie dużo krótkometrażówek, a żeby ten wątpliwy wysiłek nie poszedł całkowicie na marne, oferuję Wam swój prywatny ranking - tym razem będą to filmy komediowe.

10. Der Fuehrer's Face (1943)
Krótka animacja z kaczorem Donaldem w roli głównej. Film powstał jako propagandowa szpilka, wbita nazistowskim Niemcom przez wytwórnię filmową Walta Disneya. Warto znać chociażby ze względów historycznych, choć trudno ukryć, że ukazanie prawdziwej twarzy Fuehrera potrafi bawić także dziś.


9. Steve (2010)
Jak zachowujecie się, gdy do Waszych drzwi puka nieproszony gość? Oto solidna wariacja na ten temat. Dziesięć minut świetnej gry aktorskiej Colina Firtha, piękna Keira Knightley oraz zakończenie, enigmatyczne, choć satysfakcjonujące. Zabawna produkcja, przy czym należy mieć świadomość, że ten rodzaj humoru z pewnością nie trafi do każdego.



8. Karmazynowe Ubezpieczenie Ostateczne (1983)
Monty Python, piraci i...agencje ubezpieczeniowe. Świetna satyra, mnóstwo humoru oraz pomysłowości. Kilka żartów było jednak na tyle suchych, że filmik ostatecznie wylądował na miejscu ósmym. (Całość można znaleźć np. na stronie vimeo.com)

7. The horribly slow murderer with the Extremaly Inefficient Weapon (2008)
Produkcja kompletnie amatorska, która udowadnia jednak, że liczy się głównie świetny pomysł. Sami bowiem przyznacie, że morderca dokonujący swych zbrodni za pomocą łyżki, to zjawisko dość niecodzienne. Humor czarny i pełen absurdu - dokładnie tak, jak lubię.


6. This Way Up (2008)
Kolejna animacja na liście - tym razem mroczniejsza, bo traktująca o przygodach dwóch grabarzy starających się dostarczyć trumnę z ciałem, na miejsce pochówku. Wbrew pozorom dużo zabawniejsza, niż możecie wnioskować z opisu. Mnóstwo czarnego humoru, groteskowy klimat i świetna muzyka, to niewątpliwie ogromne zalety tej produkcji.

5. Kung Fury (2015)
To widzieli już chyba wszyscy. Nie znajdziecie chyba pełnometrażowej produkcji, która byłaby tak głupia i tak satysfakcjonująca zarazem. Dinozaury, wikingowie, Hitler i Kung Fu - klimat lat 80-tych podbijany mnóstwem smaczków i teledyskiem Davida Hasselhoffa robią swoje...


4. Rare Exports Inc. (2003)
Finlandia - trzech łowców wyrusza na polowanie. Snajper, tropiciel i obserwator - najlepsi z najlepszych. Niestraszny im mróz, są cierpliwi i bezwzględni, łączy ich jeden cel. Muszą upolować grubą zwierzynę. Tak oto rozpoczyna się obława na św. Mikołaja. (Dostępny np. na vimeo.com)

3. Coffe and Cigarettes  III (1995)
Oczywiście warto obejrzeć wszystkie części rozmów przy kawie i papierosach, ale epizod z Iggy Poppem i Tomem Waitsem był według mnie najlepszy. Nietypowy humor oparty na straszliwie niezręcznej rozmowie dwóch muzyków, trafił do mnie najbardziej.

2. The Gunfighter (2014)
Prosty pomysł z umożliwieniem narratorowi ingerencji w świat filmu. Rozbawił mnie solidnie, a do tego akcja toczy się na zwariowanym dzikim zachodzie - do szczęścia nie potrzebuję niczego więcej.


1. Czarna Żmija: Tam i z powrotem (1999)
Prześwietna rola Rowana Atkinsona, który dzięki wehikułowi czasu spotyka się z Robin Hoodem, Williamem Shakespearem, czy królową Elżbietą. Historia nie tylko pomysłowa, ale i zabójczo śmieszna. Serdecznie polecam - to w końcu pół godziny fantastycznej zabawy.


Wyróżnienie specjalne:


Nie wiem, czy filmiki te można zakwalifikować jako krótkometrażówki, ale mniemam, że tak. Dlatego też polecam Wam także świetne parodie ze świata Gwiezdnych Wojen, na które kompletnie przypadkiem natrafiłem, poszukując pozycji odpowiednich do tego zestawienia. Może znajdzie się ktoś, komu przypadną one do gustu :)

piątek, 5 lutego 2016

Eric Garcia - "Windykatorzy"

Myśleliście kiedyś o tym, że warto byłoby zmienić coś w swoim życiu? I nie, nie obawiajcie się, to nie jest wstęp do moralizatorskiej rozprawki w stylu "weź życie w swoje ręce" - broń Boże. Chodzi o banalną kwestię transplantacji sztucznych organów - nic tak wymagającego jak przejście na dietę, czy dbanie o własny rozwój intelektualny - są pewne granice jeśli chodzi o rzeczy, których mógłbym od Was wymagać. Ale pomyślcie: czy sztuczny żołądek, który kurczy się kiedy chcecie, nie byłby fajnym pomysłem? Albo nerki, które sprawiają, że sika się na różne kolory - pomyślcie tylko, jakie możliwości podobny bajer dałby jego użytkownikowi? Szczególnie w zimie... Na podobny pomysł wpadł Eric Garcia, przedstawiając w Windykatorach biznes transplantacji sztucznych organów, jako śpiew niedalekiej przyszłości.

Narratorem jest facet, który swego czasu pracował jako windykator. Jego zadaniem było odbieranie sztucznych organów od osób, które zalegały ze spłatą niesamowicie wysoko oprocentowanych kredytów. Robota prosta i niesamowicie satysfakcjonująca - namierzyć, uśpić, skonfiskować. Tak było do czasu, gdy nasz bohater sam nie stał się zwierzyną. Klasyczna historia - jedna robota, jeden nieszczęśliwy wypadek i odtąd trzeba spłacać sztuczne serducho. A poza tym także alimenty dla czterech byłych żon. Achh, aż chciałoby się powtórzyć w tym momencie kwestię, wypowiedzianą przez jednego z bohaterów Bone Tomahawk - "mądrzy faceci się nie żenią"

Przytoczyłem Wam historię, ale chciałbym uniknąć pytań dotyczących tego, czy książka ma charakter wybitnie  moralizatorski, czy skupia się może na problemie przeszczepów i etycznym wymiarze, jaki podobne działania mogą ze sobą nieść? Żeby odpowiedzieć krótko i zwięźle, a przy tym stanowczo i nie tracąc nic z istoty poruszonego problemu, odpowiem: za chuja. To wciąż prosta, czasem zabawna historia życia twardego gościa, która być może zahacza o bardziej znaczące problemy, ale nie ma przy tym żadnych ambicji do babrania się w filozofii.

I w dodatku czasem okazuje się dość nudna. Nie mam specjalnego problemu ze skakaniem pomiędzy kilkoma planami czasowymi, ale opowieści narratora dotyczące jego byłych żon, miałem naprawdę w...ekhm...powyżej uszu. Fragmenty te były nużące i zdecydowanie nie przystoją typowo rozrywkowej powieści. W takich momentach szczególnie mocno uderza brak akcji, ba, brak nawet porządnie skonstruowanych scen łóżkowych (wyjaśniam zboczuchy - nie jestem jakimś wielkim fanem takowych, ale czasem popychają...fabułę do przodu). Wszystko sprowadza się do tego, co która żona zabrała w momencie rozwodu, czy też która z nich chciała zapisać naszego bohatera na konsultacje u psychologa.

Podobać się może za to konstrukcja świata. Slang windykatorów, jakkolwiek często wydaje się bzdurny, zapewne ze względu dość dziwne tłumaczenie, dodaje realizmu. Nazwy producentów organów, firm zajmujących się dystrybucją, czy krótkie historie powstania całego biznesu, zręcznie wplecione w opowieść, sprawiły, że świat Windykatorów stał się bardziej żywy i wiarygodny. Plusem jest też z pewnością cena, bowiem książkę można dziś upolować taniej, niż otwieracz do konserw (tak, sprawdziłem, bo jestem dziwny). Za jakieś osiem złociszy możecie dostać całkiem solidną, choć zdecydowanie nie genialną opowieść - rozważcie we własnych duszyczkach, czy jest to biznes wart Waszego czasu i pieniędzy.

Moja ocena to: 6/10


Ps. Tak, oglądałem film. Nie, nie pamiętam go za dobrze. Tak, wiem, że grał w nim Jude Law. Tak, lubię tego aktora. I nie, nie wiem, czy film jest lepszy od książki. Gdybyście mieli jakieś wątpliwości dotyczącego mojego stosunku do kinowej wersji, to śmiało nie pytajcie.