czwartek, 28 kwietnia 2016

The Game (2014)

Pamiętacie jak ostatnio narzekałem na pełen akcji, naszpikowany efektami specjalnymi i nieprzekonującymi superbohaterami serial od DC? Jeśli tak, to dziś będzie o czymś zupełnie innym. Oto The Game, jedna z najlepszych produkcji, jaką kiedykolwiek oglądałem. Nie będę próbował ściemniać, że podobał mi się równie mocno, co na przykład True Detective, ale nie zmienia to faktu, że Gra jest cholernie dobrą produkcją.

Pierwszy, dość leniwy odcinek, pozwala na wykruszenie się wszystkich leszczy, którym zależy wyłącznie na tym, żeby w serialu działo się dużo. Nie ma tu spektakularnych pościgów, efektownych wybuchów, czy brutalnych morderstw. Jest za to bardzo realistyczne i niesamowicie klimatyczne zarysowanie szpiegowskiego środowiska lat 70-tych. Historia rozpoczyna się od tego, że do MI5 (brytyjski kontrwywiad) zgłasza się radziecki szpieg, twierdząc, że jego kompanii w najbliższym czasie szykują coś wielkiego. Coś, co Wielką Brytanię powali na kolana i sprawi, że ta będzie Związkowi Radzieckiemu ssała...niedopowiedzenie. Misternie skonstruowana fabuła, prowadzi z czasem do kolejnych pytań, które stawiane są widzowi. Pytań nie tylko o dalsze losy bohaterów, ale także o moralność, lojalność, czy patriotyzm. I muszę przyznać, że jest to cholernie satysfakcjonujące.
Lata 70-te, a słuchawki lepsze niż moje ;(
Przede wszystkim dlatego, że żaden z bohaterów nie drażni. Postacie są wyraziste, świetnie zarysowane i równie zagadkowe, co nieprzewidywalne. Tłamszony przez matkę Bobby Waterhouse, który w pracy potrafi być prawdziwym lwem, cicha i niepozorna Wendy Straw, której analityczny umysł pozwala bohaterom wyjść z niejednej opresji, enigmatyczny Joe Lambe, którego jedyną motywacją wydaje się przez długi czas miłość do tajemniczej Rosjanki Julii, to tylko niektóre z nich. Obsada spisuje się naprawdę dobrze, ale pokłon trzeba oddać ziomkom od scenariusza, bo to właśnie oni zrobili tutaj kawał dobrej roboty. Co jeszcze poza bohaterami oferuje ten serial? Ano, świetną otoczkę fabularną. Gdzieś tam w tle nieustannie przewija się IRA, strajki brytyjskich górników, tworzone właśnie amerykańskie bazy wojskowe w Wielkiej Brytanii, czy też niecni szmuglerzy towarów na teren bloku wschodniego. Takie niewielkie elementy, pojawiające się gdzieś na drugim planie, budowały w  świetny, nienachalny sposób klimat lat 70-tych.
Pierwszy plan: Joe Lambe; Drugi plan - ja, gdy dowiedziałem się, że nie ma drugiego sezonu ;(
Czy widziałem jakiekolwiek wady? Hmmm, oprócz delikatnych przestojów i fragmentów, w których nie działo się kompletnie nic istotnego (które zresztą ani trochę mi nie przeszkadzały), albo faktu, że po zżyciu się z bohaterami nie dostaniemy drugiego sezonu, nie mogę się przypieprzyć absolutnie do niczego. Ok, chcąc krytykować bohaterów, mógłbym wspomnieć, że najgorzej zagrała właśnie Julia, wielka miłość jednej z najważniejszych postaci w tym serialu - Joego. Ale skoro występuje wyłącznie w dwóch odcinkach i kilku reminiscencjach tego agenta, to można ją jakoś znieść. Małym problemem był też czarny charakter, który moim zdaniem nie był wystarczająco intrygujący. Może warto byłoby też zwrócić uwagę, na konieczność wprowadzenia antagonisty, który byłby niejednoznacznie moralny - jak przystało na agenta wywiadu, bowiem o ile strona brytyjska ma takich bohaterów na pęczki, to Rosjanie wydają się być przedstawiani bardzo stereotypowo (wódka, groźne miny, niech żyje komunizm, etc.).
Cholera, to najdziwniej zapakowane cygara, jakie kiedykolwiek widziałem...
Przy tak dobrym serialu zwracanie uwagi na tak mało znaczące wady, jest jednak oznaką małostkowości i zwykłego czepialstwa. Dlatego też wyrzućcie z głowy poprzedni akapit i po prostu obejrzyjcie. Obiecuję Wam, że nawet jeśli macie historię w kompletnym poważaniu, a praca wywiadowcza nie interesuje Was w żadnym wymiarze, to będziecie się bawili bardzo dobrze. No przynajmniej o ile Wasze IQ jest odrobinę wyższe, niż sznurówki od buta. Polecam jak cholera.


Moja ocena to: 8/10 

niedziela, 24 kwietnia 2016

DC's Legends of Tomorrow (2016)

Straciłem na ten serial wystarczająco dużo czasu, by rozprawić się z nim w tekście krótkim i słowach często uważanych za niecenzuralne. Bo co dobrego można powiedzieć o DC's Legends? Że ma czasem niezłe efekty specjalne? Że występuje tu sporo nawiązań do mniej znanych komiksów z uniwersum DC? Że Dominic Purcell jest stosunkowo przyzwoitym Heat Wavem? No w sumie tak - i to by było na tyle.

Fabuła oparta na podróżach w czasie, jest, nie bójmy się użyć tego słowa - zjebana. Pełna dziur fabularnych i pozostawionych w interpretacji widza ścieżek czasowych, do których po prostu musiałyby doprowadzić wydarzenia, dziejące się w różnych okresach historycznych, zakrawa o absurd. Jeżeli nie jesteście gotowi na serial, który na każdym kroku rodzi pytania w stylu: dlaczego nie zrobili tego wcześniej, dlaczego nie użyli tej broni na samym początku, dlaczego do cholery nie cofnęli się w czasie, żeby wykończyć głównego antagonistę - Vandal Savage'a - w latach jego młodości, itd.? W takiej sytuacji prawdopodobnie nie jesteście przygotowani na ten seans.
Jeżeli najlepszą postacią w serialu, jest pojawiający się gościnnie Arrow, to chyba coś mówi o poziomie obsady. I to raczej coś złego.
Co poza bzdurną fabułą, która nie trzyma się kupy (a właściwie sama jest niezłą kupą), oferuje nam nowe dzieło od DC?  Mnóstwo różnej jakości efektów specjalnych, których dość miałem już po pierwszym odcinku. I nie dlatego, że ich nie lubię. Tutaj miały one wyłącznie jedno zadanie - odwrócić uwagę widza od fatalnej wręcz choreografii walk - pod warunkiem, że można tu o takowej mówić. Po świetnym Daredevilu oglądanie produkcji, w której przeciwnicy kładą się po ciosach niedochodzących nawet celu, czy laski, która wyczynia akrobatyczne cuda, kompletnie absurdalne w jakimkolwiek pojedynku, a nawet bohatera (bynajmniej cechującego się super siłą) ładującego z pięści w kevlarową (czy jakąś tam inną - ważne, że ponoć twardą) zbroję  - ba, nawet składającego w ten sposób swojego oponenta jak klocki LEGO, jest uwłaczające. Tak, czuję się osobiście dotknięty przez te gówniane sceny, obrażające moją resztkę inteligencji.

I te dialogi - nożesztykurwa - co to są za dialogi. Gdyby wyciąć wszystkie klisze, znane z innych tego typu produkcji, nie mielibyśmy w tym serialu ani jednego żartu. Ba, trudno powiedzieć, czy mielibyśmy w ogóle jakąkolwiek konwersację. I nie, nie jestem gołosłowny - w jedenastym odcinku byłem już w stanie (przy niektórych scenach) określić, jaka kwestia padnie w dalszej części rozmowy. To jest kurwa niepoważne - pytam się dla kogo jest ten serial? Dla dzieci? Przecież nawet one dysponują szczyptą rozsądku, która pozwoli zauważyć pewne nieścisłości w budowaniu świata, czy choćby tym nieszczęsnym prowadzeniu dialogów (oczywiście te małe szczyle kupią efekty specjalne, serwowane nam na każdym kroku, co prawdopodobnie powoli przetrwać kolejnemu słabemu serialowi).
Ciara Renee - jej pierwsza rola, a już jest w top 10 moich najbardziej znienawidzonych aktorek. Pierwsza rola i już taki sukces...
Obsada jest...jaka jest. Dwie największe gwiazdy - Dominic Purcell i Wentworth Miller, znani z całkiem niezłego Prison Break'a, wyraźnie się już wypalają. A może po prostu nie byli w stanie zbyt dużo zrobić z tak głupim scenariuszem? O ile jeszcze Purcell mi odpowiadał, to maniera grania Millera, z tym jego bardzo mocnym akcentowaniem słów, udawanie cwaniaczka, na którego kompletnie nie wyglądał, czy też niekonsekwencja w budowaniu jego postaci, która z łotra i rabusia, bardzo szybko przeistacza się we wzorowego członka drużyny, zwyczajnie mnie drażniły. Poza tym mamy też typowego profesorka (Victor Garber/Firestorm), zabawnego altruistę posługującego się kostiumem przypominającym strój Iron Mana (Brandon Routh/Atom), byłą członkinię Ligi Zabójców (Caity Lozt/White Canary), ciągle jęczącego kapitana statku, który chciałby być dobrym strategiem, ale mu nie wychodzi (Arthur Darvill/Rip Hunter), kapłankę z czasów starożytnego Egiptu, na którą rzucono klątwę nieśmiertelności (Ciara Renee/Hawkgirl) i rozbrykanego młodzieniaszka, który dopiero uczy się odpowiedzialności, (Franz Drameh/Firestorm). No jest tego cholerstwa trochę, ale nikt nie wybija się ponad przeciętność, co w przypadku superbohaterów, może zostać potraktowane jako niemała obelga.

Ależ ten chłopak miał gorącą głowę - aż palił się do walki...
Dobra, rozpisałem się, a troszkę niepotrzebnie. Nie zaprzeczam, że jest to serial ładny, w którym kilka scen naprawdę bawi i pozwala z przyjemnością rzucić okiem na ekran. Wizualnie jest więc nieźle, choć czasem miałem wrażenie, że dość tandetnie. Poza tym jest to chujnia pierwszej wody, która nie oferuje absolutnie nic. Wszystko jest tu robione jakby na siłę, problemy tworzą sobie sami bohaterowie, tylko po to, żeby mieli z czym walczyć, a historia kompletnie nie angażuje. Zły serial, bardzo zły. Osobiście oceniłem go na trzy punkty z dziesięciu, ale nie wystawiam tej noty, ponieważ wydaje mi się, że to nie sam serial jest tak ogromnym problemem, a raczej kompletnie nietrafiająca do mnie koncepcja, którą przyjmują twórcy. Także jeśli Wasz gust jest chociaż troszkę podobny do mojego - nie polecam. W innym przypadku musicie sprawdzić sami.

środa, 20 kwietnia 2016

Wolverine and the X-men (2008)

Tak, wiem, oglądanie bajek w tym wieku, nie jest najrozsądniejszą rzeczą, jaką można się zająć. Ale...nie, jednak nie mam żadnego wytłumaczenia - to po prostu grzeszna przyjemność na którą pozwoliłem sobie po raz pierwszy od bardzo baaardzo dawna. Dwadzieścia sześć około dwudziestominutowych odcinków X-menów, obejrzałem zaskakująco szybko, biorąc pod uwagę znikomą ilość czasu, jakim dysponuję. Ale po kolei.

Wolverine and the X-men, to, wbrew temu, co sugeruje tytuł, nie jest historia skupiająca się głównie na postaci Logana. Opowieść krąży wokół konfliktu ludzi z mutantami, który przybiera nieoczekiwany obrót zarówno dla jednej, jak i drugiej strony. Potężne Sentinele, strażnicy zbudowani ręką ludzką, przejmują władzę nad Ziemię niszcząc zarówno ludzi, jak i niewoląc pozostałe przy życiu mutanty. W tych okolicznościach ze śpiączki budzi się profesor Charles Xavier. Postawiony w obliczu apokalipsy postanawia skontaktować się z Wolverinem z przeszłości, którego zadaniem będzie odwrócenie biegu niekorzystnych wydarzeń. Tak, mam świadomość jak absurdalnie brzmi ta historia, ale należy zauważyć, że otwiera ona pole nie tylko do wprowadzenia dwóch świetnie poprowadzonych linii czasowych, ale pozwala także na przedstawienie ogromnej ilości mutantów, które są o wiele mniej znane, niż ich kultowi bracia. Tak więc znów spotkamy się z Wolverinem, Storm, czy Nightcrawlerem, ale jednocześnie poznamy Bishopa, Marrow, czy Domino. Muszę przyznać, że ta różnorodność zdecydowanie wyszła animacji na plus.
Hugh Jackman w skórzanej kurteczce do pięt nie dorasta klasycznemu kostiumowi rosomaka. I jeszcze ta jego umięśniona klata - bleh :/
Sama fabuła okazuje się całkiem znośna. Choć pełno w niej typowo komiksowych absurdów, to właśnie taka opowieść stanowi esencję klasycznych X-menów. Pełno tu dylematów moralnych oraz postaci postępujących w kompletnie niejednoznaczny sposób. Mimo klisz w stylu twardego i wiecznie sprawiedliwego Logana, mamy też postacie o wiele bardziej interesujące, jak na przykład Emma Frost, czy nawet Magneto (boli natomiast brak Cyclopsa, którego uwielbiam). Pomimo bardzo krótkich odcinków, poruszono też mnóstwo wątków. Każda postać wydaje się więc mieć znaczenie dla dalszych losów historii. Nawet odcinki, w których nie odwoływano się do głównej misji X-menów wydawały mi się bardzo ciekawe, ponieważ dotyczyły wydarzeń związanych z historią poszczególnych bohaterów i pozwalały mi ich bliżej poznać. Ba, w jednym z takich epizodów pojawił się nawet Hulk, Nick Fury, czy nawet Silver Samurai, którego zdecydowanie się nie spodziewałem. Ok, zdarzały się też segmenty, przy których rozpraszałem się z łatwością oraz bohaterowie, których zdecydowanie nie darzę sympatią, ale w ogólnym rozrachunku wyglądało to całkiem przyzwoicie.
Dark Angel po przeróbkach Sinistera wygląda kozacko. Z najsłabszego mutanta zrobił się z niego całkiem przyzwoity wymiatacz.
Jeżeli jesteście fanami komiksów, a oglądania seriali animowanych (przeznaczonych nie oszukujmy się - głównie dla dzieci) nie uważacie za kompletną stratę czasu, to akurat ten, mogę z czystym sercem polecić. Choć nie ma tu zbyt dużo graficznych fajerwerków, doskonałych dialogów, czy świetnej opowieści bez żadnych dziur fabularnych, to ogląda się go całkiem nieźle. No i głosy postaci dobrano w sposób ocierający się o geniusz i oddający charaktery bohaterów w świetny sposób. Podsumowując - jest to specyficzna produkcja, ale fanom podobnych mogę ją z pewnością rekomendować. 

   
Moja ocena: 7/10

piątek, 15 kwietnia 2016

Hidden (2015)

Niestety aktualnie nie jestem w stanie publikować zbyt często. Wiem, rozpoczynanie wpisu od żalenia się, nie jest dobrym pomysłem, ale jestem do tego zmuszony, choćby po to, żebyście wiedzieli, co się u mnie dzieje (uwaga, attention whore!). Niestety zasiadając do seansu filmowego, po niemal całym dniu ślęczenia nad pracą magisterską, ostatnio rzeczą o jakiej myślę, jest pisanie opinii o obejrzanym dziele. Nie wspomnę już nawet o recenzjach książek, które być może wrócą...w czerwcu. Tych szczególnie zirytowanych faktem, iż nie tego spodziewali się po moim blogu, przepraszam najmocniej. Całą resztę chciałbym poprosić o opinię - czy uważacie, że powinienem publikować około dwóch tekstów w miesiącu, które będą przypominały te zamieszczane dotąd, czy może wolicie bym zachował większą regularność i publikował bardzo, bardzo, ale to bardzo skrócone i hasłowe opinie dotyczące obejrzanych w międzyczasie produkcji (nie chcę rezygnować z tego pisania kompletnie, bo obawiam się, że po "odwyku" mogę już do tego nie chcieć wracać)?


W każdym razie dziś się zmobilizowałem, więc  nie przedłużając marudzenia - oto Hidden. Produkcja przedstawiająca losy rodziny, która w związku z całą masą zbiegów okoliczności zamieszkuje niezbyt przytulny bunkier. Nie jest zbyt wesoło - żarcie z puszek, problemy z przepływem wody, nuda jak cholera (prawie jak przeciętne życie w akademiku), ale...to i tak nic w porównaniu z zagrożeniem, jakie czai się na powierzchni.

Nie ukrywam, że spodziewałem się całkiem przyzwoitego horroru w klimacie post-apo. O ile jednak o apokaliptycznym klimacie można mówić z pełnym przekonaniem, o tyle Hidden bardziej przypomina thriller, niż horror. Mówiąc innymi słowami - ten film ma cholerne problemy ze straszeniem. Jest tu sporo niepokoju, wynikającego chyba z nie do końca sprecyzowanego zagrożenia (lubię takie zabiegi - przy niskim budżecie potwory pokazane zbyt wcześnie, wywołują raczej śmiech, niż dreszcz strachu) , jest mrok, są bohaterowie, którzy bardzo przekonująco grają przerażonych, ale... czegoś tu zdecydowanie brakuje. Może jakiegoś nowatorskiego zagrania fabularnego, może lepszej muzyki, może wreszcie jakiegokolwiek elementu, który byłby nie tylko solidny, ale wybitny?

Mimo wszystko jest to jeden z lepszych filmów grozy, jakie ostatnio widziałem. Poniekąd wynika to właśnie z tej oszczędności i solidności, z odpowiedniego zbalansowania momentów ckliwych oraz tych pełnych akcji, być może z solidnej dawki mroku i brudu, które właściwie wyeliminowały wszelkie ewentualne zarzuty, mogące odnieść się do kwestii wizualnych. Odrobinę klimatu budowały też z pewnością klaustrofobiczne przestrzenie i całkiem niezłe aktorstwo - przy czym wyjątkowo warto byłoby wyróżnić stosunkowo mało irytującą rolę dziecięcą.

Aczkolwiek nie chciałbym, by po wystawieniu oceny pojawiały się pytania: "a czemu tak nisko?". Głównie dlatego, że nie chce mi się na nie odpowiadać (niech żyje pracowitość), ale także dlatego, że film ten przedstawia wycinek pewnej historii, którą widz chciałby poznać w szerszym kontekście. Samo w sobie nie jest to żadnym zarzutem, ale gdy wynika z tego mnóstwo niedopowiedzeń, a po seansie można postawić sobie więcej pytań, niż przytoczyć odpowiedzi, to już tak przyjemnie nie jest. Poza tym bohaterowie czasem potrafią zachować się wyjątkowo idiotycznie, ale to już chyba bolączka wszystkich tego typu produkcji. Oczywiście podkreślę jeszcze raz, żebyśmy się dobrze zrozumieli: pisząc "wyjątkowo idiotycznie", mam namyśli, wyjątkowo, cholernie i wręcz zaskakująco idiotycznie. Z drugiej strony jeśli oczekujecie filmu dokumentalnego, to obejrzyjcie coś poważniejszego ("Obcego", albo "Evil Dead").

I cóż z tego, że wady są znaczące, skoro bawiłem się całkiem nieźle? Oczywiście nie polecam oglądać tego filmu kompletnie na trzeźwo (tym bardziej, że nigdy w życiu nie sugerowałbym Wam, żebyście cokolwiek robili na trzeźwo), ale po dwóch piwach spokojnie da się go strawić. Podsumuję to najbardziej januszowatą sentencją, na którą mnie o tej porze stać - chuj wie czy dobry, mnie tam się podobał.


Moja ocena to: 6/10


piątek, 8 kwietnia 2016

Maverick (1994)

Czasem wydaje mi się, że powinienem częściej zamieszczać opinie, dotyczące dzieł kultury, które w jakikolwiek sposób wzbogacają człowieka. Uświadomić jak najszerszej rzeszy ludzi, iż filmy tak ambitne, że obejrzało je tylko osiem osób na świecie, z czego cztery zasnęły, książki, które składają się wyłącznie z dat i biografii osób, które odcisnęły swe piętno na historii pakowania mrożonych brokuł, czy piosenki, skomponowane w całości na kobzę i kozie jelito, niosą ze sobą ogromną wartość. A później oglądam film taki jak Maverick i stwierdzam, że pieprzyć to - ważne, żeby się dobrze bawić.

Wynika to poniekąd stąd, że nie mamy do czynienia ze zbyt ambitną historią. Ot, klasyczna opowieść o cwanym hazardziście, pięknej złodziejce i szlachetnym stróżu prawa. Gdzieś w tle jest też turniej pokerowy, w którym nagrodę stanowi pół miliona dolarów. Pewnie przeszedłbym obok tej produkcji obojętnie, gdyby nie polecanka Arka, czy niewątpliwie gwiazdorska obsada. W rolach głównych zobaczymy bowiem takie nazwiska jak Mel Gibson, Jodie Foster, czy James Coburn (miłośnicy westernów zapewne świetnie znają tego pana). I cóż, pozostaje mi się wyłącznie cieszyć, iż nie popełniłem grzechu ignorancji i w końcu zdołałem obejrzeć ten film.
Ręka Mela Gibsona spoczywa w tej scenie na stole, ale dobrze wiem, co sobie pomyśleliście. Zboczeńcy.
Bawiłem się przy nim naprawdę dobrze. Nie jest to może ten typ produkcji, przy której trzymamy się ze śmiechu za brzuch, ale w żaden sposób nie zmienia to mojego nastawienia do Mavericka. Żarty są tu na każdym kroku, humor nie jest może nachalny, ale za to stosunkowo (jak na amerykańskie kino) inteligentny. Wspomniałem już o udziale Jamesa Coburna, ale żartów z konwencji westernu jest tu znacznie więcej - cyniczny Indianin, będący przyjacielem Breta Mavericka, bohater przybywający już w pierwszych scenach do miasteczka na...osiołku, czy gałąź łamiąca się pod ciężarem wieszanego ciała, to sceny szczególnie zapadające w pamięć, w sposób oczywisty nawiązujące do klasyków gatunku. Poza tym gagi w stylu Danny'ego Glovera napadającego na bank i wymieniającego znaczące spojrzenia z Melem Gibsonem, sprawiają, że uśmiech musi pojawić się na mordzie każdego fana Zabójczej Broni. Maverick ma w sobie wszystko, co uwielbiam w filmach. Mimo tego, że posiada znaczne dziury fabularne, to jest równocześnie szalenie zabawny, wypełniony po brzegi akcją, a w dodatku wygląda całkiem ładnie (piaszczyste i stepowe scenerie nie znudzą mi się chyba nigdy).

No i jest Jodie Foster, która zasłużyła na osobny akapit. Bo widzicie, role kobiece często są niedoceniane. Sam bardzo rzadko trafiam na aktorkę, której gra aktorska naprawdę mi się podoba. Obecnie coraz częściej są to laleczki, wrzucane do filmu właściwie po to, żeby ładnie wyglądać. A Jodie nie tylko wygląda tutaj prześlicznie, ale i świetnie gra. To właściwie idealna kobieca rola komediowa - kiedy trzeba Jodie jest uwodzicielką, kiedy indziej złości się w przesympatyczny sposób, czasem trochę przesadza, innym razem jest odrobinę szalona, ale co ważniejsze za każdym razem dokładnie wie, jaka powinna być jej postać. I wychodzi to znakomicie.
Hmmm, jaki błąd popełniłem?
I to by było na tyle. Jeśli nie szukacie niczego ambitnego, a interesuje Was wyłącznie dobra zabawa, najlepiej z dzikim zachodem w tle, to Maverick jest bardzo dobrym wyborem. To dość prosta komedia, korzystająca ze sprawdzonych motywów, ale robiąca to w doskonały sposób. Ostatni raz tak dobrze bawiłem się...nawet nie pamiętam kiedy. Polecam.


Moja ocena to: 8/10