sobota, 28 maja 2016

Naval - "Przetrwać Belize. Opowieść GROM-owca o morderczym treningu w dżungli."

Nie jest łatwo być żołnierzem. A już zwłaszcza żołnierzem elitarnego oddziału sił specjalnych, takiego jak GROM. Wbrew wszelkim pozorom nie piszę tego na podstawie własnych doświadczeń. Swoją wiedzą podzielił się ze mną jednak tajemniczy Naval, doświadczony żołnierz, który część swego bojowego treningu odbył w gęstych, niebezpiecznych i czasem wręcz boleśnie okrutnych dla przybyszy dżunglach Belize. Czy przygoda ta była jednakowo satysfakcjonująca dla nas obu?

Belize to niewielkie państwo w Ameryce Środkowej, zajmujące niewiele większą powierzchnię niż Słowenia i odrobinę mniejszą, niż równie swojska Rwanda. Teren Belize w przeciwieństwie do dwóch wspomnianych wyżej państw porastają jednak gęste dżungle, niezwykle przydatne dla komarów, niezwykle odpornych na trudne warunki archeologów oraz polskich komandosów. Bogata fauna i flora, to gwarancja ogromnych wrażeń - dosłownie na każdym kroku. Belize należy bowiem do miejsc, w których zjedzenie owocu z drzewa, czy pogłaskanie niewinnie wyglądającego węża, może stać się ostatnią rzeczą jaką zrobicie w życiu. Poza tym, że jest tu pięknie, jest też cholernie gorąco, cholernie wilgotno i cholernie niewygodnie - prawie jak w polskich akademikach, tylko że w Belize wojskowi dostają własne racje żywnościowe.

Naval w Przetrwać Belize przeprowadza nas przez swój proces szkolenia. Pokazuje zarówno charakterystyczne elementy współpracy taktycznej w ramach swojego zespołu, troszeczkę w stylu survivalowca opowiada o metodach przetrwania w dżungli, wskazuje również na rolę poszczególnych żołnierzy na działania grupy, krótko opisując przy tym ich charaktery. Nie ma tu samych superbohaterów - chłopaki wkurwiają się na głupie decyzje dowódcy, poobcierane stopy, czy błędy w nawigacji zespołem.  I trzeba przyznać,  że te nieco ironiczne fragmenty należały też do jednych z najprzyjemniejszych.

Cóż tu jeszcze można dodać? Nie jest to może książka wybitna, której na rynku brakowało. Nie jest też z całą pewnością niczym oryginalnym, bowiem wspomnienia żołnierzy, czy poradniki survivalowe od lat cieszą się wielką popularnością. Mimo to stanowiła ona niezwykle wciągającą przygodę, od której nie mogłem oderwać się przez całą noc, rozprawiając się z książką w dwa dni (to lekko ponad 250 stron, więc nie poczytuję sobie tego za zbyt wielki sukces). Jeżeli brakuje Wam sympatycznej przygody, niezłej opowieści o trudach i zmaganiach w dżungli, z naszą najbardziej znaną jednostką wojskową w tle, mogę śmiało polecić. Naval to tylko część wielkiej opowieści o tym, czym jest GROM, ale i tak warto się z nią zapoznać.


Moja ocena to: 7/10 

poniedziałek, 23 maja 2016

Justified (2010-2015)

Pamiętacie jak jeszcze niedawno pisałem o świetnym serialu szpiegowskim The Game oraz nieco gorszej, ale wciąż wciągającej produkcji kryminalnej Forever? Otóż spotkało się to z nieuzasadnionymi pretensjami, że moje teksty powstają głównie w oparciu o polecanki Ricka. Możecie sobie tylko wyobrażać jak wielkie było moje oburzenie wynikające z tych pomówień - tupałem nogami, krzyczałem i rwałem sobie resztki włosów z głowy, ale w końcu doszedłem do wniosku, że nie ma co się przejmować i należy skorzystać z sugestii kogoś innego, kogoś kto nie zna się co najmniej równo mocno jak imć Arkadiusz. Skorzystałem więc z propozycji Lary - znanej w pewnych kręgach jako Ewelina. To właśnie ona zasugerowała, bym zapoznał się z Justified, serialem kryminalnym rozgrywającym się gdzieś w zapadłych wioskach Kentucky. Jak możecie się słusznie domyślić, nie spodziewałem się cudów. I to był błąd, gdyż dostałem jeden z lepszych seriali, jakie kiedykolwiek oglądałem - choć oczywiście nie najlepszy (True Detective...).
Raylan i Boyd - dobrze wychodzą ze sobą tylko na zdjęciu.
W Justified poznajemy Raylana Givensa, stosującego cokolwiek kontrowersyjne metody działania policjanta federalnego, zajmującego się poszukiwaniem zbiegów, aresztowaniami, transportem więźniów oraz piciem bourbona. Raylan to kawał sukinsyna wyraźnie zainspirowanego klasycznymi westernami. Nie rozstaje się ze swoim szczęśliwym kapeluszem, diabelnie dobrze strzela, a stosowanie przemocy wobec aresztantów traktuje jako swoją zwykłą codzienność. Raylan ze względu na problemy z pewnym gangsterem (problem polegał na tym, że ów gangster został przez niego zastrzelony), do czasu wyjąsnienia sprawy zostaje odesłany do swej rodzinnej miejscowości w Kentucky. I tu zaczyna się zabawa.
Dwóch najtwardszych sukinsynów w serialu.
W zapadłych dziurach i niewielkich miasteczkach Kentucky poznajemy bowiem całą gamę barwnych postaci. Wśród nich z pewnością najistotniejszym jest dawny przyjaciel Raylana, Boyd Crowder. Boyd zmienia się w zasadzie z sezonu na sezon - poznajemy go jako weterana wojny w Iraku, propagatora nazimu i organizatora niewielkich rabunków. W trakcie rozwoju fabuły przeistacza się on jednak w żarliwego kaznodzieję protestanckiego, następnie uczciwego obywatela pragnącego spokojnie żyć ze swoją nową dziewczyną Avą, aż wreszcie staje się przebiegłym mózgiem zorganizowanej grupy przestępczej, planującym wielomilionowe operacje. Na osobne wzmianki zasługują również osłaniający działania Raylana szeryf Art Mullen, kolejny weteran wojenny pracujący razem z głównym bohaterem - snajper Tim Gutterson, miotający się pomiędzy różnymi grupami przestępczymi nierozgarnięty, ale niesamowicie śmieszny wieśniak Dewey Crowe, ojciec Raylana, doświadczony przestępca Arlo Givens prowadzący z synem nieustanną rywalizację, czy wyjątkowo dobrze zagrane postaci kobiecie, jak Ava Crowder, żona Boyda, czy Loretta McCready, młodziutka dziedziczka dużej fortuny zbitej na handlu marihuaną.   
Mags Bennet - piękniejsza strona Justified...eee..znaczy pod względem aktorskim...
Główną zaletę stanowią z pewnością antagoniści. Prym wśród nich wiedzie pojawiający się w każdym z sześciu sezonów Boyd Crowder, jednak ich gama jest zdecydowanie szersza. Mamy tu na przykład Mags Bennet, pyzatą kobiecinę dzierżącą przywództwo nad jedną z największych rodzin, kontrolujących handel narkotykami w okolicy, Roberta Quarlesa, bezwzględnego mordercę i dewianta seksualnego, który jednocześnie stara się zawsze zachowywać klasę i uchodzić za dżentelmena, Avery'ego Markhama, doświadczonego przestępcę, któremu nieustannie towarzyszy zafiksowany na punkcie nastoletnich dziewczyn rewolwerowiec, czy wreszcie rodzinę Crowe, nad którą piecze sprawuje Daryl, podejmujący próby opanowania swych nieobliczalnych braci. Trzeba przyznać, że tworzenie świetnych, zapadających w pamięć postaci, to coś, co twórcy Justified mają w małym paluszku. To właśnie bohaterowie, zmieniający się z sezonu na sezon, ale zawsze trzymający wysoki poziom, sprawiają, że serial ten posiada tak ogromną magię przyciągania przed ekran.
Oceń orientację seksualną jednego z głównych antagonistów Justified - masz trzy szanse.
Raczej nie ma co się oszukiwać, że twórcy zamierzali w Justified przedstawić problemy winy, kary czy moralności. To jeden z tych seriali, które po prostu ma się świetnie oglądać, bez zbyt intensywnego myślenia. Należy jednak zaznaczyć, że fabuła każdego sezonu jest na tyle misternie skonstruowana i nieprzewidywalna, że miłośnicy kombinowania i snucia przypuszczeń również nie będą zawiedzeni. Poza tym jest tu dość dużo niedopowiedzeń, które choć nie wpływają zbyt mocno na zasadniczą linię fabularną, pozwalają tworzyć własne teorie na temat przeszłości i przyszłości poznawanych bohaterów.

Warto również zwrócić uwagę, że choć serial nie jest zanadto brutalny, sposób prowadzenia akcji sprawia, że przemoc w Justified fascynuje. Otóż produkcja ta opiera się na ogromnej ilości dialogów, które w pewnych momentach sprawiają nawet, że klimat staje się strasznie spokojny, wręcz senny. I wtedy właśnie pada jeden strzał z dwururki, wybucha podłożony uprzednio ładunek wybuchowy, czy poderżnięte zostaje jakieś niewinne gardło. Przemoc, choć nie ma jej tu strasznie dużo, ma więc znaczący wydźwięk i robi wrażenie. Tym bardziej, że jej wizualizacja stoi na całkiem niezłym poziomie (oprócz części wybuchów, które szczególnie w pierwszym sezonie wyglądały źle).
Początek klasycznej historii z cyklu "spadłam ze schodów"...
Strasznie się rozpisałem, a przekaz jest banalnie prosty - choć Justified nie jest niczym nowatorskim, to ogląda się go cholernie dobrze. Poza tym dla fanów westernów będzie on stanowił o wiele lepszą zabawę, niż dla przeciętnych Januszy. Nieliczne błędy (jednowymiarowa postać Raylana Givensa, senne momenty, niedoróbki wizualne) w zasadzie nie mają znaczenia, bowiem radość z tego seansu wynagradza każdą chwilkę cierpienia. Szczerze polecam.


Moja ocena to: 8,5/10

wtorek, 17 maja 2016

Ruth Newman - "Bal Absolwentów"

Bal absolwentów - któż mógłby sądzić, że kiedykolwiek sięgnę po książkę o tak źle rokującym tytule? Piękne suknie, wystrojeni kawalerowie, muzyka, tańce i wódka pod stołem, to jedyne elementy, które kojarzą mi się z imprezami tego typu - i tylko myśląc o jednym z nich nie chce mi się od razu rzygać (tu zostawiam Wam pole do swobodnej interpretacji). Na szczęście u Ruth Newman jest trochę ciekawiej, bo do tego wszystkiego dochodzi jeszcze morderstwo (co tylko uświadamia mi, jak nędznie została zorganizowana moja studniówka - zero trupów :(), wokół którego skupia się cała opowieść.

Co więcej morderstwo na balu absolwentów nie jest ostatnim, jakie w najbliższym czasie wstrząśnie Ariel College. Liczba tracących życie studentek rośnie, a jedyny świadek morderstwa, Olivia Coscadden, wykazuje coraz głębsze objawy choroby psychicznej. Historia łączy losy Olivii, psychiatry prowadzącego jej sprawę - Mathew Denisona oraz wielu studentów, nierzadko przyjaciół Olivii, podejrzanych o dokonywanie zbrodni.

Trudno ukryć, że jest to klasyczny kryminał, rozgrywający się w stosunkowo zamkniętej społeczności. Sama historia z czasem angażuje, ale skłamałbym mówiąc, że byłem zaskakiwany na każdej stronie. Choć książka ma zaledwie trzysta stron, zdarzają się w niej momenty zwyczajnie niepotrzebne, które nie tylko zawodzą w posuwaniu akcji do przodu, ale nawet nie odgrywają żadnej roli w charakteryzacji bohaterów, czy ich otoczenia. Wskazać tu warto na dużą część dialogów pomiędzy studentami, które choć dotyczyły morderstw, w zasadzie niczego istotnego nie wnosiły. Na szczęście elementów tych nie ma zbyt wiele i książkę czyta się stosunkowo szybko.

Z całą pewnością zaskakuje bardzo odważne podejście pisarki, do finału swojej historii. Był to też chyba jedyny moment, w którym autorka porzuciła utarte schematy przyjęte w tego typu literaturze. Dlatego też, choć nie dostajemy dramatycznej, filmowej sceny walki dobrego detektywa z podłym mordercą, zakończenie zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Początkowo czytając je czułem się odrobinę nieswojo, ale bardzo szybko doceniłem jego oryginalność.

Podsumowując: Bal Absolwentów to klasyczny kryminał. Nieźle napisany, ale trzymający się sprawdzonych motywów i schematów. Dopiero zakończenie sprawia, że opowieść Ruth Newman z przeciętnej pozycji awansuje na miano dobrej. Istotną zaletą książki jest też z pewnością niezbyt wygórowana cena, bowiem można ją znaleźć w internetach za jakieś osiem złotych - jak na te pieniądze, to naprawdę godna rozważenia propozycja.


Moja ocena to: 6/10  

środa, 11 maja 2016

Captain America: Civil War (2016)

Z wielką niechęcią zabieram się za pisanie opinii na temat nowej, kinowej produkcji Marvela. Z niechęcią, ponieważ będę się z niej musiał gęsto tłumaczyć w komentarzach i wiem to już na starcie. A to dlatego, że w przeciwieństwie do całego świata nie jestem nim zafascynowany. I naprawdę trudno powiedzieć dlaczego, ale sądzę, że gdy już zacznę pisać, to kilka takich przyczyn może się "urodzić".

Streszczanie fabuły nie ma wielkiego sensu, ponieważ większość z Was zapewne zna ją doskonale. Podział wśród superbohaterów, którego genezą stają się rozważania moralne, dotyczące odpowiedniego zbalansowania dwóch kluczowych wartości - wolności i bezpieczeństwa, to historia posiadająca niesamowity potencjał. Liczyłem na świetną, angażującą opowieść, szalone walki z udziałem moich ulubionych postaci i przede wszystkim  dobrą zabawę. Cóż, dużą część z tych rzeczy rzeczywiście dostałem - problem leży jedynie w tym, że chyba nie w takim stopniu, jak oczekiwałem.
Jak coś, to #TeamCap, ale to raczej efekt obniżenia lotów przez Iron Mana (w sensie metaforycznym)
Przede wszystkim liczyłem na fabułę, która kazałaby mi z niepokojem czekać na dalsze losy bohaterów. Która skłoniłaby mnie do wyboru którejś ze stron i obgryzania paznokci podczas ich starć z tą drugą, "gorszą" według mnie grupą. I muszę przyznać, że szansa ta została zaprzepaszczona, być może poprzez wprowadzenie wątku zimowych żołnierzy. Konflikt dwóch oddziałów zantagonizowanych herosów przestał być tak wyrazisty, z czasem zupełnie się rozmywał, a finałowa walka Iron Mana z Kapitanem Ameryką, zyskała tak brutalnie idiotyczną motywację, że wręcz sztuką było uwierzenie w ogromne zaangażowanie emocjonalne niesłychanie dotąd zrównoważonego Tony'ego Starka. Do teraz zastanawiam się, dlaczego scenarzyści uznali, że budowa całej historii wyłącznie w oparciu o akt mający wprowadzać rejestrację bohaterów, nie ma szans wypalić i trzeba koniecznie jeszcze coś dodawać.
Z tej grupki nikt szczególnie nie błyszczy - no może troszkę Iron Man (ale po ostrym polerowaniu hełmu)
A jak spisują się aktorzy? Cóż, trudno powiedzieć, bowiem...ten film to niemal wyłącznie walki. W każdym razie poza jedną naprawdę dobrą i pełną humoru rozmową młodego Spidremana z Tonym Starkiem, nie zapamiętałem zbyt wielu solidnie napisanych dialogów. Przypominając zaś sobie, jak Marvel świetnie nakreślił konflikt moralny Punishera z Daredevilem, sądziłem, że tutaj dostanę przynajmniej namiastkę tego samego. Niestety postawiono wyłącznie na lekką, odmóżdżającą rozrywkę, co akurat tak ciekawemu tematowi jak wojna superbohaterów, nie wyszło na dobre.

No dobra, czyli powinienem kończyć, konkludując, że jest to słaby film. No właśnie cholera nie koniecznie. Wręcz przeokrutnie dobrze wyszły tu bowiem sceny walki, co sprawiło, że moja ocena filmu momentalnie skoczyła w górę. Właściwie poza pierwszym pojedynkiem Black Widow, w którym z niezrozumiałych względów zdecydowano się użyć znienawidzonej przeze mnie, trzęsącej się kamery, sceny walk były genialne. Dobrze wyważone efekty specjalna, różnorodność metod walki stosowanych przez poszczególne postaci, dynamika oraz świetny efekt "ciężkości ciosów", sprawiały, że od tej sieczki dziejącej się na ekranie, nie sposób było oderwać wzroku. I mimo tego...
Michael Bay zapewne otarł się przy tej scenie o orgazm
Filmy Marvela zaczynają mnie nudzić. Fakt - to nadal troszkę bawi i widocznie dalej na siebie zarabia, ale...gdzieś po drodze straciłem tę ogromną frajdę z oglądania naparzających się, w gruncie rzeczy niemal niezniszczalnych bohaterów. Może to efekt zapoznania się z nieco bardziej skomplikowanym Daredevilem, może to zawyżone oczekiwania, a może zwyczajnie jestem już starym, zrzędzącym dziadem. W każdym razie werdykt jest taki, że choć mi się to cholerstwo podobało, to raczej nie aż tak, jak sądziłem, że powinno. To wyłącznie dobra zabawa i nauczka na przyszłość, by przed seansem nie oczekiwać cudów.


Moja ocena to: 6/10

czwartek, 5 maja 2016

Forever (2014)

Opowiem Wam pewną przygodę - pełną dramatyzmu i niesamowitych zwrotów akcji, której zwieńczeniem będzie niebanalny morał. Otóż pewnego razu, sugerując się po raz kolejny opinią Arka, rozpocząłem oglądanie jeszcze jednego serialu. Pierwszy odcinek zrobił na mnie bardzo złe wrażenie. Banalna formuła serialu kryminalnego, zaskakujące dziury fabularne oraz bohaterowie, których relacje wydawały się sztampowe i mało angażujące, stanowiły elementy, które kazały wątpić w jakość zabawy, czekającej na mnie w kolejnych odsłonach. I gdy już nosiłem się z myślą o porzuceniu tej produkcji, jakiś wewnętrzny głos, jakaś nieokreślona siła, mój wewnętrzny "I chuj" kazał mi podjąć jeszcze jedną próbę. Drugi epizod okazał się zaś odrobinę lepszy. Trzeci był już całkiem dobry. A później nie mogłem się oderwać. Jaki jest morał z tej historii? Żyj szybko, kochaj mocno, nie pożyczaj zapalniczek.
Są cycki...
Forever to bardzo klasyczny serial kryminalny, w który wpleciono elementy fantastyczne. Główny bohater, pracujący jako koroner sądowy, nie za bardzo może umrzeć. Pisząc nie za bardzo, mam na myśli, że wcale nie może. Za każdym razem, gdy przejedzie go samochód, trafi kula pistoletowa lub ktoś uderzy go w szczepionkę, chłopaczyna odradza się w Hudson River. Kobiety mogą uznać za istotny fakt, że owego doktora gra Ioan Gruffudd, a sama postać ma tendencję do odradzania się bez żadnych fatałaszków. Ale z drugiej strony jak prymitywne jest jaranie się kawałkiem gołego tyłka, nie muszę chyba pisać... Z czasem do grona nieśmiertelnych dołącza jeszcze jedna tajemnicza postać, która w Forever stanowi głównego oponenta. Trzeba przyznać, że to dość skomplikowany facet, który przeżył znacznie więcej, niż nasz bohater - więcej o jakieś tysiąc osiemset lat. Poza tym w serialu spotkamy także piękną panią detektyw (no bo jakżeby inaczej?) graną przez Alanę De La Garza, około sześćdziesięcioletniego syna naszego protagonisty, w którego wciela się Judd Hirsch oraz wprowadzającego mnóstwo humoru pomocnika doktora, którego postać przedstawia Joel David Moore. Trzeba przyznać, że obsadę buduje grupa naprawdę solidnych i doświadczonych aktorów.
...są też mężczyźni z wielką klasą...
Sam serial zaś, choć pełen klisz jest bardzo...przyjemny. Trudno znaleźć inne słowo, które tak dobrze oddawałoby naturę tej produkcji. Nieskrępowana, radosna rozrywka, ciekawe sprawy kryminalne, które dzieją się w zróżnicowanych środowiskach (od baletu po ring bokserski), a do tego całkiem spora, choć nie odrzucająca dawka brutalności, tworzą dobrą mieszankę, przypominającą nieco Bones, czy Castle'a. Obsada spisuje się znakomicie, tworząc swoje postaci z lekkim przymrużeniem oka, co zdecydowanie wychodzi im na plus. Doktor Henry Morgan nie ukrywa, że inspiruje się lekko zblazowanym detektywem-dżentelmenem Sherlockiem Holmesem, jego pomocnik pracujący w kostnicy jest typowym żartownisiem, syn Abraham to lekko ironiczne podejście do postaci mentora - w sumie każda z tych osób w jakiś sposób wzbogaca serial. Poza tym, żeby widz się nie nudził, dostajemy liczne reminiscencje z długiego i pełnego wrażeń życia Henry'ego Morgana. Te, choć ciekawe, wydawały mi się niewystarczająco wyeksploatowane, ale być może liczono na uzupełnienie pewnych wiadomości w drugim sezonie serialu, który niestety nie powstał.
...i Ci z trochę mniejszą.
Podsumowując: trudno powiedzieć, że jest to dzieło genialne, oryginalne, czy zmieniające sposób postrzegania produkcji telewizyjnych, ale z pewnością jest to wciągająca historia, która mocno bawi. Szczególnie gdy przymkniemy co najmniej jedno oko na liczne niedopowiedzenia i dziury fabularne. Mogę go z czystym sumieniem polecić każdemu, kto szuka dobrej rozrywki z odrobiną przemocy i morderstw w tle. W tej kategorii jest to jeden z najlepszych seriali, jakie oglądałem. Choć nie zobaczyłem tu nic nowatorskiego, podpisuję się wszystkimi pięcioma kończynami pod petycją o drugi sezon - chętnie spotkałbym się z tymi bohaterami raz jeszcze.


Moja ocena to: 7/10