niedziela, 30 października 2016

"Black Mirror" - sezony 1-3

Świat zmienia się na naszych oczach. Twierdzenie, które przed rewolucją przemysłową nie miałoby najmniejszej szansy na przyjęcie się w ówczesnej „popkulturze”, dziś staje się już banalnym truizmem. Rozwój sieci społecznościowych, inwigilacja rządowa, tłumy wyrażające zgodę na wszczepianie w swoje ciało chipów, czy drony dominujące na polach walki przestały być pomysłami rodem z opowiadań sci-fi. W momencie historii, w którym obecnie się znajdujemy, gatunek ludzki musi odpowiedzieć sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: co dalej?

Próby zarysowania kilku prognoz podjęli twórcy serialu Black Mirror. Przedstawiając dwanaście (trzynaście wraz z odcinkiem specjalnym) historii rozgrywających się w niedalekiej przyszłości, snują oni swą wizję dotyczącą roli technologii w naszym życiu. O ile jednak widzieliśmy już wiele produkcji ukazujących wszelkie bunty maszyn, podczas których to technologia obracała się przeciwko człowiekowi, tu jest zupełnie inaczej. W Black Mirror to sami ludzie wykorzystują technologię przeciwko sobie - podkreślają przy tym swój upadek moralny, dążenie do łatwej ucieczki od problemów, strach przed wolnością oraz uczuciami. Paradoksalnie więc rozwój technologii przyczynia się w tej wizji do powstawania całego zastępu ludzkich robotów, niezdolnych lub niechętnie przyznających się do swych człowieczych odruchów.
Nie załamujcie się - w świecie przyszłości nawet rudzi mają szansę...
Historie zaś, mogące zresztą z powodzeniem służyć za podstawę do tworzenia pełnometrażowych filmów, są niezwykle zróżnicowane. Otrzymamy więc zarówno opowieść o szantażowanym polityku, zmuszonym do odbycia publicznego stosunku seksualnego z niezbyt urodziwą świnką (chodzi oczywiście o takie chrumkające zwierzę, a nie grubą babę z wąsem), jak i historię o futurystycznym talent show robiącym ludziom galaretę z mózgów. Wszystkie odcinki łączy jednak pewien wspólny element - pod nieraz całkiem grubą warstwą absurdu, zawierają bardzo konkretny morał, nad którym warto się przez chwilę zatrzymać. Mało który serial daje obecnie okazję do pomyślenia o tym, co się właśnie obejrzało. Ten z pewnością do takich należy. Ba, w swoich założeniach i sposobie konstrukcji przedstawionych historii, bardzo mocno przypominał mi prozę Philipa K. Dicka pochylającego się nad naturą człowieka i jego wpływem na kształtowanie nadchodzącej rzeczywistości.

Nie roztrząsając jednak inspiracji, którymi kierowali się twórcy tego serialu, muszę przyznać, że jego seans stanowi niezwykle odświeżające doświadczenie. Szalenie pesymistyczne i brutalne w swym przekazie, ale z całą pewnością wyraźnie odznaczające się na tle amerykańskiego chłamu serwowanego nam na każdym kroku. Największym problemem Black Mirror, jest wyłącznie jego trzeci sezon zawierający dwa najsłabsze odcinki w całej serii. Wydaje się, że scenarzystom zaczyna już brakować pomysłów na kolejne epizody i mimo wciąż obecnej rzetelności w budowaniu światów przyszłości, zdolność szokowania widza zaczyna się gdzieś po drodze gubić. Cóż, miejmy nadzieje, że to mylne wrażenie i w przyszłości zobaczymy kolejne świetne epizody tego serialu.
Najbardziej irytująca bohaterka w serialu - o dziwo epizod należy też do jednego z najlepszych, bowiem aktorka musiała  w nim zagrać do bólu irytującą postać. Job well done. 
Podsumowując: jeżeli macie ochotę na obejrzenie naprawdę dobrego kawałka sci-fi, które choć nie próbuje moralizować na siłę, jest niezwykle przenikliwe, które pomimo absurdalnych założeń nie staje się infantylne, które choć jest niezwykle oryginalne, przypomni Wam o klasykach tworzących podwaliny tego gatunku, to bardzo dobrze trafiliście. Black Mirror to jeden z najlepszych seriali, na jaki trafiłem w tym roku i mimo pojawiających się tu i ówdzie drobnych i w zasadzie nieistotnych wad, bardzo mocno go polecam.


Moja ocena to: 8,5/10

niedziela, 23 października 2016

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - "Kariera Nikodema Dyzmy"

Dwudziestolecie międzywojenne, to niezwykle interesująca epoka, która jednocześnie stanowi okres historyczny, który najusilniej starano się nam obrzydzić w szkołach. Odcinając się od próby oceny dorobku literackiego takich asów jak Żeromski, Nałkowska, czy Reymont, jedno muszę przyznać z całą stanowczością - w szkole średniej ich powieści nudziły mnie potwornie. Być może to kwestia dojrzałości, pewnej świadomości nabywanej z wiekiem, a może po prostu ich książki zestarzały się na tyle brzydko, że we współczesnym czytelniku nie budzą już większych emocji? Gdyby nie system edukacji, który obrzydził mi jakiekolwiek skojarzenia z dwudziestoleciem międzywojennym, prawdopodobnie sam zweryfikowałbym te hipotezy. Obecnie jednak nie zamierzam ponownie sięgać po ich książki. Zaciekawił mnie za to autor, o którym w szkole wspominano wyłącznie mimochodem. Tadeusz Dołęga-Mostowicz, pionier i propagator literatury rozrywkowej w polskiej odsłonie.

Choć już sama postać Dołęgi-Mostowicza, nieugiętego krytyka rządów sanacyjnych, żołnierza biorącego udział w wojnie polsko-bolszewickiej oraz kaprala walczącego (i niestety poległego) w wojnie obronnej niemal dwadzieścia lat później, jest ciekawa sama w sobie, to opisywana dziś powieść - Kariera Nikodema Dyzmy - stanowi dzieło nad którym warto byłoby pochylić się jeszcze dokładniej. Satyra opisująca mechanizmy funkcjonowania elit międzywojennych w Polsce, położyła bowiem fundamenty pod znaczny sukces finansowy autora, a przez to pod rozwój literatury rozrywkowej, którą tak bardzo dziś doceniamy. Co więcej to była po prostu cholernie dobra książka...

Opowieść o losach bezrobotnego Nikodema Dyzmy, który przez serię zbiegów okoliczności i cwaniactwo (które mogą prezentować wyłącznie zdesperowani i do granic bezczelni przedstawiciele klas niższych) zdobywa uznanie elit II Rzeczypospolitej, to niezwykle przerysowany, ale również pouczający poradnik dotyczący zalet nieufności. Choć już to jedno zdanie wystarczy za opis fabuły, warto byłoby pokrótce wspomnieć, kto znajduje się na (niezwykle obszernym) celowniku Mostowicza. Ten bowiem kpi sobie zarówno z polityków, prezesów spółek państwowych, wysokich rangą wojskowych, arystokratów wszelkiej maści (od nowobogackich zdobywających tytuły w sposób nielegalny, aż po spłukanych „dawnych” arystokratów), kobiet z towarzystwa itd. Poprzez obecnie szeroko już znaną w popkulturze postać Nikodema Dyzmy, ukazuje on zarówno braki w inteligencji, piętnuje chciwość oraz obnaża zepsucie najwyżej postawionych osobistości w kraju. Do tego potrafi być naprawdę zabawny.

Niewyparzony język Dyzmy oraz szalone sytuacje, w które wplątuje się zupełnie przypadkiem, potrafią rozśmieszać nawet dzisiaj. Z Nikodemem trafimy więc zarówno do ministerialnych gabinetów jak i...na orgię ku czci diabła. Wbrew temu, co możecie obecnie sądzić, należy przyznać, że niemal dziewięćdziesiąt lat temu, pisarze również wykazywali się ogromną, pełną humoru fantazją. Ponadto sama powieść napisana jest językiem tak prostym i unikającym artystycznej wirtuozerii, że czyta się ją wręcz błyskawicznie. Ba, czyta się ją lepiej, niż ogromną część współcześnie publikowanej literatury rozrywkowej.

Szczerze polecam zapoznanie się z historią kariery Nikodema Dyzmy. Choć w głównej mierze stanowi ona świetną zabawę, to poniekąd także czegoś uczy. A trudno chyba o korzystniejsze połączenie. Sądzę, że nie będziecie uważali tego czasu za stracony.


Moja ocena to: 8/10

czwartek, 13 października 2016

Hampton Sides - "Krew i Burza. Historia z Dzikiego Zachodu."

Dziki Zachód nieprzypadkowo zasłużył na swą charakterystyczną, do dnia dzisiejszego kojarzącą się nam jednoznacznie nazwę. Dziki zachód był bowiem w dużej mierze...dziki. Mowa oczywiście o niezbadanych aż do drugiej połowy XIX wieku terenach, leżących początkowo na zachód od Stanów Zjednoczonych (Nowy Meksyk, Teksas, Kalifornia), a następnie systematycznie wcielanych w obszar współczesnego supermocarstwa. To właśnie ten obszar przyjdzie nam zwiedzać w książce Hamptona Sidesa. W niezwykle niebezpieczną podróż po tajemniczym zachodzie na szczęście nie wyruszymy sami. Od początku aż do samego końca towarzyszył nam bowiem będzie jeden z najsłynniejszych traperów, przewodników i zdobywców Dzikiego Zachodu - Kit Carson. Tym razem musicie mi uwierzyć na słowo, iż nawet pomimo faktu, że notka dotycząca Carsona znajdująca się na polskojęzycznej Wikipedii jest niezwykle lakoniczna, to jego znaczenie dla historii Stanów Zjednoczonych, rozwoju stosunków osadników z ludnością rdzenną, czy chociażby współczesnej popkultury jest nie do przecenienia.

Choć po zakończeniu lektury trudno z czystym sumieniem powiedzieć o którejkolwiek z postaci, iż była nieskazitelnym bohaterem, przypominającym tych, których niejednokrotnie mogliśmy podziwiać w licznych westernach, nie należy się temu zbytnio dziwić. Historię Dzikiego Zachodu, pełną niejednoznacznych decyzji politycznych, nieudanych eksperymentów społecznych oraz morderstw z zimną krwią pisało bowiem życie. Dlatego też przewijający się na kartach tego reportażu historycznego bohaterowie są pełni sprzeczności. Generałowie pełni dobrych intencji, którzy w konsekwencji doprowadzają do straszliwych zbrodni, szlachetni i odważni żołnierze, którzy nie wahają się niszczyć, czy plądrować indiańskich wiosek, honorowi, niegodzący się na ucisk i niesprawiedliwość Indianie, którzy nie mają oporów przed stosowaniem metod bandyckich napadów oraz porywaniem dzieci i kobiet - całą masę tego typu ludzi spotka na swej drodze Kit Carson. Należy podkreślić, że także on sam nie należy do osób o wyjątkowo pacyfistycznym nastawieniu - często prowadzi swych ludzi do bezwzględnej walki, nie uznaje kompromisów oraz mści się z fantazją, którą wykazywać się mogli tylko ludzie wychowani w twardym świecie raczkujących dopiero Stanów Zjednoczonych.

Reportaż ten jest o tyle ciekawy, że pomimo zawiązania akcji wokół osoby Kita Carsona opowiada także o wielu innych kwestiach. Jak sam bohater wspominał miał on bowiem tendencję do pojawiania się w miejscach, do których pasował jak pięść do nosa. Jedyny niepiśmienny generał w historii Stanów Zjednoczonych, jako przewodnik wziął więc udział w wyprawach odkrywczych kartografa Johna Charlesa Fremonta, dzięki któremu powstały pierwsze szlaki osadnicze, brał udział w wojnie z Meksykiem prowadzącej do znacznego poszerzenia się terytorium Stanów Zjednoczonych, po stronie unionistów odegrał znaczącą rolę w Wojnie Secesyjnej. Następnie prowadził walki z indiańskimi plemionami Nawahów, Komanczów, czy Apaczów Mescalero. Na starość walczył zaś o ocalenie ostatnich żyjących przedstawicieli tej rasy, starając się zapanować nad pierwszy rezerwatem Nawahów i optując  w sprawie Indian Jicarilla aż w Waszyngtonie. Trudno więc powiedzieć, by w tym natłoku wydarzeń, historii dotyczących bardziej lub mniej bezpośrednio Kita Carsona, czytelnik mógł się nudzić choćby przez chwilę. Barwy opisanym w tej książce wydarzeniom nadaje nie tylko niezwykle charakterystyczne otoczenie (cóż bowiem przemawia do wyobraźni czytelnika wychowanego na westernach bardziej, niż Dziki Zachód), ale też niejednoznaczność charakteru głównej postaci. Szalenie nieśmiały celebryta swoich czasów, niezwykle niski, ale bardzo silny i odważny, człowiek o kobiecym głosie, o którym historie opowiadano w całej Ameryce, mężczyzna który większość życie poświęcił walce z Indianami, choć wziął za żonę jedną z nich. Taki właśnie był Kit Carson. Wydaje się jednak, że Dziki Zachód miał tendencję do tworzenia tego typu postaci, bowiem napotkamy ich tutaj naprawdę wiele. Być może to zasługa autora książki, ale każda z nich jest nie tylko charakterystyczna, ale także niezwykle ciekawa. Interesują nas ich motywacje, ale równie mocno skutki działań. Nieraz więc książka staje się dramatyczna i nieludzka - szczególnie przemawia zaś do czytelnika fakt, że wszystkie wydarzenia bogato opisano w zgodzie z przytoczonymi źródłami bibliograficznymi. Dlatego też, choć autor nieraz ubarwia swą opowieść opisami nadającymi kolorystyki rozgrywającym się wydarzeniom i ożywiającymi akcję, nie pozostawia on zbyt wiele miejsca na przypuszczenia dotyczące znanych faktów.

Muszę podkreślić, że choć temat Krwi i Burzy jest niezwykle specyficzny i być może nie przemówi do każdego, to sama książka jest naprawdę świetna. Początkowo wątpiłem w sens skupiania akcji wokół jednej postaci, ale z czasem wydało mi się to niesamowicie zasadne i nadające odpowiedniego rytmu całej historii. Choć więc wydarzenia rozgrywają się wokół Carsona, to także o nich samych czytamy wystarczająco dużo, by być w pełni usatysfakcjonowanym z lektury. Szczególnie mocno chciałbym polecić tę książkę miłośnikom historii Stanów Zjednoczonych (by na nowo odkryli jak rodziło się dzisiejsze mocarstwo), a w dalszej kolejności osobom kochającym westerny (żeby sami zobaczyli, czy i w jakim stopniu kino przekłamuje charakterystykę życia na Dzikim Zachodzie). Mimo iż ostatnio czytałem bardzo mało, niemal codziennie starałem się choć na chwilę wrócić do przygód Kita Carsona i za każdym razem bawiłem się świetnie.


Moja ocena to: 8/10

niedziela, 2 października 2016

Clue, Trop (1985)

Z całą pewnością niejednokrotnie, mniej lub bardziej świadomie, mieliście okazję oglądać komedie wyreżyserowane przez Jonathana Lynna. Sympatyczny grubasek przypominający połączenie Georga R.R. Martina z Tadeuszem Drozdą ma bowiem na koncie takie hity kina familijnego jak „Fałszywy Senator” z Eddiem Murphym w roli głównej, „Jak ugryźć 10 milionów”, w którym to filmie mogliśmy podziwiać komediową twarz Bruce’a Willisa, czy niezwykle często serwowane przez polskie stacje telewizyjne „Uciekające zakonnice”. Dla odmiany jednak warto byłoby napisać o naprawdę przyzwoitej produkcji, która wyszła spod ręki tego reżysera. Mowa mianowicie o jego debiutanckiej produkcji z 1985 roku, noszącej tytuł „Clue”.

W tej czarnej komedii przedrzeźniającej schematy znane z ówczesnych filmów detektywistycznych, poznajemy całe grono ciekawych postaci. Nieco szalony kamerdyner Wadsworth, rozgadana pani Peacock, dystyngowany Profesor Plum, wyuzdana Panna Scarlet, nierozgarnięty acz odważny pułkownik Mustard, czy też nieszczególnie zainteresowany kobietami Pan Green - wszyscy wspólnie zasiadają do kolacji, która kompletnie odmieni ich życie. W trakcie niej poznają bowiem swojego największego prześladowcę - szantażystę i manipulatora pana Boddy. Ponadto do gry z widzem włącza się wówczas także tajemnicza kucharka oraz seksowna służąca Yvette. Każda z tych postaci ma swą rolę w szczególnie powikłanej (jak na komedię) zagadce, stanowiącej pretekst do zabawy z widzem oraz opartych na czarnym humorze żartów.

Sam film, choć mało brutalny i nie mający aspiracji do zagłębiania się w klimat kina grozy, ogląda się zaskakująco przyjemnie. Być może za sprawą wciągającej zagadki lub bardzo charakterystycznych bohaterów widz jest w stanie przetrawić nawet te momenty, w których nie dzieje się zbyt wiele lub w których sceny są sztucznie przeciągane (choć trzeba przyznać, że przy i tak niewielkiej długości tej produkcji, wada ta jest dość potężnym minusem). Dialogi pełniące tu przecież kluczową rolę, napisane są całkiem nieźle, nawet jeśli czasem można im zarzucić korzystanie z utartych schematów i wplatanie oklepanych żartów (które być może były całkiem świeże...w 1985 roku). Do tego należy również dodać świetną rolę Tima Curry’ego, który jest wręcz stworzony do tego typu kina - jego mimika, gestykulacja i ruchy, bardzo często wystarczyły, aby mnie rozbawić (w sumie nie jest to jakieś dramatycznie trudne zadanie).

Czy poza wymienionym już sztucznym przedłużaniem scen i wahającym się momentami poziomem humoru mógłbym wskazać na jeszcze jakieś wady? Cóż, dźwięk jest świetnie dopasowany, scenografię lokacji i kostiumów wykonano bardzo porządnie, poziom aktorstwa jest dość wyrównany i zupełnie satysfakcjonujący, więc...nie. Myślę, że ten film mimo upływu lat wciąż jest wart uwagi. Szczególnie jeśli nie należycie do miłośników hardkorowego kina grozy, ale chętnie obejrzycie coś z ciekawą zagadką i kilkoma niezbyt efektownie przedstawionymi trupami w tle. Choć Clue wciąż bardziej przypomina kino familijne niż porządny thriller, to i tak stanowi odprężającą, sympatyczną i leciutką zabawę na wolny wieczór. Spożywanie alkoholu podczas seansu nie jest jednak odradzane - jeśli miałbym wskazać na niezobowiązujący film do jakiegoś piwka, wódeczki, amolu, denaturatu (czy co tam pijacie), śmiało postawiłbym właśnie na ten tytuł. Ja spokojnie dałem radę na trzeźwo, ale nie zaszkodzi spróbować...ba, może sam powinienem obejrzeć go jeszcze raz w zupełnie innym stanie (i to nie jest w żadnym razie jakiś wydumany pretekst)...


Moja ocena to: 7/10

Dziś zamiast screenów (które nie mają żadnego przełożenia na odbiór filmu, bowiem całość rozgrywa się w jednej lokacji), postanowiłem wrzucić kilka ciekawych cytatów, które udało mi się wyłowić:

- Czy lubi pani Kiplinga?
- Oczywiście, zjem cokolwiek.

- Trzy morderstwa...
- Razem będzie już sześć...
- Sprawy stają się dość poważne.

- Twój pierwszy mąż również zniknął
- Tak, ale to była jego praca - był iluzjonistą...
- Ale już nigdy się nie pojawił!
- Cóż, nie mówiłam, że był dobrym iluzjonistą...

- Czy próbuje pan ze mnie zrobić głupca w towarzystwie innych gości?
- Pan wcale nie potrzebuje mojej pomocy...
- Otóż to!

- Profesor Plum, był pan profesorem psychiatrii specjalizującym się w pomocy paranoikom, maniakom oraz lunatykom cierpiącym na zaburzenia związane z manią wielkości.
- Tak, ale teraz pracuję dla Organizacji Narodów Zjednoczonych.
- Czyli pana praca się nie zmieniła... (personal favourite)