wtorek, 8 sierpnia 2017

Train to Busan (2016)

Choć odkładałem ten seans bardzo długo, wreszcie nadszedł czas na spotkanie z południowokoreańskimi zombie. Pociąg do Busan to bardzo charakterystyczna produkcja, która z miejsca stała się boxoffice’owym hitem (na miarę wyników koreańskiej kinematografii oczywiście). Od dawna zastanawiałem się, co takiego przyciągało ludzi do produkcji tak dalekiej nam kulturowo. Banalna odpowiedź, iż były to wyłącznie żywe trupy w żadnym wypadku mnie nie satysfakcjonowała. Po seansie muszę stwierdzić, że nadal nie wiem, czym był ten magiczny czynnik.

Fabuła jest banalna - typowy biały kołnierzyk w dzień urodzin swojej córki, godzi się na zabranie jej w podróż pociągiem mającą prowadzić do matki dziewczynki. Standardowa przejażdżka (która jest zresztą szalenie nie na rękę zapracowanemu ojcu) okazuje się jednak prawdziwą walką o życie. Wyciek bliżej niezidentyfikowanej substancji biologicznej zamieniającej ludzi w żywe trupy, umila naszym bohaterom tę krótką, acz niezwykle intensywną wycieczkę. Po drodze pojawiają się oczywiście inni, często bardzo charakterystyczni współpodróżni, którzy w większości noszą na plecach karteczki z napisem „zjedz mnie”, widoczne dla każdego widza obytego z tego typu kinem.
 
"Albo chodź, przytul mnie, albo odejdź i przebacz, i niech stanie się to tu i teraz..."
Wszystko w tej opowieści wygląda więc prosto i sztampowo? Nic bardziej mylnego, gdyż cały obraz ma też drugie dno. Komentarz społeczny dotyczący korporacyjnych struktur, ewidentne inspiracje prawdziwym wirusem MERS, który w 2015 roku porządnie przestraszył Koreańczyków, czy wreszcie opowieść o odwadze, rodzicielstwie i poświęceniu. Brzmi całkiem nieźle? Moim zdaniem jak najbardziej - i wszystko byłoby w porządku, gdyby w całej historii nie zabrakło jednego - nieco więcej serca. I choć reżyser mógł odnieść wrażenie, że brak tej iskry można ukryć pod grubą warstwą szybkich zombiaków, powtarzających się nieustannie schematów prowadzenia akcji, czy nazbyt teatralną grą aktorską, oświadczam niniejszym, że nie byłem w stanie tego kupić.

Moim największym problemem jest to, że film o zombie rozgrywający się głownie w szeregu ciasnych pomieszczeń, nie powinien nudzić nawet przez chwilę. Cóż, ten mnie niestety znudził. Nie chodzi nawet o to, że mam ADHD, czy robaki w wiadomej części ciała - problemem jest nieustannie powtarzający się schemat ucieczki przed żywymi trupami. Te drzwi zatrzaskiwane w ostatnim momencie, gasnące i pojawiające się światła, przeskakiwanie między kolejnymi kryjówkami - ciągle w niemal identyczny i mało angażujący sposób. Rozumiem też, że zwykli pasażerowie pociągu nie mogą być mistrzami sztuk walki, ale te sekwencje akcji...cóż, kino azjatyckie poznałem z o wiele lepszej strony. Poza tym zawsze w takich produkcjach liczę na solidną dawkę gore, zupełnie niesmacznego rozszarpywania rekwizytów do tego przeznaczonych, albo chociaż fajnego CGI z latającymi w powietrzu flakami. A tu jest jakoś tak dziwnie...przystępnie? Ba, nie dość, że i tak jest bardzo zwyczajnie, casualowo, to odbiór filmu przez szeroką publiczność ułatwiają jeszcze patetyczne sceny rodem z kiepskiego melodramatu, na które w tego typu produkcjach zawsze patrzę z niechęcią.
"Leżę sobie, nic nie robię..."
Należy jednak oddać cesarzowi, co cesarskie. Sceny w których na bohaterów rzucają się całe tłumy truposzy tłoczące się w ciasnym pomieszczeniu, wyglądają świetnie. Kilka scen walki trzyma całkiem przyzwoity poziom (niestety nie wszystkie), koreańska odmiana żywych trupów rzeczywiście jest oryginalna, a sam film przemyca pod płaszczykiem prostej rozrywki konkretne przesłanie. Nie oznacza to jednak, że mam zamiar kiedykolwiek wrócić do tego pociągu - niestety nie porusza się on torem, którym powinny podążać moje zombie.


Moja ocena to: 5/10

wtorek, 25 lipca 2017

Adam Fawer - "Szczególna Przypadłość"

Szczególna Przypadłość Adama Fawera, to doskonały dowód na to, że nawet polując na książki w koszu z promocjami, można odnaleźć prawdziwe perełki. Niepozorna, fatalnie prezentująca się z zewnątrz powieść, kryje w sobie bowiem zaskakująco obszerne pokłady dobrej zabawy, podanej w inteligentny, mogący zainspirować czytelnika do poszerzanie swej wiedzy sposób.

David Caine nie jest przeciętnym facetem. To nie tylko wybitnie uzdolniony matematyk i okazjonalny wykładowca uniwersytecki, ale także nałogowy hazardzista nękany atakami epilepsji. Nie trudno wyobrazić sobie, że takiego gościa prędzej czy później muszą dopaść kłopoty (szczególnie w powieści sensacyjnej). Jego zaangażowanie w hazard sprawia, że bardzo szybko popada w konflikt z rosyjską mafią, epilepsja zaś jest prostą drogą do nowatorskiej terapii, której zastosowanie umożliwia naszemu bohaterowi opanowanie bardzo specyficznie ujętej zdolności do ograniczonego przewidywania przyszłości. Odtąd jest już tylko ciekawiej - ze szpitala powraca chory psychicznie brat-bliźniak Davida, do gry wkraczają północnokoreańskie tajne służby, CIA, NSA, szczodrze opłacani najemnicy oraz działający na własną rękę naukowcy pragnący położyć Davida na swoim stole - bynajmniej w celach seksualnych.

Brzmi jak totalny chaos? Cóż, książka mimo wszystko okazuje się zaskakująco sensowna. Ba, wielu stwierdziłoby nawet, że wyjaśnienia dotyczące daru przewidywania przyszłości są zbyt przeintelektualizowane. Odwołania do teorii determinizmu, fizyki kwantowej, koncepcji probabilistycznych, teorii względności oraz hipotetycznego konstruktu jakim jest Demon Laplace’a, sprawiają, że tło całej historii wydaje się bardzo łatwe do zaakceptowania, nawet pomimo tego, że jej zarys wydaje się sztampowy i idiotyczny. Jeżeli miałbym pokusić się o odnalezienie analogii do innego autora posługującego się podobnymi metodami tworzenia opowieści, wskazałbym zapewne na naukową fantastykę Michaela Crichtona, którego technothrillery prezentują jedynie odrobinę niższy poziom od tego, co udało sie stworzyć Fawerowi.

Ponadto akcja jest na tyle dynamiczne i stoi na tak wysokim poziomie, że opisy teorii naukowych nie mają szans zbytnio zmęczyć czytelnika. Są one bowiem na tyle dobrze dawkowane i sprytnie rozmieszczone, że po wykładzie o podstawach fizyki kwantowej dostajemy zwykle solidny pościg lub tłuczenie się po ryjach. W dodatku element para(techno)normalny ubarwia każdą sekwencję, w której bezpośrednio zagrożony jest David Caine lub jego przyjaciele.

Zastrzeżenia można mieć głównie do wydania tej książki. Absolutnie randomowa i niemówiąca nic o historii okładka już na pierwszy rzut oka odrzuca czytelnika szukającego oryginalnej historii. Poza tym korekta stoi na dość niskim poziomie, co czasem sprawia, że gdzieniegdzie brakuje jakiegoś wyrazu, literki, czy innej pierdółki, która choć nie wpływa znacząco na odbiór całości, potrafi solidnie zirytować.

Mimo wszystko polecam wyruszyć na tę przygodę. Być może nie jest to książka dla wszystkich, ale jeśli podobnie jak ja kochacie sensację, cenicie dorobek Michaela Crichtona lub po prostu szukacie męskiej lektury na wakacyjny wyjazd, możecie po nią sięgać bez skrępowania. Szukajcie we wszystkich dobrych koszach z przecenionymi powieściami...


Moja ocena to: 7/10 

poniedziałek, 10 lipca 2017

Chris Taylor - "Gwiezdne Wojny Jak podbiły wszechświat?"

Od zawsze twierdziłem, iż Gwiezdne Wojny to coś więcej niż film - to fenomen kulturowy, udowadniający ogromną moc oddziaływania kina na wyobraźnię widzów. Dziadek space opery, następca Flasha Gordona, produkt pełnymi garściami czerpiący z Odysei Kosmicznej Kubricka, heroicznego kina Kurosawy, historii drugiej wojny światowej oraz niezmierzonych pokładów schematów wykorzystywanych w religiach, systemach wiary i mitologiach. Nawet jeśli traficie czasem na osobę, która dopiero wyszła z lasu, a dotąd wychowywały ją wilki, prawdopodobnie zna ona podstawowe elementy historii stworzonej przez Gorge’a Lucasa. Zły Lord Vader, dobry Luke Skywalker, arogancki Han Solo, „niech moc będzie z Tobą” i całowanie swojej siostry - no wiecie, takie podstawy każdej dobrej historii.

I o tym właśnie traktuje książka Chrisa Tylora - o uniwersum Gwiezdnych Wojen i ich wpływie na współczesny świat, o procesie ich tworzenia, o sukcesach i niepowodzeniach, które napotykały na swojej drodze, o Georgu Lucasie i jego współpracownikach, a wreszcie jest też troszkę o Disneyu, który zagarnął markę i postanowił tworzyć następne części przygód, rozgrywających się dawno, dawno temu w odległej galaktyce.

Choć sam nie jestem ogromnym fanem Gwiezdnych Wojen, nie oczekuję na kolejne części z wypiekami na twarzy, a mojego mieszkania nie zajmują tysiące figurek przedstawiających bohaterów znanych z tego uniwersum, książkę Tylora do pewnego momentu czytało mi się całkiem przyjemnie. Zmagania z dystrybutorami, stosunki Lucasa z innymi wielkimi reżyserami tamtej epoki, czy opowieść o inspiracjach, którymi kierował się guru kosmicznej fantastyki, stanowiły dla mnie najciekawszy element gwiezdno-wojennej opowieści. Troszkę mniej zajmujące okazały się fragmenty dotyczące produkcji zabawek, powstawania wątpliwej jakości literatury w świecie Star Wars, czy starań Lucasa o powstanie muzeum upamiętniającego jego dorobek artystyczny. Choć jest to niewątpliwie część historii, której nie sposób było pominąć w tego typu książce, momenty te sprawiały, że zapadałem w niezaplanowane drzemki lub uciekałem do innych, bardziej ekscytujących zajęć.

Jeżeli jesteśmy już przy wadach, to warto wspomnieć, że korekta tej książki nie stoi na najwyższym poziomie. Kilka literówek i powtórzeń nie jest być może czymś, co uniemożliwia lekturę, ale z całą pewnością wywoła serię tików nerwowych u perfekcjonistów.

Trzeba przyznać, że fani Gwiezdnych Wojen powinni być wysoce usatysfakcjonowani. Osobiście spodziewałem się czegoś o wiele nudniejszego i jestem dość miło zaskoczony. Nawet jeśli nie byłem w stanie docenić ogromnej liczby smaczków i spraw istotnych dla hardcorowych miłośników rozpoczętej przez Lucasa sagi, spędziłem przy tej książce sporo czasu, nie czując przy tym, że kompletnie go zmarnowałem (co wcale nie zdarza się tak często). Trudno mi z czystym sercem polecić tę książkę każdemu, ale biorąc pod uwagę ogromną rzeszę odbiorców zafascynowanych Gwiezdnymi Wojnami,  mogę z pełną odpowiedzialnością napisać, że polecam ją niemal każdemu.


Moja ocena to: 6/10

poniedziałek, 3 lipca 2017

The Autopsy of Jane Doe / Autopsja Jane Doe (2016)

Przeprowadzanie sekcji zwłok, w celu ustalenia przyczyn śmierci denata, z całą pewnością nie jest najprzyjemniejszym zajęciem na świecie. Konieczność rozcinania skóry, rąbania kości, czy usuwania organów wewnętrznych z ciał, które jeszcze nie tak dawno miały swoich w pełni świadomych właścicieli, sama w sobie może być niezwykle traumatycznym przeżyciem dla postronnego obserwatora. Andre Ovredal, reżyser Autopsji Jane Doe, dodał w zasadzie niewiele - motyw gwałtownej burzy, powtarzany już od czasów Frankesteina, nawiązanie do starej i sprawdzonej tradycji zombie oraz odrobinę tajemniczych rytuałów czarnej magii. Cały ten miszmasz okraszono odrobiną thrillera psychologicznego i rzucono na stół widza, spragnionego świeżego spojrzenia na gatunek horrorów.

Początkowo można było nawet przypuszczać, że sukces tego filmu jest nieunikniony. Bardzo dobre wprowadzenie, po którym następuje powolne, acz niezwykle klimatyczne przedstawienie głównych bohaterów paranormalnego dramatu, wypada doskonale. Pierwsze pół godziny to solidna opowieść o relacjach ojca z synem, historia opowiedziana za pomocą niedopowiedzeń, półsłówek oraz poszczególnych decyzji podejmowanych przez dwóch mężczyzn połączonych wspólną historią i silnymi więzami emocjonalnymi.
Nie wystawiaj języka, bo Ci...a zresztą, już nie ważne...
W momencie pojawienia się ciała tytułowej Jane Doe wchodzimy w nową fazę opowieści. Bohaterowie krążą na granicy obłędu, a sytuacje, w  których racjonalność ich umysłów zostaje skonfrontowana z nieprzystającą do nich rzeczywistością, okazują się najlepszymi w całym filmie. Jane Doe, która budzi niepokój, ale nie manifestuje swych mocy bezpośrednio, to najstraszniejsza i zarazem najbardziej intrygująca postać, jaką w ostatnich latach zdarzyło mi się oglądać w produkcjach tego typu.

Niestety nieuchronnie docieramy do trzeciej części opowieści. Tu niestety nie jest już tak dobrze. Nie dość, że bardzo solidny thriller psychologiczny przeistacza się w klasyczny horror, to nie jest to nawet szalenie dobry horror. Wszystkie klisze znane gatunkowi od lat, powielone są w co najwyżej przyzwoity sposób, ale kompletnie nie pasują przy tym do mrocznej, tajemniczej i zagmatwanej opowieści, do której przygotowywano widza od początku seansu. Samo zakończenie również nie robi wielkiego wrażenia, zawodząc rozbudzone oczekiwania i nadzieje.

Jedni w brzuchach mają motyle, inni tajemnicze zwoje z pentagramami...
Strasznie żałuję, że ogromny potencjał Autopsji Jane Doe został zmarnowany. Grupa bardzo solidnych i doświadczonych aktorów, pomysłowy reżyser i ciekawe otoczenie, wydawały się gwarantować sukces nawet na polu bardziej ambitnego przedsięwzięcia. Trudno bowiem o lepsze warunki do stworzenia solidnego thrillera psychologicznego - ba, do pewnego momentu byłem przekonany, że Autopsja Jane Doe będzie zmierzała właśnie w tę stronę. Niestety w konsekwencji dostajemy tylko solidny horror filck, który w kilku momentach podrywa z fotela, ale nic ponadto. 

Moja ocena to: 6/10

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Shaun Usher, "Listy Niezapomniane t. II"

Pamiętacie, że jeszcze nie tak dawno miałem okazję pisać o Listach Niezapomnianych? Recenzowany wówczas zbiorek bardzo ciekawej korespondencji, charakteryzującej się znaczną wartością historyczną, niesamowicie przypadł mi do gustu. Nie jest chyba wielkim zaskoczeniem, że postanowiłem zdobyć i przeczytać także drugą część epistolograficznego rarytasu. Problem w tym, że Tom II Listów Niezapomnianych jest boleśnie wręcz przeciętny.

Owszem, niektóre zalety przytaczane przy okazji opisu poprzedniej odsłony, wciąż zachowują swą moc - wszelkie przedstawienia graficzne i strona wizualna tej książki, nadal stoją na wysokim poziomie. Problem w tym, że same listy nie są już tak dobre, jak miało to miejsce w przypadku pierwszej części. Nie jestem w stanie pozbyć się wrażenia, że teksty w tomie drugim, stanowią różnego rodzaju „odrzutki”, które ze względu na swą wątpliwą jakość, brak przesłania, miałkość i bezsensowność, nie znalazły się w pierwszej części.

Oczywiście, także i tu zdarzają się perełki, które mogą przypaść do gustu wielu czytelnikom. List Marge Simpson do Barbary Bush, fragment korespondencji Charlesa Bukowskiego z Johnem Martinem, czy też list Normana Mailera do ojca-hazardzisty, to kilka przykładów, które choć w niewielkim stopniu nawiązywały do wysokiego poziomu tomu pierwszego. Niestety teksty te giną gdzieś w morzu różnorakiego, niezbyt interesującego syfu.

Biorąc pod uwagę, że listów było ponad 120 (o ile dobrze pamiętam), a wybranie kilku interesujących przykładów zmusiło mnie do ciężkiej, co najmniej pięciominutowej pracy myślowej (w której nigdy nie byłem specjalistą), muszę przyznać, że to okropny średniak. Zapewne każdy znajdzie tu coś dla siebie - pytanie tylko, czy warto poświęcać swój czas na szukanie...


Moja ocena to:  5/10

niedziela, 4 czerwca 2017

Sharknado (2013)

Pisałem już o morderczych oponach i zabójczych bobrach, dlaczego więc nie odnieść się do robiącego furorę w gronie kinowych zboczeńców filmu, opowiadającego o tornadach wypełnionych krwiożerczymi rekinami? Przecież już sam tytuł sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z czymś ekstremalnym (ba, nawet ekstrementalnym), historią łączącą horror klasy z, komedię w klimatach sci-fi i kawał śmierdzącego, parującego...*niedopowiedzenie*

I jeżeli dokładnie tego się spodziewacie, to przyznam, że absolutnie nie będziecie rozczarowani. Uwaga, trzymajcie się mocno foteli, bo streszczam fabułę - tornado porywa z oceanu stado krwiożerczych rekinów. Rekiny wirują w trąbach wodnych poruszających się nad Los Angeles, po czym spadają na ulice miasta i zżerają ludzi (a raczej najsłabszych aktorów drugoplanowych, jakich dane Wam będzie kiedykolwiek zobaczyć). Science biatch...
Historia którą za chwilę obejrzycie, oparta jest na faktach...
Niestety przyjęta powszechnie przeze mnie długość publikowanych wpisów, nie pozwala wymienić wszystkiego, co w tym filmie jest złe. Kompletnie niezaangażowani aktorzy, którzy w co najmniej kilku scenach próbują powstrzymać śmiech na drugim planie, efekty CGI gorsze nawet niż w niesławnej Zielonej Latarni, idiotyczne dialogi, które byłby w stanie napisać niepełnosprawny szympans i do tego mnóstwo absurdalnego humoru, który, jak to ma w zwyczaju absurdalny humor, jednych rozbawi, innych stanowczo odrzuci.

Problem w tym, że ten film jest dokładnie taki, jak go zaplanowano. Jak można ocenić pracę reżysera negatywnie, skoro założeniem było stworzenie maksymalnie idiotycznej produkcji, której seans będzie możliwy tylko po spożyciu odpowiednich środków znieczulających? Przecież facet wywiązał się ze swojego zadania genialnie, tworząc tym samym głupią komedię o najgorzej animowanych rekinach w historii kinematografii.
Rekin-alpinista - pomyślcie ile czasu zajęło wytrenowanie bestii do tej sceny :D
Kiedyś przyjąłem bardzo ciekawy sposób podchodzenia do dzieł filmowych. Jako że głównym celem tych obrazów jest wywoływanie emocji, postanowiłem dobrze oceniać produkcje, które zapamiętam na długo i które pobudzają moją wrażliwość. Biorąc te kryteria pod uwagę, z czystym sercem przyznaję, że ogromna ilość zniesmaczenia, zażenowania oraz niechęci do każdej osoby zaangażowanej w stworzenie tego dzieła, to najsilniejsze emocje wywołane we mnie przez produkcję filmową, jakie mógłbym sobie wyobrazić. W dodatku nie wyobrażam sobie, iż obraz rekinów rozcinanych piłą łańcuchową, mógłbym kiedykolwiek wyrzucić z głowy. Dlatego też:

Moja ocena to: 8/10


PS. Oczywiście to ściema, bo strona techniczna filmu nie zasługuje nawet na jedynkę. Ale ocena cyfrowa jest doskonałym źródłem prowokacji, do której mam ewidentną tendencję. Także obejrzyjcie Sharknado i wtedy napiszcie mi, dlaczego film ten nie zasługuje na tak wysoką notę. I cierpcie razem ze mną, bo ta seria ma już cztery części. A prawdziwy fan wirujących rekinów nie może przecież odpuścić takiego seansu... 

wtorek, 30 maja 2017

Jean-Christophe Grange - "Lontano"

Afrykańska magia, brutalny morderca i bezwzględni policjanci - jeżeli szukacie kryminału, który sprawnie połączy te trzy elementy, to trafiliście doskonale. Francuski mistrz powieści z dreszczykiem powraca z mroczną sagą opisującą losy rodziny Morvanów. A trzeba przyznać, że to całkiem zróżnicowana i interesująca grupka - ojciec, były agent służb specjalnych i prężnie działający w Afryce przedsiębiorca, facet nieustannie znęcający się nad swoją żoną i dążący do pełnej kontroli nad dziećmi, nieśmiała matka-hipiska, skrywająca własną tajemnicę, syn-detektyw, bezkompromisowy facet nie obawiający się skutków brutalnego pobicia przesłuchiwanego, syn-narkoman, tchórzliwy, wiecznie naćpany, ale mający niesamowite zdolności do osiągania sukcesów na rynkach finansowych i wrzeszczcie córka-dziwka, piękna kobieta, która na złość rodzinie bierze udział w orgiach fetyszystów i obciąga producentom filmowym z nadzieją na zrobienie kariery w show-biznesie. Losy tych postaci łączą nie tylko więzy rodzinne, ale także postać Człowieka-Gwoździa.

Choć pseudonim mordercy brzmi niemal jak ksywka surrealistycznego super-bohatera, Człowiek Gwóźdź okazuje się istotą bardzo potężną i brutalnie rzeczywistą. Po kilkudziesięciu latach powraca z Konga, by na francuskiej prowincji dręczyć Gregoire’a Morvana, głowę tej nieco skrzywionej i pełnej problemów rodzinki. Motywem działania Człowieka Gwoździa jest zaś konieczność dopełnienia rytuałów wynikających z afrykańskich legend i rytuałów religijnych kongijskich plemion z ludu yombe. Motyw ten jest o tyle interesujący, iż zabójstwa dokonywane przez naszego złoczyńcę są wręcz fantazyjnie brutalne, a charakterystyczna otoczka kulturowa sprawia, że czytelnik musi nieustannie balansować na krawędzi chorego snu i okrutnej rzeczywistości. Ponadto cieszy fakt, iż jak przystało na Grange’a nie ucieka on zanadto w stronę doznać metafizycznych, a ich obecność wynika jedynie z klimatu powieści, nie zaś przez bezpośrednią sugestię w dialogach, czy działaniach bohaterów. Krótko mówiąc autor trzyma się bardzo mocno twardych realiów, ale czytelnik i tak może wczuć się w ten gęsty, przesycony afrykańską kulturą, wypełniony czarną magią nastrój przedstawionej historii.

Książka sprawdza się idealnie jako wprowadzenie do kolejnych części cyklu. Jako takie obarczone jest jednak pewną, dla wielu kluczową przy wyborze lektury wadą. Otóż przeprawa przez kilkadziesiąt pierwszych stron to prawdziwa męczarnia. Samo poznawanie osób tworzących rodzinę Morvanów jest dość nudne i mało przyjemne. Początkowo trudno bowiem znaleźć wśród nich choćby jedną postać, którą czytelnik mógłby polubić i jej kibicować. Z czasem odsłaniane są jednak szczegółowe motywacje protagonistów i duża część z nich zaczyna być bardziej ludzka. I choć wciąż nie są ludźmi szlachetnymi, to przynajmniej w pewnym stopniu przestają być źli w tak oczywisty i bezpośredni sposób. Dlatego też, choć początkowo bardzo męczyła mnie przygoda z Lontano, uważam że to wciąż całkiem niezła powieść i z niecierpliwością czekam na kolejne, jeszcze lepsze części przygód rodziny Morvanów.


Moja ocena to: 7/10

wtorek, 23 maja 2017

Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently’ego (s01)

Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently’ego, to dokładnie tak dziwny serial, jak może sugerować sam jego tytuł. Opowieść o losach paranormalnie uzdolnionego detektywa Gently’ego, rodzeństwa Brotzmanów, nietypowej morderczyni Bart Curlish oraz całej gamy barwnych, specyficznych i niesamowicie charakterystycznych postaci, stanowi historię, której obecność warto zaznaczyć choćby w króciutkim tekście.

Słabo opłacany boy hotelowy, Todd Brotzman (Elijah Wood) pewnego dnia natyka się w swym domu na włamywacza. Epicka walka pomiędzy dwoma chudzielcami kończy się rozmową, z której Todd dowiaduje się, iż jego przeznaczeniem jest odnalezienie Lydii Spring, córki znanego i bogatego wynalazcy zamordowanego przed kilkoma dniami. Oczywiście całą akcję traktuje początkowo jako słaby żart i każe domniemanemu detektywowi opuścić jego mieszkanie w podskokach. Problem w tym, że Dirk Gently potrafi interpretować znaki przekazywane przez holistyczną strukturę wszechświata i doskonale wie, o czym mówi (choć nie zna do końca szczegółów). Ta rozmowa zmienia kompletnie życie Todda Brotzmana i rozpoczyna serię dynamicznych i szalenie dziwnych wydarzeń, które nie pozwolą widzowi oderwać się od ekranu przez osiem odcinków.
Zobaczcie jaki to ciepły i pozytywny serial...
Jeżeli przeczytaliście w życiu przynajmniej jedną książkę Douglasa Adamsa, nie będziecie w stanie pozbyć się wrażenia, że serial wypełniony jest po brzegi poczuciem humoru charakterystycznym  dla tego autora. I bardzo słusznie, bo produkcja telewizyjna, to rzeczywiście adaptacja prozy Adamsa. Trzeba przy tym przyznać, że mimo sporej dozy sceptycyzmu, która towarzyszyła mi przed rozpoczęciem seansu, jest to adaptacja wyśmienita. Przede wszystkim uwagę zwraca doskonałe, oparte na motywach futurystycznych i parapsychicznych poczucie humoru, które stanowi genialne tło dla leciutkiej opowieści o superbohaterach i podróżach w czasie.
...oczywiście zdarzają się czasem nieco brutalniejsze momenty...
Choć serial jest często szalenie brutalny, widz będzie miał ogromną trudność z odebraniem na serio jakichkolwiek przejawów przemocy. Ciepłe żółto-niebieskie barwy, które nieustannie towarzyszą naszym rozbrykanym, przerysowanym bohaterom, wpływają na to, iż interpretacja całości musi być pozytywna, a ekscesywne przejawy agresji traktowane z przymrużeniem oka.
...ale co złego może się wydarzyć?
Jeżeli uwielbiacie absurdalne poczucie humoru, lekkie i zabawne produkcje telewizyjne, czy choćby prozę Douglasa Adamsa, nie wyobrażam sobie, byście podczas oglądania Holistycznej Agencji Detektywistycznej Dirka Gently’ego mogli bawić się źle. Ja polecam z całego mrocznego serduszka.


Moja ocena to: 8/10

niedziela, 14 maja 2017

James R. Benn - "Łachmany i Kości"

Osadzenie akcji powieści kryminalnej w realiach drugiej wojny światowej, zawsze przyciąga moją uwagę. Gdy więc w okazyjnej cenie nabyłem Łachmany i Kości, historię detektywa Billy’ego Boyle pracującego na zlecenie samego Dwighta Eisenhowera, wówczas Naczelnego Dowódcy Alianckich Ekspedycyjnych Sił Zbrojnych, myślałem, że złapałem Boga za nogi. I jeżeli przyjąć, że tym bogiem był Hefajstos, a za okazany brak szacunku dostałem od niego młotem w łeb, to w sumie nie pomyliłem się aż tak bardzo...

Sama historia wydaje się jednak mieć ogromny potencjał. Billy Boyle współpracując ze swych polskim przyjacielem Kazimierzem, starają się rozwikłać sprawę morderstwa rosyjskiego dyplomaty, Jegorowa. Problemy zaczynają się bardzo szybko, bowiem na jaw wychodzi, iż śmierć Rosjanina bezpośrednio związana jest z mordem polskich oficerów w Katyniu. Ponadto w niebezpieczną, polityczną grę błyskawicznie włączają się struktury przestępcze działające w podziemiach (dosłownie) nieustannie bombardowanego Londynu, organizacje wywiadowcze z MI5 i MI6 na czele, czy wreszcie cała gromada wkurzonych kacapów z NKWD. No i sami powiedzcie, czy to nie brzmi świetnie?!

Oczywiście, że tak. Przedstawiona historia nie ma znaczących luk, brak tutaj szczególnie cukierkowych, czy niewiele znaczących i nudnych wątków. Książkę czytałoby się wręcz bardzo dobrze, gdyby nie...korekta. A właściwie jej całkowity brak w wydaniu, które mam nieszczęście posiadać.
Kluczową wadą jest w jego przypadku brak kilkunastu stron. Felerność mojego wydanie nie ulega wątpliwości wobec faktu, iż część stron jest zdublowanych, części natomiast nie ma wcale. Jak wielkim problemem jest brak kilku chociażby kartek w kryminale, nie muszę chyba nikomu tłumaczyć. Na tym jednak się nie kończy - o nie! Tak ogromnej liczby literówek i błędów nie widziałem przez całe życie - ba, nie sądzę, żebym miał okazję jeszcze raz czytać książkę tak źle wydaną. Wygląda na to, że w moje ręce trafiła jakaś wersja testowa ostatecznego wydania - wersja, która nie miała prawa ujrzeć światła dziennego. Choć zwykle kwestie błędów tego typu nie są dla mnie najistotniejsze, w tym przypadku uniemożliwiły czerpanie jakiejkolwiek frajdy z rozrywki.

Czy to mogła być dobra książka? Cóż, nawet w swej najlepszej formie nie byłaby lekturą wybitną. Z całą pewnością mogłaby jednak zdobyć rzeszę fanów, szczególnie wśród ludzi zainteresowanych ówczesnymi realiami historycznymi (te zaś przedstawiono naprawdę solidnie). Obecność Eisenhowera, Kima Phillby’ego, licznych organizacji wywiadowczych i świetnie przedstawionych realiów życia w Londynie z okresu II wojny światowej, tworzą świetne tło historyczne, ułatwiające budowanie emocjonującego wątku kryminalnego. Cóż jednak z tego, gdy całą radość przesłania irytacja i zniechęcenie czytelnika, zmuszonego do nieustannej walki z nieprzystępną formą.

Jeżeli będziecie zainteresowani tą lekturą, starannie przekartkujcie swoje wydanie w księgarni. Jeżeli natraficie na choćby ślad przypuszczenia, że Wasz egzemplarz odbiega od standardowo przyjętych norm, po prostu sobie odpuśćcie. Niech wystarczy fakt, że sam opracowałem całą listę nowych przekleństw, zastanawiając się przy tym, czy istnieje jakikolwiek głupszy sposób zmarnowania potencjału opowiadanej historii...

Moja ocena (bazująca na posiadanym wydaniu) to: 2/10 (książka w wersji kompletnej zasługiwałaby na 4-5 oczek więcej)

czwartek, 4 maja 2017

Shaun Usher - "Listy Niezapomniane"

Sztuka pisania listów nie umiera - ona już dawno poległa. Niestety jedynym śladem, jaki po sobie zostawiła, jest zwykle sterta pożółkłych papierzysk przewalających się po tysiącach polskich strychów, piwnic i garaży. A przecież jeszcze dwadzieścia lat temu, wyobrażenie sobie świata bez tej podstawowej od wieków formy komunikacji międzyludzkiej, było niemal niemożliwe. Pisali do siebie dyplomaci, przyjaciele, partnerzy handlowi, czy kochankowie. Niemal każdy list był unikatowy, dogłębnie przemyślany ze względu na ograniczoną objętość, wymuszający pewien minimalny poziom elokwencji. Dziś listów nie pisze niemal nikt. Na szczęście Shaun Usher postanowił napisać o listach. A raczej zebrać najciekawsze okazy i przedstawić je w jednym miejscu.

Tym sposobem w Listach Niezapomnianych przeczytamy sto dwadzieścia sześć listów o najróżniejszej tematyce. Pismo Karola Dickensa w sprawie publicznych egzekucji, list siostrzeńca Hitlera do prezydenta USA, Franklina D. Roosvelta, zawierający prośbę o wcielenie do armii, korespondencję Raya Bradbury’ego z jego wiernym czytelnikiem, dotyczącą zagrożenia ze strony robotów, czy wreszcie mój ulubiony - choć jednocześnie jeden z najkrótszych - list Kuby Rozpruwacza do śledczego George’a Luska, stanowiący kpinę z jego postępów w dochodzeniu. Jak sami widzicie tematyka tekstów jest diametralnie różna. Jedne okażą się niesamowicie zabawne, inne przygnębiające. Część z nich umieszczona w odpowiednim kontekście rozczuli, część zmotywuje do cięższej pracy nad sobą. Co szczególnie istotne dla takich zbiorczych opracowań, niemal żaden nie jest na tyle nudny, by zmusić czytelnika do odłożenia książki na później. Listy niezapomniane połyka się błyskawicznie, a wiele z nich rzeczywiście okazuje się czymś trudnym do zapomnienia.

Jedną z najważniejszych rzeczy, ułatwiających odbiór, jest jednak niesamowite wydanie tego opracowania. Otwierając dość prostą graficznie, twardą okładkę, natrafimy na przetłumaczone listy, zapisane standardową, drukowaną czcionką. W wielu przypadkach możemy jednak także rzucić okiem  na fotografie oryginalnych wersji listów, czy jeśli to z jakichś przyczyn niemożliwe, na portrety osób zaangażowanych w korespondencję. Znaczna część listów opatrzona jest również króciutką notką, wprowadzającą kontekst opisywanych sytuacji i zdarzeń. Dzięki takiemu rozwiązaniu przejrzystość, czytelność i przede wszystkim atrakcyjność lektury Listów Niezapomnianych, stoi na najwyższym poziomie.

Znacie to uczucie, gdy długo na coś czekacie, a później Wasze oczekiwania zostają dramatycznie zawiedzione? W tym przypadku było kompletnie inaczej. Od momentu wydania Listów Niezapomnianych ostrzyłem sobie zęby na tę lekturę, czekałem na moment, w którym znajdę czas na zanurzenie się w tej genialnej, epistolograficznej przygodzie. Gdy wreszcie udało mi się tego dokonać, okazało się, że nie mogę żałować żadnego momentu, poświęconego na przedzieranie się przez listy ludzi wielkich (i tych trochę mniejszych) i zasłużonych (i tych trochę mniej zasłużonych) dla historii. Szczerze polecam!


Moja ocena to: 8,5/10  

piątek, 28 kwietnia 2017

William Peter Blatty - Egzorcysta

Zwykle po obejrzeniu ekranizacji, nie czuję jakiejś ogromnej potrzeby, by próbować dotrzeć do wersji oryginalnych. Po seansie Ojca Chrzestnego nie sięgnąłem po Puzo, po kinowej odsłonie X-menów nie widziałem potrzeby docierania do zeszytów komiksowych, które zawierałyby przygody mutantów, które przed chwilą obejrzałem, ba, nawet po obejrzeniu obrad sejmowych, nie nabrałem ochoty na przeczytanie Historii Gówna (tak, też jestem zaskoczony, ale jest taka książka). Dla Egzorcysty zrobiłem jednak wyjątek. Głównie dlatego, iż jest to jedna z najbardziej przełomowych produkcji w historii kina grozy, film-fenomen, o którym na przestrzeni lat dyskutowano na tysiącach konwentów, setkach uczelni filmowych i dziesiątkach czarnych mszy w przerwach między zabijaniem dziewic i zjadaniem kotów (albo odwrotnie). Nie ukrywam więc, że byłem żywo zainteresowany książkowym pierwowzorem, który zainspirował niedawno zmarłego Blatty’ego, do przeniesienia historii opętanej dziewczynki na ekrany kin. I cóż, nie jestem w najmniejszym stopniu zaskoczony.

Książka krok w krok podąża tropem znanej mi już od dawna, filmowej wersji Egzorcysty. Opętana Regan, jej histeryczna matka, tracący wiarę ksiądz i zafiksowany na punkcie kina detektyw - bohaterowie zgadzają się co do joty. Literacka wersja rozszerza troszkę gamę postaci o służącego Karla oraz jego rodzinę, która w ekranizacji została w dużej mierze pominięta. Wątki związane z Karlem nie są jednak na tyle ciekawe, by fani kina mieli czego żałować.  Poza tym zgadzają się przecież wszystkie znaczące wydarzenia. Zabawy planszą Oujia, bieganie po lekarzach, aż wreszcie prawdziwa zabawa w dobrym, demonicznym towarzystwie. Ba, mało tego, znaczna część dialogów, które odbywają się w książce, to wyłącznie nieco rozszerzone rozmowy z filmu.

I teraz mam z tą powieścią mały problem. Z jednej strony styl w jakim jest napisana i niezwykle ciekawa historia jaką udało się w niej przedstawić, sprawiły, że czytało mi się ją z ogromną przyjemnością. Z drugiej jednak strony nie znalazłem w niej kompletnie nic nowego. Czasami narzekamy, że ekranizacje zbytnio odbiegają od książkowych pierwowzorów. Tutaj jest dokładnie na odwrót. I muszę niestety stwierdzić, że sytuacja, w której wizja tej samej historii w obydwu opisywanych mediach jest identyczna, również nie okazała się czymś zanadto komfortowym. W gruncie rzeczy dostałem identyczną historię, tyle że w dwóch wersjach. I przyznam, że mimo przyjemnie spędzonego czasu, odnoszę wrażenie, że w jakimś niewielkim stopniu go straciłem.


Jeżeli nie mieliście okazji oglądać filmu, przeczytajcie książkę. Zrobienie tego w odwrotnej kolejności również jest możliwe (i w sumie bezbolesne), ale wówczas możecie wyciągnąć wnioski podobne do moich. A podzielenie mojej opinii, to pierwszy krok prowadzący na ścieżkę zła, okrucieństwa i upierdliwego czepialstwa.

sobota, 15 kwietnia 2017

Stygmaty (1999)

Biorąc pod uwagę, iż za pasem kolejne święta Wielkanocy, tematyka wpisu pozostanie wybitnie katolicka. Stygmaty są bowiem dziełem głęboko zanurzonym w symbolice chrześcijańskiej, produkcją tyleż klimatyczną, co kontrowersyjną. Choć przesłanie płynące z tego obrazu może być odebrane niezwykle krytycznie przez całe grono zagorzałych katolików, jednego nie można mu odmówić - to cholernie dobrze zrealizowane kino grozy.

Stygmaty opowiadają o losach zwykłej, zdawałoby się szarej fryzjerki, która pewnego dnia otrzymuje od swojej matki nietypowy prezent - różaniec niedawno zmarłego, obdarzonego niezwykłą estymą zakonnika. Wakacyjny prezent wysłany przez matkę już wkrótce zaczyna stwarzać problemy, a nasza bohaterka, Frankie Paige, zostaje „obdarowana” (choć to nie jest słowo, którego zwykło się używać po otrzymaniu dwóch cholernie mocno krwawiących ran przy nadgarstkach) swoimi pierwszymi stygmatami. Do poprowadzenia kościelnego śledztwa w tej sprawie oddelegowany zostaje ojciec Andrew Kiernan. Tak oto rozpoczyna się intryga, która wstrząśnie fundamentami kościoła katolickiego.
Kiedy czytasz programy wyborcze polskich partii politycznych...
Stygmaty to bardzo charakterystyczna produkcja, która choć niewątpliwie czerpie z klasyków w stylu Egzorcysty, ma na siebie własny pomysł i potrafi zainteresować widza nie tylko efektami specjalnymi, ale także rozwojem fabuły. Historia w której do samego końca nie wiadomo, kto stoi za wydarzeniami spotykającymi Frankie, nieustanne bombardowanie widza symboliką chrześcijańską, doskonałe i nieprzesadzone budowanie całej otoczki historycznej inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami, sprawiają, że da się bez najmniejszego problemu wsiąknąć w klimat Stygmatów i śledzić akcję z niecierpliwością - nawet jeśli bez większego przerażenia.
Kiedy świętujesz zdanie egzaminu i budzisz się dzień później...
Niewątpliwie pomaga w tym także bardzo przyzwoite aktorstwo, które stanowi dla mnie największe, pozytywne zaskoczenie. Szczególnie przyjemnie oglądało mi się występ Patricii Arquette, która stanęła przed naprawdę trudnym zadaniem. Zadaniem, które udało jej się sprawnie wykonać niemal w stu procentach. Towarzyszący jej Gabriel Byrne grający księdza Kiernana, również wypadł całkiem przywozicie. Biorąc pod uwagę, że aktorzy drugiego plany nie zdołali niczego popsuć, trzeba przyznać, że odwalono kawał dobrej roboty. Na tym jednak przyjemne zaskoczenia się nie skończyły - solidna praca osób odpowiedzialnych za charakteryzację, eksperymentowanie ze światłem i pracą kamery, bardzo dobra muzyka - każdy element wpływał na to, że Stygmaty oceniam jako jeden z najlepszych horrorów zanurzonych w świecie wiary katolickiej.

Jedynym problemem może być moralna strona tego obrazu. Wkroczenie na niezwykle grząski teren wiary, wiąże się z tym, że krytykowane instytucje i zrzeszeni w nich ludzie, mogą nie docenić całej reszty. I rzeczywiście, trudno pominąć, iż mamy do czynienia z kolejnym obrazem przedstawiającym tyleż ciemną, co kompletnie nierealną stronę kościoła jako instytucji. Kolejną pożywką dla ludzi bezrefleksyjnie krytykujących watykańską hierarchię i systematykę działania. A jednak pozostając w przekonaniu, iż całość ma być fikcyjnym obrazem, który postawi poważne, rzeczywiste pytania, trudno nie docenić zalet technicznych i wizualnych, które kryją się za tym dość prostym w swej konstrukcji horrorem.
Kiedy ze starszym bratem wychodzisz na imprezę i negocjujesz z rodzicami godzinę powrotu...
Dlatego też szczerze polecam. Przede wszystkim tym, którzy mają ogólne pojęcie o symbolice katolickiej, choć z samym kościołem utrzymują dość luźny kontakt - im Stygmaty spodobają się najbardziej. Dla wojujących katolików będzie to oczywiście stos herezji, dla wojujących ateistów broń zbudowana na podstawie fikcyjnych elementów. Najlepiej będą się zaś bawić Ci, podchodzący do Stygmatów jak do zwykłego, bardzo solidnego kawałka horroru i takie podejście polecam Wam najmocniej.


Moja ocena to: 8/10

niedziela, 9 kwietnia 2017

Podwójne uderzenie - w sam środek pieńka i pięć metrów nad bramką, czyli podsumowanie dwóch krótkich lektur...

Lars Mytting - “Porąb i spal. Wszystko co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie.”


Początkowo miałem mały problem z tą książką. Nie byłem w stanie zbyt dokładnie przełożyć sobie moich doświadczeń związanych z pozyskiwaniem i przeróbką drewna, na warunki dość bogatej Norwegii, dysponującej nie tylko długoletnią kulturą wycinki drzew, ale także sprzętem, który zdecydowanie nie jest standardem we wsiach wschodniej Polski. Gdy więc Mytting pisał o kombajnach do drzewa, ja miałem w pamięci rozkopaną i miękką ziemię bagnistej łąki, z której w ogromnych męczarniach trzeba było wyciągać kłody drzewa. Gdy opisywał rodzaje najlepszych pił, ja wyobrażałem sobie wysłużoną piłę mojego ojca, której wątpliwa niezawodność wpłynęła na poszerzenie zasobu słów wulgarnych używanych przez 3/4 rodziny. Kiedy wymieniał dziesięć rodzajów siekier, z której każda miała realizować inne zadania, ja przypominałem sobie swoją starą siekierę, wykutą jeszcze w czasach gdy słowo fiskars wydawało się jakimś tajemniczym zaklęciem, a nie nazwą popularnego producenta. I tak było ze wszystkim - rodzajami i konstrukcjami nowoczesnych pieców, sposobami układania drewna, metodami jego suszenia, czy odpowiednich warunków składowania. 

I mimo wszystko udało się autorowi uchwycić ten szczególny rodzaj romantyzmu, który sprawia, iż nawet po najbardziej męczącym dniu harówki przy drewnie, wracasz do domu równie zadowolony z siebie, co wyczerpany. I chyba o to tutaj chodziło - o oddanie hołdu tej specyficznej, bardzo prostej i zdawałoby się czysto utylitarnej czynności. Nie sądziłem, że ta książka mi się spodoba, ale wydaje mi się, że dla każdego, kto chociaż raz pracował przy drewnie, będzie ona miała naprawdę dużo uroku. Nie rozumiem powodów dla których mieliby się nią zachwycać ludzie żyjący od pokoleń w mieście i niemający żadnych kontaktów z pracą tego rodzaju, ale dla całej reszty powinna być to całkiem fajna lektura.

 Moja ocena to: 7/10


Andrea Pirlo, Alessandro Alciato - „Pirlo. Myślę, więc gram”.


Jest to jedna z najgorszych biografii jakie było mi dane czytać. Na lekturę zdecydowałem się z dwóch bardzo istotnych powodów - po pierwsze jestem ogromnym fanem talentu tego włoskiego pomocnika. Po drugie uważałem go za człowieka szalenie inteligentnego, wirtuoza piłki, ale i kogoś obdarzonego ponadprzeciętną mądrością w życiu prywatnym. I cóż, teraz wcale nie jestem tego taki pewny... 

Zacznijmy od tego, że opis książki kompletnie nie oddaje rzeczywistości. Anegdot nie ma zbyt wielu (z całą pewnością nie ma ich „tysiąca”), wstydliwe sekrety kolegów z szatni, to na przykład takie, że Inzaghi lubił postawić klocka przed meczem, albo że Gilardino nosił w torbie swoje stare buty, które miały mu przynosić szczęście, a fascynujące wspomnienia dotyczą głównie trzech, czy czterech przegranych spotkań i kilku negocjacji transferowych. Ot, taki standard jeśli chodzi o biografie sportowców. 

Pomijając kila ciekawych zdań na temat konieczności wprowadzenia powtórek telewizyjnych do profesjonalnej piłki, reszta jest bardzo przeciętną laurką wystawioną swoim dawnym kolegom i trenerom (a przynajmniej większości z nich), przesiewaną dygresjami związanymi np. ze stosowaniem dopingu w kolarstwie (gdyby mnie to obchodziło, poczytałbym książkę o kolarstwie).

Nie zaprzeczę jednak, że książkę czyta się wręcz błyskawicznie. Ogromna interlinia, spora liczba bardzo przeciętnych zdjęć i prosty język sprawiają, że nie może być inaczej. Na poziomie merytorycznym biografia Pirlo rozczarowuje. Przez ogromną część tej lektury nie mogłem powstrzymać myśli, iż nie tylko Andrea nie chciał opowiedzieć zbyt wiele o tym jak wyglądało jego życie prywatne w czasie trwania kariery piłkarskiej, ale stworzył tę biografię wyłącznie w celu wyciągnięcia dodatkowych groszy, na ostatniej fali swojej znacznej popularności. Biorąc pod uwagę stosunek ceny do jakości - jestem bardzo mocno rozczarowany.

Moja ocena to: 4/10


poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Timothy Snyder- "Czarna Ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie"

Holokaust stał się tematem niejednej książki. Temat ten rozpatrywano już z perspektywy historycznej, psychologicznej, czy socjologicznej. Jako zjawisko bezprecedensowe stał się nie tylko przejawem największego okrucieństwa do jakiego zdolna jest istota ludzka, ale z czasem także fenomenem popkulturowym. O żydowskiej zagładzie pisano, nawiązywano do niej w tekstach piosenek, poświęcono jej kilkadziesiąt (a może nawet kilkaset) filmów różnego formatu. I gdy wydaje się, że wszystko na ten temat zostało już powiedziane, pojawia się taki Timothy Snyder, który udowadnia, że nawet do niemal wyczerpanego tematu, można wciąż dodać coś konstruktywnego.

Biorąc do ręki książkę „Czarna Ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie”, nie skupiałem się zanadto na drugiej części  tytułu. Liczyłem na książkę historyczną, która w zgrabny sposób podsumuje znane mi fakty. Choć nie jestem specjalistą w tej tematyce, a zagłada Żydów nigdy nie była tematem, którym specjalnie mocno miałbym się interesować, na przestrzeni swojego życia odwiedziłem Auschwitz oraz Majdanek. Wydawało mi się więc, że znam skalę zniszczenia jaka dotknęła naród żydowski w Europie. Okazało się jednak, że badania Snydera są w stanie rzucić znacznie jaśniejsza światło na minione wydarzenia, a w dodatku stanowią bardzo jasne ostrzeżenie przed możliwością ich ponownego wystąpienia.

Snyder oparł swoje rozważania na kilku wartych przemyślenia teoriach. Zakwestionował na przykład biurokratyzację, jako czynnik bezpośrednio prowadzący do zagłady. Wskazał, iż to właśnie istnienie państw, choćby marionetkowych, w dużej mierze umożliwiało Żydom przeżycie w Europie. Autor podjął się przy tym dość skomplikowanego zadania polegającego na przekrojowym przedstawieniu czynników wpływających na ilość zbrodni w poszczególnych rejonach Europy. Zwrócił uwagę przede wszystkim na podwójną okupację (przez ZSRR oraz hitlerowskie Niemcy) oraz rozpad struktur państwowych, kwestie etniczne i narodowościowe oraz problemy terytorialne (szczególnie w przypadku Rumunii, Węgier oraz Ukrainy). Co charakterystyczne na dalszym planie znalazły się kwestie związane ze ślepym antysemityzmem.

Najistotniejsze jest jednak to, że swoje bardzo ciekawe rozważania Snyder przekłada na współczesny i przyszły świat. Choć jego wizja jest beznadziejnie krytyczna, w ciekawy sposób wiąże holokaust z globalizacją i wskazuje na jego nieuchronność wobec pogarszania się warunków życia na naszej planecie. Muszę przyznać, że po raz pierwszy spotkałem się z taką perspektywą i choć myślałem nad nią już od kilku dni, wciąż trudno mi wyrobić sobie jednoznaczne zdanie co do jej zasadności. Faktem pozostaje jednak to, że książka zmusza do poważniejszych rozważań, co w przypadku lektur historycznych nie zdarza się wcale tak często (wbrew wszelkim pozorom).

Czy książka ma wady? Cóż, troszkę raziło mnie przywołanie jako znaczącego autorytetu imć Jana Tomasza Grossa, co stoi w sprzeczności z całkiem niezłą opinią Snydera o Polakach. Pomijając jednak kwestie personalne, trzeba także zauważyć, że swoje tezy autor Czarnej Ziemi popiera bardzo konkretnymi argumentami. Problem w tym, że dość często je powtarza. Te same tezy zostają potwierdzane przez te same argumenty - często zmieniają się tylko rozdziały lub opisywany rejon geograficzny. O dziwo nie przeszkadza to jakoś szczególnie w samej lekturze.

Czy w takim razie polecam? Ależ owszem. Zarówno tym, którzy chcą poszerzyć swoją wiedzą o tej haniebnej plamie na honorze całej ludzkości, jak i osobom szukającym innego, świeżego spojrzenia na holokaust. Tym bardziej, że wbrew temu, co lubimy o sobie myśleć, nie jest to wcale zjawisko, które nie może się powtórzyć w przyszłości.


Moja ocena to: 7.5/10

środa, 29 marca 2017

Top 10 - ulubieni bohaterowie Marvela (bez mutantów)


10. Hercules - Cóż, to ten sam Herkules, którego możecie znać z legend. Facet wiernie towarzyszy Kapitanowi Ameryce w Civil War i potrafi naprawdę solidnie przypier...znaczy...dysponuje całkiem solidnym uderzeniem. Fajnie zobaczyć taką górę mięsa w komiksach, nawet jeśli jego rola zwykle jest marginalna.











9. Ghost Rider - paczka dwóch świetnych bohaterów w jednym. Johny Blaze wraz z duchem zemsty Zarathosem potrafią siać spustoszenie niezwykłe nawet jak na warunki komiksowe. Moc Zarathosa nie jest do końca sprecyzowana. Wszystko wskazuje na to, że jest niemal nieograniczona i tylko od kaprysu chwili zależy z kim Johny Blaze będzie w stanie skutecznie walczyć. Do tego gość wygląda jak kościotrup! Z płonącą głową!! Co może być bardziej epickie?!


8. Luke Cage - choć serial z Cage’m wzbudził mieszane uczucia u widzów, trzeba przyznać, że jest to jedna z wyróżniających się postaci (i to nie tylko ze względu na swój kolor skóry). Luke Cage jest najbardziej interesującym przedstawicielem Harlemu, niemal niezniszczalnym i obdarzonym ponadludzką siłą bokserem. Do tego jest to jedna z najbardziej znaczących postaci w drużynie Avengers (i to nie tylko ze względu na swój kolor skóry) i jednym z założycieli innej bardzo ważnej grupy superbohaterów - Heroes for Hire. Facet zwyczajnie wie, jak znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie, żeby zrobić dobre wrażenie. 








7. Juggernaut - To może być kontrowersyjne stwierdzenie, ale Juggernaut może być jedną z najsilniejszych postaci na tej liście. Jako uosobienie ducha zniszczenia, Cyttoraka, dysponuje przeogromną mocą. Umowa między nim i Cyttorakiem jest dość prosta - im więcej zniszczenia czyni Juggernaut, tym więcej mocy otrzymuje od swojego opiekuna. Amplituda jego mocy, ze względu na kapryśność ducha zniszczenia, jest przeogromna. Ale mimo wszystko obecność tego gościa zawsze gwarantuje akcję na najwyższym poziomie. I pamiętajcie - nie jest mutantem! :D





6. Kingpin - Po pierwsze jest głównym łotrem w  telewizyjnym Daredevilu. Wilson Fisk w swojej serialowej wersji jest niesamowity - z jednej strony szalenie inteligentny i uczuciowy, z drugiej łatwo wpadający w gniew i nieprzewidywalnie agresywny. W komiksach jego przemyślane plany i nieustanne knucie pozwalają wyprowadzać w pole nawet teoretycznie silniejszych przeciwników. Ponadto ogromna siła tej góry sadła stawia go na równi z wieloma superbohaterami. Wilson Fisk jest Kingpinem doskonały, idealnym ucieleśnieniem świata przestępczego. Co więcej nawet jeśli zwykle do swoich niecnych planów wykorzystuje innych, sam też potrafi nieźle przypier...znaczy...dysponuje całkiem solidnym uderzeniem.





5. Captain America - Bohater-fenomen. Awatar amerykańskości, który podbił serca komiksomaniaków na całym świecie. Steve Rogers jest jednym z najstarszych przedstawicieli ideałów superherosa. Początkowo chorowity dzieciak rysujący potajemnie komiksy, stał się ideałem żołnierza. Nie tylko jest niezwykle silny, wytrzymały i inteligentny, ale dał też w pysk samemu Hitlerowi - a takie rzeczy się docenia!




4. Deadpool - Czy muszę coś dodawać? Deadpool jest najzabawniejszym bohaterem w całym uniwersum. Były najemnik Wade Wilson, po zachorowaniu na raka wszystkiego (to chyba nie jest dokładne medyczne sformułowanie, ale nigdy nie można mieć pewności...) zostaje zmieniony w superżołnierza. Cholernie brzydkiego superżołnierza. Odtąd nie tylko zyskuje liczne specjalne umiejętności, ale także świadomość tego, iż jest bohaterem komiksu. Daje to niezwykłe możliwości do wykorzystywania żartów z przełamywanie czwartej ściany. Czytanie komiksów i oglądanie filmu z Deadpoolem daje niesamowitą ilość zwykłej, nieskrępowanej radości.



3. Hulk - Z jednej strony najbardziej skomplikowana emocjonalnie postać w całym uniwersum (Bruce Banner wychowywany był przez ojca-alkoholika, który w przypływie szału zabił matkę Bruce’a. Trauma z dzieciństwa oczywiście odbiła się na nim w przyszłości), z drugiej uosobienie czystego szału i niekontrolowanego zniszczenia. Hulka napędza wyłącznie gniew, a poziom jego mocy jest właściwie nieznany. W rywalizacji czysto fizycznej jest niemal niepokonany. Do tego jest ogromną, zieloną górą mięsa gotową zabić, zgnieść i zniszczyć wszystko, co stanie mu na drodze - trudno go nie pokochać...




2. Spider Man - Wiem, wiem, to bardzo oczywisty wybór. Ale Peter Parker w wydaniu komiksowym jest tak cholernie zabawnym facetem, że ciężko go tutaj nie umieścić. Nie rzuca on może żartami na poziomie Deadpoola, ale nawet taki subtelniejszy humor mocno trafia do czytelnika. W dodatku Spider Man jest jedną z najbardziej ikonicznych postaci Marvela i patrząc na niektóre ekranizacje jego przygód aż żal ściska pewne części ciała, że tak słabo się do nich przyłożono (Trzecia część trylogii Raimiego może spowodować traumę, lojalnie uprzedzam).



1. Punisher - Z jednej strony jest to zwykły facet, w większości wersji pozbawiony jakichkolwiek mocy specjalnych. Z drugiej jednak jest to gość wzbudzający niepokój nawet wśród największych kozaków uniwersum. Gość uwielbia wymierzać karę, planować kolejne zabójstwa i nosić ogromną czachę na swojej koszulce. Poza tym historie z jego udziałem są zwykle najbrutalniejsze i często wzbudzają skrajne emocje. Jest to też najlepszy bohater drugiej części serialowego Daredevila. Trudno nie docenić faceta, który w tym niemal bajkowym świecie, nie waha się przed wymierzaniem swojej wersji sprawiedliwości - krwawej i brutalnej.