wtorek, 17 października 2017

Krucyfiks, The Crucifixction (2017)

Problem opętania nie jest niczym nowym dla kina grozy. Podobną tematykę poruszały liczne klasyki, które zapisały się w historii horroru złotymi zgłoskami - z Egzorcystą, Obecnością i Amityville na czele. Niestety ten szlachetny motyw zgwałciło o wiele więcej kiepskich produkcji - The Possesion Experiment, The Exorcism of Molly Hartley, czy Grace: Opętanie - to tylko nieliczne przykłady wyłowione z całego worka horrorowych odpadków, których nikt nie powinien znać (i na szczęście niemal nikt nie zna). Czasem pojawia się jednak kolejna produkcja, poprzedzona solidnymi zapowiedziami i ogromnymi nadziejami, której żaden szanujący się widz nie jest w stanie sobie odmówić. Takim dziełem wydawał się „Krucyfiks”.

Już sam plakat, którego zasadniczą częścią jest obietnica, iż po raz kolejny spotkamy się z kunsztem twórców Obecności i Annabelle, przykuł moją uwagę. Liczyłem iż „oparta na faktach” historia nieudanych egzorcyzmów rumuńskiej zakonnicy przez równie rumuńskiego księdza Antona, wprawi mnie w zdumienie, zaskoczy, a przede wszystkim przerazi. Choć dwa pierwsze punkty nie zostały do końca zrealizowane, muszę przyznać, że z kina wyszedłem szczerze przerażony. Pośród wielu pytań, które kłębiły się w mojej głowie, jedno z nich przebijało się bowiem na pierwszy plan - jak można było to tak spierdolić?! Choć od seansu minęła już niemal doba, wciąż nie mogę wyjść z podziwu.
Wypuśćcie mnie z tego filmu!!
Zacznijmy od małego żartu, czyli niesamowicie długiej listy zalet. Oddając cesarzowi co cesarskie (choć przyznajmy szczerze, że jest to co najwyżej władca niewielkiego szamba)należy przyznać, że w Krucyfiksie zdarzają się sceny ładne wizualnie. Zabawa światłem słonecznym, kamienne budynki o niezwykle surowym wystroju, czy też panoramy przedstawiające małe, rumuńskie miasteczko, mogą zrobić wrażenie nawet na widzu tak negatywnie nastawionym do całości obrazu jak ja. Na tym ten majestatyczny spis plusów w zasadzie się jednak kończy.

Co w takim razie nie zagrało? Zacznijmy od prostej i schematycznej fabuły, która w żadnym momencie nie przyprawiła mnie o szybsze bicie serca. Mamy tu do czynienia z bardzo ogranym motywem - silna i odważna dziennikarka dręczona ukrytymi problemami emocjonalnymi, wyrusza w poszukiwanie ciekawej historii o nawiedzonej zakonnicy. Prowadząc śledztwo musi odrzucić swój twardy racjonalizm i w finale opowieści zmierzyć z demoniczną siłą. Konieczność śledzenia niezbyt ciekawych losów głównej bohaterki, uzupełniona jest równie nudnymi fragmentami z życia nieszczęśliwej zakonnicy.
Murowany kandydat do nagrody za najgorszy efekt specjalny w horrorze?
Kolejny problem jest jeszcze istotniejszy - Krucyfiks w żadnym momencie nie przestraszy nikogo, kto w życiu widział więcej niż dwa/trzy dobre horrory. Klasyczne i ograne motywy są nie tylko do bólu przewidywalne, ale często sprawiają także wrażenie fatalnie zrealizowanych. W zasadzie wszystkie próby straszenie opierają się na sygnalizowanych jump scare-ach, a kreatywność w tworzeniu klimatycznych scen innego typu, oparła się o dwa przeciętne momenty, niezbędne do zmontowania trailera.

No i to aktorstwo. O muj borze. Jakim cudem mam wkręcić się w klimat filmu, w którym główna bohaterka nawet nie udaje, że jest przerażona? W zasadzie nie ma tu żadnej postaci, która wyróżniłaby się w pozytywny sposób. I nie wiem nawet jakim sposobem można to przypisywać nieudolności aktorów, gdy tym razem ewidentnie winny jest kiepski scenariusz. Swoją drogą należy docenić rumuńskich mieszkańców prowincjonalnych miasteczek, gdyż każdy z nich, kurwa KAŻDY, perfekcyjnie mówi po angielsku. Czapki z głów.

Nie będę dłużej znęcał się nad tą produkcją. To klasyczny przykład kina nastawionego na wyciągnięcie kasy z idiotów takich jak ja. Papka tworzona bez pasji, zaangażowania, czy choćby chwili zastanowienia. Pełnometrażowa produkcja przypominająca bardziej projekt filmowy nieopierzonych studentów, niż poważne podejście do sprawdzonego i wielokrotnie przerabianego motywu opętania. Choć wypad do kina uważam za całkiem udany i przyznaję, że bawiłem się całkiem dobrze, film nie ułatwił mi tego w żadnym momencie. Szczerze odradzam.


Moja ocena to: 3/10 

czwartek, 12 października 2017

Przemysław Słowiński - "Tygrys Opowieść o Jacku Dempseyu"

Zawodowy boks od wielu lat cieszy się niezmienną popularnością wśród napompowanych testosteronem samców, którzy może sami nie przepadają za dostawaniem w ryj, ale uwielbiają komentować błędy zawodowców pojedynkujących się na ekranach telewizorów. Coraz mniej osób pamięta jednak o okresie szczególnym dla tej pięknej dyscypliny sportowej - okresie dwudziestolecia międzywojennego. Popularyzacja zawodowego boksu dzięki upowszechnieniu się radia, zmiany w przepisach dążące do ucywilizowania barbarzyńskiej młócki, przekroczenie magicznej granicy miliona dolarów dochodu z walki bokserskiej (należy podkreślić, że wówczas dolar był znacznie mocniejszy niż obecnie), czy wreszcie wielkie, choć nieco już zapomniane osobowości pojawiające się na światowych ringach - wszystkie te elementy po części ukształtowały boks, jaki znamy dzisiaj. Z jego wszelkimi wadami i zaletami.

Książka Przemysława Słowińskiego, to opowieść o człowieku, który miał zaszczyt stać w centrum tego całego galimatiasu. Jack Dempsey, mistrz świata wagi ciężkiej w latach 1919-1926, zdołał osiągnąć największy sukces medialny w historii swej dyscypliny. Miłośnicy boksu do dziś potrafią toczyć spór o uczciwość pojedynku amerykańskiego tygrysa z Argentyńczykiem Luisem Firpo, wspominają kontrowersje wokół walki o mistrzostwo z olbrzymim Jessem Willardem, czy wreszcie analizują błędy Dempseya popełnione w przegrany pojedynku o odzyskanie mistrzostwa z Genem Tunney'em. Co ciekawe wszystkie te postaci dostają swoje pięć minut w historii Jacka Dempseya - czym bowiem byłby wielki bokser bez swoich wielkich przeciwników?

Słowiński przedstawia nam przyszłego mistrza świata już jako szczeniaka, zafascynowanego boksem przez swojego starszego brata. Wychowywany w biednym domu Dempsey przechodzi długą drogę od zwykłego chuderlawego włóczęgi bijącego się w przydrożnych barach za kilka dolarów, przez zawodowego boksera z niedostrzeganym przez nikogo talentem, aż do mistrza świata topiącego się w pieniądzach i piersiach pięknych kobiet. Na szczęście Dempsey jest o tyle ciekawą i kontrowersyjną postacią, że podróż ta w żadnym momencie nie nudzi. Kontrowersje wokół walk, nieudane związki, czy wreszcie zarzuty tchórzostwa w związku z uchyleniem się od służby w czasie pierwszej wojny światowej, w znacznym stopniu determinowały życie Dempseya, dając przy tym rozrywkę nam, współczesnym czytelnikom.

Do gustu bardzo przypadł mi także sposób prowadzenia opowieści przez Słowińskiego. W jego historii jest bowiem niemal tyle samo Jacka Dempseya, co jego otoczenia. Wspomniałem już, że rolę drugiego bohatera tej książki pełnią barwne postaci przeciwników Tygrysa. W tle pojawiają się jednak jeszcze całe zastępy innych ludzi z otoczenia Jacka - jego promotorzy, piękne kobiety, gangsterzy, dziennikarze, czy politycy. Momentami można nawet odnieść wrażenie, że książka przeradza się w opowieść o Stanach Zjednoczonych w latach dwudziestych. Przez scenę przewijają się między innymi Rockefellerowie, Al Capone, Charlie Chaplin, William Hearst, czy Franklin Delano Roosvelt. Choć fragmenty dotyczące tych postaci są krótkie i zdawkowe, nie ukrywam, iż czułem ogromne zadowolenie móc choćby na chwilę spotkać ludzi kształtujących rzeczywistość tamtego okresu.

Za jedyną wadę tej książki można uznać zdarzające się gdzieniegdzie barwne porównania, przypominające swym stylem komentatorską pracę Tomka Hajto. Choć absolutnie mi to nie przeszkadzało, mam świadomość, iż znajdą się ludzie nieprzepadający za takim stylem wypowiedzi. Nawet oni poczują się jednak zażenowani nie więcej niż pięć-dziesięć razy, gdyż takiej stylistycznej akrobatyki nie ma tu wcale tak wiele. Problemem mniej istotnym jest paskudnie zaprojektowana okładka (w wydaniu papierowym), która odrzuca od zaskakująco solidnej lektury. Co chyba oczywiste niczego dla siebie nie znajdą tu także ludzie nieinteresujący się ani sportem, ani historią dwudziestolecia międzywojennego. Jeśli jednak chociaż jeden z tych elementów, wyda Wam się w najmniejszym stopniu interesujący, będziecie zadowoleni z takiej lektury. Może nie aż tak jak ja, ale będziecie...


Moja ocena to: 8/10

niedziela, 24 września 2017

"To"/ "It" (2017)

Na ekrany polskich kin trafiła przed kilkoma tygodniami filmowa adaptacja jednej z moich ulubionych powieści Stephena Kinga - „To”. Obawy były ogromne. Ba, nawet mimo pozytywnych recenzji osób, które miały okazję obejrzeć ekranizację przede mną, kompletnie nie wierzyłem w powodzenie tego projektu. Spodziewałem się szalenie ugrzecznionej, hollywoodzkiej produkcji z irytującymi bohaterami granymi przez nastoletnich aktorów, bez odpowiedniego przygotowania i warsztatu. Na szczęście tym razem bardzo się pomyliłem.

Fabuła stanowi dość wierne odzwierciedlenia książkowej historii. Tajemniczy klaun Pennywise terroryzuje miasteczko Derry. Przeciwko jego nikczemnym działaniom występuje niewielka grupa nastolatków kierowana przez jąkającego się Billa Denbrough. Oprócz Billa powracają inne postaci znane z powieści - między innymi gadatliwy Richie, grubasek Ben, syn żydowskiego rabina - Stan, czy wreszcie wychowywany przez przewrażliwioną matkę Eddie. Biorąc pod uwagę liczbę bohaterów i konieczność zarysowania charakteru każdego z nich, należy przyznać, że osoby odpowiedzialne za scenariusz odwaliły kawał świetnej roboty. Naprawdę miałem wrażenie, że to są te same osoby, które dane mi było poznać przed kilkoma laty na kartach powieści Stephena Kinga. Nie rozczarował także sam Pennywise, który w sposób idealny połączył humor z grozą, tworząc tym samym taką postać morderczego klauna, jakiej mogli oczekiwać fani książki.
Fajne balony

Co dla mnie szczególnie istotne, „To” nie jest typowym filmem grozy. Podobnie jak w książce Stephena Kinga potwór z zaświatów tylko wydaje się stać na pierwszym planie, choć tak naprawdę znacznie istotniejsze wydaje się tło i środowisko, w którym przyjdzie mu operować.  Klimat małego miasteczka zmagającego się z codziennymi problemami wydaje się tu elementem nieco zmarginalizowanym ze względu na ramy czasowe filmu, aczkolwiek niewątpliwie udało się go w pewnym stopniu zachować. Prześladowanie przez rówieśników, izolacja społeczna, gwałty na nieletnich, obojętność na krzywdę innych, przemoc w rodzinie - wszystkie wielkie problemy, o których często się mówi, bez problemu znajdziemy w domach bohaterów „To”. Bez zbędnego moralizowania i pouczania mamy okazję zaobserwować fragmenty rzeczywistego, codziennego życia protagonistów, które nawet bez potwora z Derry nie należałoby do najłatwiejszych.
Penetrowanie kanału
Jeżeli „To” nie zostanie potraktowane jako sentymentalny powrót do znanych wydarzeń, z całą pewnością nie sprawdzi się też jako typowy horror. Choć twórcy usilnie starają się przestraszyć oglądających za pomocą klasycznych scary jumpów, czy różnorodności form straszenia, zwykle nie wychodzi to najlepiej. Ponadto sama postać komicznego klauna Pennywise’a okaże się straszna dla bardzo wąskiej grupy widzów.I choć mi to absolutnie nie przeszkadzało, dla wielu będzie stanowiło spory problem.
Zabawy z lalkami
Jeśli nie oczekujecie buk wie czego, a waszym marzeniem jest obejrzenie solidnego filmu opartego na Waszej ulubionej powieści, powinniście być usatysfakcjonowani. Jeżeli jednak spodziewacie się dobrego filmu grozy możecie sobie odpuścić. Osobiście uważam jednak, że warto wybrać się na tę produkcję - bawiłem się na niej całkiem nieźle i nie uważam poświęconego jej czasu za stracony. Ba, ponownie nabrałem ochotę na powrót do książki, co w przypadku ekranizacji nie zdarza mi się wcale tak często. Jestem też przekonany, że do „To” będę od czasu do czasu wracał - choćby po to, by raz jeszcze spotkać się z moim ulubionym klaunem.


Moja ocena to: 7/10 

piątek, 1 września 2017

Oldboy (2003) vs. Oldboy (2013)

Powszechnie uważa się, że Oldboy ukazał się w dwóch wersjach - jako amerykański remake i tej dobrej. Czy możliwe jest jednak, iż film wychodzący dziesięć lat po swym koreańskim pierwowzorze, faktycznie może być znacznie gorszy? Czy tak długi okres pozwalający wyciągnąć wnioski, dostosować obraz do współczesnych odbiorców i wykorzystać nowe metody operatorskie, rzeczywiście mógł pójść na marne?

1. Fabuła
Opowieść w obu przypadkach jest niemalże identyczna. Uwięziony przez buk wie kogo mężczyzna, zostaje uwolniony po czternastu latach. W tak nietypowej sytuacji nie jest w stanie myśleć o niczym innym, niż brutalna zemsta na swych prześladowcach. Koreańska wersja Oldboya wyróżnia się tu na tle amerykańskiego odpowiednika o wiele bardziej kontrowersyjnym zakończeniem. Mój chory i zdegenerowany umysł nie jest w stanie pominąć tego elementu i z pełną odpowiedzialnością przyznaje, że ta wersja podobała mi się nieco bardziej.

2. Główny bohater
Min-sik Choi grający nieco zwariowanego Dae-su Oha jest nie do prześcignięcia. Rozczochrany Koreańczyk idealnie pasuje do roli zwariowanego mściciela, a zaangażowanie w ukazanie pełnej palety emocji jest u niego widoczne już po kilku minutach obcowania z filmem. Problem w tym, że nie każdy uwielbia ekspresyjność charakterystyczną dla azjatyckiego kina. Takim widzom bardziej po drodze będzie z wyważonym i stonowanym Joshem Brolinem w roli Joe Doucetta. Choć nieraz irytowała mnie jego mimika, to całą postać oceniam bardzo pozytywnie. Facet całkiem nieźle odnalazł się w roli twardego sukinsyna, a jego interpretacja postaci mściciela również do mnie trafiła.

3. Postaci poboczne
W wersji amerykańskiej są naprawdę słabe. Choć robiono wszystko, by nadać im odrobinę charakteru, trudno wskazać którąkolwiek z nich, jako wykreowaną lepiej, niż w pierwowzorze. Okej, kochanka mściciela jest tu dużo lepiej zagrana, ale to chyba zasługa szalenie irytującej Mido, a nie kunsztu aktorskiego Elizabeth Olsen. Przyjaciel głównego bohatera w obu przypadkach jest bez wyrazu. Główny „zły” w przypadku interpretacji amerykańskiej miał być zmanierowanym gejem, a mimo to nie miał w sobie tyle charakteru, co jego koreański kolega. Postaci poboczne ze starego Oldboya są bardziej tajemnicze i intrygujące, więc trudno nie wskazać ich jako zwycięzców w tym pojedynku.

4 Sceny walki.
O dziwo stara wersja nie jest tak dobra w tej kwestii, jak miałem okazję ją zapamiętać. Zaskakująco duża część ciosów wygląda nienaturalnie i nie dochodzi do celu. Na plus wypada jednak wrażenie, że czyste ciosy zadane przez głównego bohatera, mają potężną siłę. Amerykańska wersja nie wypada wcale lepiej. Ponadto nie korzysta z nowych motywów, oferując widzowi tę samą pracę kamery, podobny zestaw ciosów, a nawet odtwarza dokładny przebieg walk z koreańskiej wersji.

5. Kontrowersyjność
„Nowy” Oldboy jest nieco ugrzeczniony. W przypadku głównego wątku fabularnego wprowadza pewne zmiany mające zaostrzyć wydźwięk historii, jednak później stawia na zbyt przystępne zakończenie, co jest odrobinę niekonsekwentne. Oba filmy mają swoje obrzydliwe momenty, choć w tej kwestii zdecydowanie przoduje koreański Oldboy. Starsza wersja wygrywa też w ukazaniu scen łóżkowych i emocjonalnej relacji łączącej biorących w nich udział bohaterów. Jeśli mam być jednak szczery, cieplejsze uczucia żywię wobec piersi Elizabeth Olsen, niż Hye-jeong Kang.

6. Odbiór wizualny
Amerykański Oldboy jest nieco bardziej kolorowy, jaskrawy, wpasowujący się w ten współczesny trend niebiesko-pomarańczowych, miłych dla oka hollywoodzkich obrazów. Choć wydawało mi się, iż to stary Oldboy jest znacznie mroczniejszy, pod względem kolorystycznym, na pierwszy rzut oka wygląda bardzo podobnie. Różnica jest taka, że kolory w koreańskiej wersji są mocno sprane, pokoje w których toczy się akcja brudne, oświetlenie często nie obejmuje całego kadru, a zaledwie jego część. Właśnie ten brak sterylności sprawia wrażenie, że widz obserwuje chaotyczny, brudny i niebezpieczny świat, co w tego typu produkcji tylko potęguje wydźwięk całej historii.

7. Wskaźnik zażenowania
Biorąc pod uwagę, że nowsza interpretacja tej opowieści jest bardzo zbliżona do naszego kręgu kulturowego, nie byłem w stanie dostrzec elementów wyraźnie żenujących. Niestety niejednokrotnie czułem się głupio oglądając koreańskiego Oldboya. Halucynacje z ogromną mrówką, śpiewanie idiotycznej piosenki jako sygnał, że dziewczyna jest gotowa na szybki numerek, czy scena w której główny bohater udaje psa, to elementy przy których z mieszanymi uczuciami pocierałem czoło zastanawiając się, co to do cholery miało być.

Biorąc pod uwagę siedem, zupełnie niezwiązanych z czymkolwiek i z dupy wziętych kategorii, ocena jakości Oldboyów, wygląda tak:


wtorek, 8 sierpnia 2017

Train to Busan (2016)

Choć odkładałem ten seans bardzo długo, wreszcie nadszedł czas na spotkanie z południowokoreańskimi zombie. Pociąg do Busan to bardzo charakterystyczna produkcja, która z miejsca stała się boxoffice’owym hitem (na miarę wyników koreańskiej kinematografii oczywiście). Od dawna zastanawiałem się, co takiego przyciągało ludzi do produkcji tak dalekiej nam kulturowo. Banalna odpowiedź, iż były to wyłącznie żywe trupy w żadnym wypadku mnie nie satysfakcjonowała. Po seansie muszę stwierdzić, że nadal nie wiem, czym był ten magiczny czynnik.

Fabuła jest banalna - typowy biały kołnierzyk w dzień urodzin swojej córki, godzi się na zabranie jej w podróż pociągiem mającą prowadzić do matki dziewczynki. Standardowa przejażdżka (która jest zresztą szalenie nie na rękę zapracowanemu ojcu) okazuje się jednak prawdziwą walką o życie. Wyciek bliżej niezidentyfikowanej substancji biologicznej zamieniającej ludzi w żywe trupy, umila naszym bohaterom tę krótką, acz niezwykle intensywną wycieczkę. Po drodze pojawiają się oczywiście inni, często bardzo charakterystyczni współpodróżni, którzy w większości noszą na plecach karteczki z napisem „zjedz mnie”, widoczne dla każdego widza obytego z tego typu kinem.
 
"Albo chodź, przytul mnie, albo odejdź i przebacz, i niech stanie się to tu i teraz..."
Wszystko w tej opowieści wygląda więc prosto i sztampowo? Nic bardziej mylnego, gdyż cały obraz ma też drugie dno. Komentarz społeczny dotyczący korporacyjnych struktur, ewidentne inspiracje prawdziwym wirusem MERS, który w 2015 roku porządnie przestraszył Koreańczyków, czy wreszcie opowieść o odwadze, rodzicielstwie i poświęceniu. Brzmi całkiem nieźle? Moim zdaniem jak najbardziej - i wszystko byłoby w porządku, gdyby w całej historii nie zabrakło jednego - nieco więcej serca. I choć reżyser mógł odnieść wrażenie, że brak tej iskry można ukryć pod grubą warstwą szybkich zombiaków, powtarzających się nieustannie schematów prowadzenia akcji, czy nazbyt teatralną grą aktorską, oświadczam niniejszym, że nie byłem w stanie tego kupić.

Moim największym problemem jest to, że film o zombie rozgrywający się głownie w szeregu ciasnych pomieszczeń, nie powinien nudzić nawet przez chwilę. Cóż, ten mnie niestety znudził. Nie chodzi nawet o to, że mam ADHD, czy robaki w wiadomej części ciała - problemem jest nieustannie powtarzający się schemat ucieczki przed żywymi trupami. Te drzwi zatrzaskiwane w ostatnim momencie, gasnące i pojawiające się światła, przeskakiwanie między kolejnymi kryjówkami - ciągle w niemal identyczny i mało angażujący sposób. Rozumiem też, że zwykli pasażerowie pociągu nie mogą być mistrzami sztuk walki, ale te sekwencje akcji...cóż, kino azjatyckie poznałem z o wiele lepszej strony. Poza tym zawsze w takich produkcjach liczę na solidną dawkę gore, zupełnie niesmacznego rozszarpywania rekwizytów do tego przeznaczonych, albo chociaż fajnego CGI z latającymi w powietrzu flakami. A tu jest jakoś tak dziwnie...przystępnie? Ba, nie dość, że i tak jest bardzo zwyczajnie, casualowo, to odbiór filmu przez szeroką publiczność ułatwiają jeszcze patetyczne sceny rodem z kiepskiego melodramatu, na które w tego typu produkcjach zawsze patrzę z niechęcią.
"Leżę sobie, nic nie robię..."
Należy jednak oddać cesarzowi, co cesarskie. Sceny w których na bohaterów rzucają się całe tłumy truposzy tłoczące się w ciasnym pomieszczeniu, wyglądają świetnie. Kilka scen walki trzyma całkiem przyzwoity poziom (niestety nie wszystkie), koreańska odmiana żywych trupów rzeczywiście jest oryginalna, a sam film przemyca pod płaszczykiem prostej rozrywki konkretne przesłanie. Nie oznacza to jednak, że mam zamiar kiedykolwiek wrócić do tego pociągu - niestety nie porusza się on torem, którym powinny podążać moje zombie.


Moja ocena to: 5/10

wtorek, 25 lipca 2017

Adam Fawer - "Szczególna Przypadłość"

Szczególna Przypadłość Adama Fawera, to doskonały dowód na to, że nawet polując na książki w koszu z promocjami, można odnaleźć prawdziwe perełki. Niepozorna, fatalnie prezentująca się z zewnątrz powieść, kryje w sobie bowiem zaskakująco obszerne pokłady dobrej zabawy, podanej w inteligentny, mogący zainspirować czytelnika do poszerzanie swej wiedzy sposób.

David Caine nie jest przeciętnym facetem. To nie tylko wybitnie uzdolniony matematyk i okazjonalny wykładowca uniwersytecki, ale także nałogowy hazardzista nękany atakami epilepsji. Nie trudno wyobrazić sobie, że takiego gościa prędzej czy później muszą dopaść kłopoty (szczególnie w powieści sensacyjnej). Jego zaangażowanie w hazard sprawia, że bardzo szybko popada w konflikt z rosyjską mafią, epilepsja zaś jest prostą drogą do nowatorskiej terapii, której zastosowanie umożliwia naszemu bohaterowi opanowanie bardzo specyficznie ujętej zdolności do ograniczonego przewidywania przyszłości. Odtąd jest już tylko ciekawiej - ze szpitala powraca chory psychicznie brat-bliźniak Davida, do gry wkraczają północnokoreańskie tajne służby, CIA, NSA, szczodrze opłacani najemnicy oraz działający na własną rękę naukowcy pragnący położyć Davida na swoim stole - bynajmniej w celach seksualnych.

Brzmi jak totalny chaos? Cóż, książka mimo wszystko okazuje się zaskakująco sensowna. Ba, wielu stwierdziłoby nawet, że wyjaśnienia dotyczące daru przewidywania przyszłości są zbyt przeintelektualizowane. Odwołania do teorii determinizmu, fizyki kwantowej, koncepcji probabilistycznych, teorii względności oraz hipotetycznego konstruktu jakim jest Demon Laplace’a, sprawiają, że tło całej historii wydaje się bardzo łatwe do zaakceptowania, nawet pomimo tego, że jej zarys wydaje się sztampowy i idiotyczny. Jeżeli miałbym pokusić się o odnalezienie analogii do innego autora posługującego się podobnymi metodami tworzenia opowieści, wskazałbym zapewne na naukową fantastykę Michaela Crichtona, którego technothrillery prezentują jedynie odrobinę niższy poziom od tego, co udało sie stworzyć Fawerowi.

Ponadto akcja jest na tyle dynamiczne i stoi na tak wysokim poziomie, że opisy teorii naukowych nie mają szans zbytnio zmęczyć czytelnika. Są one bowiem na tyle dobrze dawkowane i sprytnie rozmieszczone, że po wykładzie o podstawach fizyki kwantowej dostajemy zwykle solidny pościg lub tłuczenie się po ryjach. W dodatku element para(techno)normalny ubarwia każdą sekwencję, w której bezpośrednio zagrożony jest David Caine lub jego przyjaciele.

Zastrzeżenia można mieć głównie do wydania tej książki. Absolutnie randomowa i niemówiąca nic o historii okładka już na pierwszy rzut oka odrzuca czytelnika szukającego oryginalnej historii. Poza tym korekta stoi na dość niskim poziomie, co czasem sprawia, że gdzieniegdzie brakuje jakiegoś wyrazu, literki, czy innej pierdółki, która choć nie wpływa znacząco na odbiór całości, potrafi solidnie zirytować.

Mimo wszystko polecam wyruszyć na tę przygodę. Być może nie jest to książka dla wszystkich, ale jeśli podobnie jak ja kochacie sensację, cenicie dorobek Michaela Crichtona lub po prostu szukacie męskiej lektury na wakacyjny wyjazd, możecie po nią sięgać bez skrępowania. Szukajcie we wszystkich dobrych koszach z przecenionymi powieściami...


Moja ocena to: 7/10 

poniedziałek, 10 lipca 2017

Chris Taylor - "Gwiezdne Wojny Jak podbiły wszechświat?"

Od zawsze twierdziłem, iż Gwiezdne Wojny to coś więcej niż film - to fenomen kulturowy, udowadniający ogromną moc oddziaływania kina na wyobraźnię widzów. Dziadek space opery, następca Flasha Gordona, produkt pełnymi garściami czerpiący z Odysei Kosmicznej Kubricka, heroicznego kina Kurosawy, historii drugiej wojny światowej oraz niezmierzonych pokładów schematów wykorzystywanych w religiach, systemach wiary i mitologiach. Nawet jeśli traficie czasem na osobę, która dopiero wyszła z lasu, a dotąd wychowywały ją wilki, prawdopodobnie zna ona podstawowe elementy historii stworzonej przez Gorge’a Lucasa. Zły Lord Vader, dobry Luke Skywalker, arogancki Han Solo, „niech moc będzie z Tobą” i całowanie swojej siostry - no wiecie, takie podstawy każdej dobrej historii.

I o tym właśnie traktuje książka Chrisa Tylora - o uniwersum Gwiezdnych Wojen i ich wpływie na współczesny świat, o procesie ich tworzenia, o sukcesach i niepowodzeniach, które napotykały na swojej drodze, o Georgu Lucasie i jego współpracownikach, a wreszcie jest też troszkę o Disneyu, który zagarnął markę i postanowił tworzyć następne części przygód, rozgrywających się dawno, dawno temu w odległej galaktyce.

Choć sam nie jestem ogromnym fanem Gwiezdnych Wojen, nie oczekuję na kolejne części z wypiekami na twarzy, a mojego mieszkania nie zajmują tysiące figurek przedstawiających bohaterów znanych z tego uniwersum, książkę Tylora do pewnego momentu czytało mi się całkiem przyjemnie. Zmagania z dystrybutorami, stosunki Lucasa z innymi wielkimi reżyserami tamtej epoki, czy opowieść o inspiracjach, którymi kierował się guru kosmicznej fantastyki, stanowiły dla mnie najciekawszy element gwiezdno-wojennej opowieści. Troszkę mniej zajmujące okazały się fragmenty dotyczące produkcji zabawek, powstawania wątpliwej jakości literatury w świecie Star Wars, czy starań Lucasa o powstanie muzeum upamiętniającego jego dorobek artystyczny. Choć jest to niewątpliwie część historii, której nie sposób było pominąć w tego typu książce, momenty te sprawiały, że zapadałem w niezaplanowane drzemki lub uciekałem do innych, bardziej ekscytujących zajęć.

Jeżeli jesteśmy już przy wadach, to warto wspomnieć, że korekta tej książki nie stoi na najwyższym poziomie. Kilka literówek i powtórzeń nie jest być może czymś, co uniemożliwia lekturę, ale z całą pewnością wywoła serię tików nerwowych u perfekcjonistów.

Trzeba przyznać, że fani Gwiezdnych Wojen powinni być wysoce usatysfakcjonowani. Osobiście spodziewałem się czegoś o wiele nudniejszego i jestem dość miło zaskoczony. Nawet jeśli nie byłem w stanie docenić ogromnej liczby smaczków i spraw istotnych dla hardcorowych miłośników rozpoczętej przez Lucasa sagi, spędziłem przy tej książce sporo czasu, nie czując przy tym, że kompletnie go zmarnowałem (co wcale nie zdarza się tak często). Trudno mi z czystym sercem polecić tę książkę każdemu, ale biorąc pod uwagę ogromną rzeszę odbiorców zafascynowanych Gwiezdnymi Wojnami,  mogę z pełną odpowiedzialnością napisać, że polecam ją niemal każdemu.


Moja ocena to: 6/10

poniedziałek, 3 lipca 2017

The Autopsy of Jane Doe / Autopsja Jane Doe (2016)

Przeprowadzanie sekcji zwłok, w celu ustalenia przyczyn śmierci denata, z całą pewnością nie jest najprzyjemniejszym zajęciem na świecie. Konieczność rozcinania skóry, rąbania kości, czy usuwania organów wewnętrznych z ciał, które jeszcze nie tak dawno miały swoich w pełni świadomych właścicieli, sama w sobie może być niezwykle traumatycznym przeżyciem dla postronnego obserwatora. Andre Ovredal, reżyser Autopsji Jane Doe, dodał w zasadzie niewiele - motyw gwałtownej burzy, powtarzany już od czasów Frankesteina, nawiązanie do starej i sprawdzonej tradycji zombie oraz odrobinę tajemniczych rytuałów czarnej magii. Cały ten miszmasz okraszono odrobiną thrillera psychologicznego i rzucono na stół widza, spragnionego świeżego spojrzenia na gatunek horrorów.

Początkowo można było nawet przypuszczać, że sukces tego filmu jest nieunikniony. Bardzo dobre wprowadzenie, po którym następuje powolne, acz niezwykle klimatyczne przedstawienie głównych bohaterów paranormalnego dramatu, wypada doskonale. Pierwsze pół godziny to solidna opowieść o relacjach ojca z synem, historia opowiedziana za pomocą niedopowiedzeń, półsłówek oraz poszczególnych decyzji podejmowanych przez dwóch mężczyzn połączonych wspólną historią i silnymi więzami emocjonalnymi.
Nie wystawiaj języka, bo Ci...a zresztą, już nie ważne...
W momencie pojawienia się ciała tytułowej Jane Doe wchodzimy w nową fazę opowieści. Bohaterowie krążą na granicy obłędu, a sytuacje, w  których racjonalność ich umysłów zostaje skonfrontowana z nieprzystającą do nich rzeczywistością, okazują się najlepszymi w całym filmie. Jane Doe, która budzi niepokój, ale nie manifestuje swych mocy bezpośrednio, to najstraszniejsza i zarazem najbardziej intrygująca postać, jaką w ostatnich latach zdarzyło mi się oglądać w produkcjach tego typu.

Niestety nieuchronnie docieramy do trzeciej części opowieści. Tu niestety nie jest już tak dobrze. Nie dość, że bardzo solidny thriller psychologiczny przeistacza się w klasyczny horror, to nie jest to nawet szalenie dobry horror. Wszystkie klisze znane gatunkowi od lat, powielone są w co najwyżej przyzwoity sposób, ale kompletnie nie pasują przy tym do mrocznej, tajemniczej i zagmatwanej opowieści, do której przygotowywano widza od początku seansu. Samo zakończenie również nie robi wielkiego wrażenia, zawodząc rozbudzone oczekiwania i nadzieje.

Jedni w brzuchach mają motyle, inni tajemnicze zwoje z pentagramami...
Strasznie żałuję, że ogromny potencjał Autopsji Jane Doe został zmarnowany. Grupa bardzo solidnych i doświadczonych aktorów, pomysłowy reżyser i ciekawe otoczenie, wydawały się gwarantować sukces nawet na polu bardziej ambitnego przedsięwzięcia. Trudno bowiem o lepsze warunki do stworzenia solidnego thrillera psychologicznego - ba, do pewnego momentu byłem przekonany, że Autopsja Jane Doe będzie zmierzała właśnie w tę stronę. Niestety w konsekwencji dostajemy tylko solidny horror filck, który w kilku momentach podrywa z fotela, ale nic ponadto. 

Moja ocena to: 6/10

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Shaun Usher, "Listy Niezapomniane t. II"

Pamiętacie, że jeszcze nie tak dawno miałem okazję pisać o Listach Niezapomnianych? Recenzowany wówczas zbiorek bardzo ciekawej korespondencji, charakteryzującej się znaczną wartością historyczną, niesamowicie przypadł mi do gustu. Nie jest chyba wielkim zaskoczeniem, że postanowiłem zdobyć i przeczytać także drugą część epistolograficznego rarytasu. Problem w tym, że Tom II Listów Niezapomnianych jest boleśnie wręcz przeciętny.

Owszem, niektóre zalety przytaczane przy okazji opisu poprzedniej odsłony, wciąż zachowują swą moc - wszelkie przedstawienia graficzne i strona wizualna tej książki, nadal stoją na wysokim poziomie. Problem w tym, że same listy nie są już tak dobre, jak miało to miejsce w przypadku pierwszej części. Nie jestem w stanie pozbyć się wrażenia, że teksty w tomie drugim, stanowią różnego rodzaju „odrzutki”, które ze względu na swą wątpliwą jakość, brak przesłania, miałkość i bezsensowność, nie znalazły się w pierwszej części.

Oczywiście, także i tu zdarzają się perełki, które mogą przypaść do gustu wielu czytelnikom. List Marge Simpson do Barbary Bush, fragment korespondencji Charlesa Bukowskiego z Johnem Martinem, czy też list Normana Mailera do ojca-hazardzisty, to kilka przykładów, które choć w niewielkim stopniu nawiązywały do wysokiego poziomu tomu pierwszego. Niestety teksty te giną gdzieś w morzu różnorakiego, niezbyt interesującego syfu.

Biorąc pod uwagę, że listów było ponad 120 (o ile dobrze pamiętam), a wybranie kilku interesujących przykładów zmusiło mnie do ciężkiej, co najmniej pięciominutowej pracy myślowej (w której nigdy nie byłem specjalistą), muszę przyznać, że to okropny średniak. Zapewne każdy znajdzie tu coś dla siebie - pytanie tylko, czy warto poświęcać swój czas na szukanie...


Moja ocena to:  5/10

niedziela, 4 czerwca 2017

Sharknado (2013)

Pisałem już o morderczych oponach i zabójczych bobrach, dlaczego więc nie odnieść się do robiącego furorę w gronie kinowych zboczeńców filmu, opowiadającego o tornadach wypełnionych krwiożerczymi rekinami? Przecież już sam tytuł sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z czymś ekstremalnym (ba, nawet ekstrementalnym), historią łączącą horror klasy z, komedię w klimatach sci-fi i kawał śmierdzącego, parującego...*niedopowiedzenie*

I jeżeli dokładnie tego się spodziewacie, to przyznam, że absolutnie nie będziecie rozczarowani. Uwaga, trzymajcie się mocno foteli, bo streszczam fabułę - tornado porywa z oceanu stado krwiożerczych rekinów. Rekiny wirują w trąbach wodnych poruszających się nad Los Angeles, po czym spadają na ulice miasta i zżerają ludzi (a raczej najsłabszych aktorów drugoplanowych, jakich dane Wam będzie kiedykolwiek zobaczyć). Science biatch...
Historia którą za chwilę obejrzycie, oparta jest na faktach...
Niestety przyjęta powszechnie przeze mnie długość publikowanych wpisów, nie pozwala wymienić wszystkiego, co w tym filmie jest złe. Kompletnie niezaangażowani aktorzy, którzy w co najmniej kilku scenach próbują powstrzymać śmiech na drugim planie, efekty CGI gorsze nawet niż w niesławnej Zielonej Latarni, idiotyczne dialogi, które byłby w stanie napisać niepełnosprawny szympans i do tego mnóstwo absurdalnego humoru, który, jak to ma w zwyczaju absurdalny humor, jednych rozbawi, innych stanowczo odrzuci.

Problem w tym, że ten film jest dokładnie taki, jak go zaplanowano. Jak można ocenić pracę reżysera negatywnie, skoro założeniem było stworzenie maksymalnie idiotycznej produkcji, której seans będzie możliwy tylko po spożyciu odpowiednich środków znieczulających? Przecież facet wywiązał się ze swojego zadania genialnie, tworząc tym samym głupią komedię o najgorzej animowanych rekinach w historii kinematografii.
Rekin-alpinista - pomyślcie ile czasu zajęło wytrenowanie bestii do tej sceny :D
Kiedyś przyjąłem bardzo ciekawy sposób podchodzenia do dzieł filmowych. Jako że głównym celem tych obrazów jest wywoływanie emocji, postanowiłem dobrze oceniać produkcje, które zapamiętam na długo i które pobudzają moją wrażliwość. Biorąc te kryteria pod uwagę, z czystym sercem przyznaję, że ogromna ilość zniesmaczenia, zażenowania oraz niechęci do każdej osoby zaangażowanej w stworzenie tego dzieła, to najsilniejsze emocje wywołane we mnie przez produkcję filmową, jakie mógłbym sobie wyobrazić. W dodatku nie wyobrażam sobie, iż obraz rekinów rozcinanych piłą łańcuchową, mógłbym kiedykolwiek wyrzucić z głowy. Dlatego też:

Moja ocena to: 8/10


PS. Oczywiście to ściema, bo strona techniczna filmu nie zasługuje nawet na jedynkę. Ale ocena cyfrowa jest doskonałym źródłem prowokacji, do której mam ewidentną tendencję. Także obejrzyjcie Sharknado i wtedy napiszcie mi, dlaczego film ten nie zasługuje na tak wysoką notę. I cierpcie razem ze mną, bo ta seria ma już cztery części. A prawdziwy fan wirujących rekinów nie może przecież odpuścić takiego seansu... 

wtorek, 30 maja 2017

Jean-Christophe Grange - "Lontano"

Afrykańska magia, brutalny morderca i bezwzględni policjanci - jeżeli szukacie kryminału, który sprawnie połączy te trzy elementy, to trafiliście doskonale. Francuski mistrz powieści z dreszczykiem powraca z mroczną sagą opisującą losy rodziny Morvanów. A trzeba przyznać, że to całkiem zróżnicowana i interesująca grupka - ojciec, były agent służb specjalnych i prężnie działający w Afryce przedsiębiorca, facet nieustannie znęcający się nad swoją żoną i dążący do pełnej kontroli nad dziećmi, nieśmiała matka-hipiska, skrywająca własną tajemnicę, syn-detektyw, bezkompromisowy facet nie obawiający się skutków brutalnego pobicia przesłuchiwanego, syn-narkoman, tchórzliwy, wiecznie naćpany, ale mający niesamowite zdolności do osiągania sukcesów na rynkach finansowych i wrzeszczcie córka-dziwka, piękna kobieta, która na złość rodzinie bierze udział w orgiach fetyszystów i obciąga producentom filmowym z nadzieją na zrobienie kariery w show-biznesie. Losy tych postaci łączą nie tylko więzy rodzinne, ale także postać Człowieka-Gwoździa.

Choć pseudonim mordercy brzmi niemal jak ksywka surrealistycznego super-bohatera, Człowiek Gwóźdź okazuje się istotą bardzo potężną i brutalnie rzeczywistą. Po kilkudziesięciu latach powraca z Konga, by na francuskiej prowincji dręczyć Gregoire’a Morvana, głowę tej nieco skrzywionej i pełnej problemów rodzinki. Motywem działania Człowieka Gwoździa jest zaś konieczność dopełnienia rytuałów wynikających z afrykańskich legend i rytuałów religijnych kongijskich plemion z ludu yombe. Motyw ten jest o tyle interesujący, iż zabójstwa dokonywane przez naszego złoczyńcę są wręcz fantazyjnie brutalne, a charakterystyczna otoczka kulturowa sprawia, że czytelnik musi nieustannie balansować na krawędzi chorego snu i okrutnej rzeczywistości. Ponadto cieszy fakt, iż jak przystało na Grange’a nie ucieka on zanadto w stronę doznać metafizycznych, a ich obecność wynika jedynie z klimatu powieści, nie zaś przez bezpośrednią sugestię w dialogach, czy działaniach bohaterów. Krótko mówiąc autor trzyma się bardzo mocno twardych realiów, ale czytelnik i tak może wczuć się w ten gęsty, przesycony afrykańską kulturą, wypełniony czarną magią nastrój przedstawionej historii.

Książka sprawdza się idealnie jako wprowadzenie do kolejnych części cyklu. Jako takie obarczone jest jednak pewną, dla wielu kluczową przy wyborze lektury wadą. Otóż przeprawa przez kilkadziesiąt pierwszych stron to prawdziwa męczarnia. Samo poznawanie osób tworzących rodzinę Morvanów jest dość nudne i mało przyjemne. Początkowo trudno bowiem znaleźć wśród nich choćby jedną postać, którą czytelnik mógłby polubić i jej kibicować. Z czasem odsłaniane są jednak szczegółowe motywacje protagonistów i duża część z nich zaczyna być bardziej ludzka. I choć wciąż nie są ludźmi szlachetnymi, to przynajmniej w pewnym stopniu przestają być źli w tak oczywisty i bezpośredni sposób. Dlatego też, choć początkowo bardzo męczyła mnie przygoda z Lontano, uważam że to wciąż całkiem niezła powieść i z niecierpliwością czekam na kolejne, jeszcze lepsze części przygód rodziny Morvanów.


Moja ocena to: 7/10

wtorek, 23 maja 2017

Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently’ego (s01)

Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently’ego, to dokładnie tak dziwny serial, jak może sugerować sam jego tytuł. Opowieść o losach paranormalnie uzdolnionego detektywa Gently’ego, rodzeństwa Brotzmanów, nietypowej morderczyni Bart Curlish oraz całej gamy barwnych, specyficznych i niesamowicie charakterystycznych postaci, stanowi historię, której obecność warto zaznaczyć choćby w króciutkim tekście.

Słabo opłacany boy hotelowy, Todd Brotzman (Elijah Wood) pewnego dnia natyka się w swym domu na włamywacza. Epicka walka pomiędzy dwoma chudzielcami kończy się rozmową, z której Todd dowiaduje się, iż jego przeznaczeniem jest odnalezienie Lydii Spring, córki znanego i bogatego wynalazcy zamordowanego przed kilkoma dniami. Oczywiście całą akcję traktuje początkowo jako słaby żart i każe domniemanemu detektywowi opuścić jego mieszkanie w podskokach. Problem w tym, że Dirk Gently potrafi interpretować znaki przekazywane przez holistyczną strukturę wszechświata i doskonale wie, o czym mówi (choć nie zna do końca szczegółów). Ta rozmowa zmienia kompletnie życie Todda Brotzmana i rozpoczyna serię dynamicznych i szalenie dziwnych wydarzeń, które nie pozwolą widzowi oderwać się od ekranu przez osiem odcinków.
Zobaczcie jaki to ciepły i pozytywny serial...
Jeżeli przeczytaliście w życiu przynajmniej jedną książkę Douglasa Adamsa, nie będziecie w stanie pozbyć się wrażenia, że serial wypełniony jest po brzegi poczuciem humoru charakterystycznym  dla tego autora. I bardzo słusznie, bo produkcja telewizyjna, to rzeczywiście adaptacja prozy Adamsa. Trzeba przy tym przyznać, że mimo sporej dozy sceptycyzmu, która towarzyszyła mi przed rozpoczęciem seansu, jest to adaptacja wyśmienita. Przede wszystkim uwagę zwraca doskonałe, oparte na motywach futurystycznych i parapsychicznych poczucie humoru, które stanowi genialne tło dla leciutkiej opowieści o superbohaterach i podróżach w czasie.
...oczywiście zdarzają się czasem nieco brutalniejsze momenty...
Choć serial jest często szalenie brutalny, widz będzie miał ogromną trudność z odebraniem na serio jakichkolwiek przejawów przemocy. Ciepłe żółto-niebieskie barwy, które nieustannie towarzyszą naszym rozbrykanym, przerysowanym bohaterom, wpływają na to, iż interpretacja całości musi być pozytywna, a ekscesywne przejawy agresji traktowane z przymrużeniem oka.
...ale co złego może się wydarzyć?
Jeżeli uwielbiacie absurdalne poczucie humoru, lekkie i zabawne produkcje telewizyjne, czy choćby prozę Douglasa Adamsa, nie wyobrażam sobie, byście podczas oglądania Holistycznej Agencji Detektywistycznej Dirka Gently’ego mogli bawić się źle. Ja polecam z całego mrocznego serduszka.


Moja ocena to: 8/10

niedziela, 14 maja 2017

James R. Benn - "Łachmany i Kości"

Osadzenie akcji powieści kryminalnej w realiach drugiej wojny światowej, zawsze przyciąga moją uwagę. Gdy więc w okazyjnej cenie nabyłem Łachmany i Kości, historię detektywa Billy’ego Boyle pracującego na zlecenie samego Dwighta Eisenhowera, wówczas Naczelnego Dowódcy Alianckich Ekspedycyjnych Sił Zbrojnych, myślałem, że złapałem Boga za nogi. I jeżeli przyjąć, że tym bogiem był Hefajstos, a za okazany brak szacunku dostałem od niego młotem w łeb, to w sumie nie pomyliłem się aż tak bardzo...

Sama historia wydaje się jednak mieć ogromny potencjał. Billy Boyle współpracując ze swych polskim przyjacielem Kazimierzem, starają się rozwikłać sprawę morderstwa rosyjskiego dyplomaty, Jegorowa. Problemy zaczynają się bardzo szybko, bowiem na jaw wychodzi, iż śmierć Rosjanina bezpośrednio związana jest z mordem polskich oficerów w Katyniu. Ponadto w niebezpieczną, polityczną grę błyskawicznie włączają się struktury przestępcze działające w podziemiach (dosłownie) nieustannie bombardowanego Londynu, organizacje wywiadowcze z MI5 i MI6 na czele, czy wreszcie cała gromada wkurzonych kacapów z NKWD. No i sami powiedzcie, czy to nie brzmi świetnie?!

Oczywiście, że tak. Przedstawiona historia nie ma znaczących luk, brak tutaj szczególnie cukierkowych, czy niewiele znaczących i nudnych wątków. Książkę czytałoby się wręcz bardzo dobrze, gdyby nie...korekta. A właściwie jej całkowity brak w wydaniu, które mam nieszczęście posiadać.
Kluczową wadą jest w jego przypadku brak kilkunastu stron. Felerność mojego wydanie nie ulega wątpliwości wobec faktu, iż część stron jest zdublowanych, części natomiast nie ma wcale. Jak wielkim problemem jest brak kilku chociażby kartek w kryminale, nie muszę chyba nikomu tłumaczyć. Na tym jednak się nie kończy - o nie! Tak ogromnej liczby literówek i błędów nie widziałem przez całe życie - ba, nie sądzę, żebym miał okazję jeszcze raz czytać książkę tak źle wydaną. Wygląda na to, że w moje ręce trafiła jakaś wersja testowa ostatecznego wydania - wersja, która nie miała prawa ujrzeć światła dziennego. Choć zwykle kwestie błędów tego typu nie są dla mnie najistotniejsze, w tym przypadku uniemożliwiły czerpanie jakiejkolwiek frajdy z rozrywki.

Czy to mogła być dobra książka? Cóż, nawet w swej najlepszej formie nie byłaby lekturą wybitną. Z całą pewnością mogłaby jednak zdobyć rzeszę fanów, szczególnie wśród ludzi zainteresowanych ówczesnymi realiami historycznymi (te zaś przedstawiono naprawdę solidnie). Obecność Eisenhowera, Kima Phillby’ego, licznych organizacji wywiadowczych i świetnie przedstawionych realiów życia w Londynie z okresu II wojny światowej, tworzą świetne tło historyczne, ułatwiające budowanie emocjonującego wątku kryminalnego. Cóż jednak z tego, gdy całą radość przesłania irytacja i zniechęcenie czytelnika, zmuszonego do nieustannej walki z nieprzystępną formą.

Jeżeli będziecie zainteresowani tą lekturą, starannie przekartkujcie swoje wydanie w księgarni. Jeżeli natraficie na choćby ślad przypuszczenia, że Wasz egzemplarz odbiega od standardowo przyjętych norm, po prostu sobie odpuśćcie. Niech wystarczy fakt, że sam opracowałem całą listę nowych przekleństw, zastanawiając się przy tym, czy istnieje jakikolwiek głupszy sposób zmarnowania potencjału opowiadanej historii...

Moja ocena (bazująca na posiadanym wydaniu) to: 2/10 (książka w wersji kompletnej zasługiwałaby na 4-5 oczek więcej)

czwartek, 4 maja 2017

Shaun Usher - "Listy Niezapomniane"

Sztuka pisania listów nie umiera - ona już dawno poległa. Niestety jedynym śladem, jaki po sobie zostawiła, jest zwykle sterta pożółkłych papierzysk przewalających się po tysiącach polskich strychów, piwnic i garaży. A przecież jeszcze dwadzieścia lat temu, wyobrażenie sobie świata bez tej podstawowej od wieków formy komunikacji międzyludzkiej, było niemal niemożliwe. Pisali do siebie dyplomaci, przyjaciele, partnerzy handlowi, czy kochankowie. Niemal każdy list był unikatowy, dogłębnie przemyślany ze względu na ograniczoną objętość, wymuszający pewien minimalny poziom elokwencji. Dziś listów nie pisze niemal nikt. Na szczęście Shaun Usher postanowił napisać o listach. A raczej zebrać najciekawsze okazy i przedstawić je w jednym miejscu.

Tym sposobem w Listach Niezapomnianych przeczytamy sto dwadzieścia sześć listów o najróżniejszej tematyce. Pismo Karola Dickensa w sprawie publicznych egzekucji, list siostrzeńca Hitlera do prezydenta USA, Franklina D. Roosvelta, zawierający prośbę o wcielenie do armii, korespondencję Raya Bradbury’ego z jego wiernym czytelnikiem, dotyczącą zagrożenia ze strony robotów, czy wreszcie mój ulubiony - choć jednocześnie jeden z najkrótszych - list Kuby Rozpruwacza do śledczego George’a Luska, stanowiący kpinę z jego postępów w dochodzeniu. Jak sami widzicie tematyka tekstów jest diametralnie różna. Jedne okażą się niesamowicie zabawne, inne przygnębiające. Część z nich umieszczona w odpowiednim kontekście rozczuli, część zmotywuje do cięższej pracy nad sobą. Co szczególnie istotne dla takich zbiorczych opracowań, niemal żaden nie jest na tyle nudny, by zmusić czytelnika do odłożenia książki na później. Listy niezapomniane połyka się błyskawicznie, a wiele z nich rzeczywiście okazuje się czymś trudnym do zapomnienia.

Jedną z najważniejszych rzeczy, ułatwiających odbiór, jest jednak niesamowite wydanie tego opracowania. Otwierając dość prostą graficznie, twardą okładkę, natrafimy na przetłumaczone listy, zapisane standardową, drukowaną czcionką. W wielu przypadkach możemy jednak także rzucić okiem  na fotografie oryginalnych wersji listów, czy jeśli to z jakichś przyczyn niemożliwe, na portrety osób zaangażowanych w korespondencję. Znaczna część listów opatrzona jest również króciutką notką, wprowadzającą kontekst opisywanych sytuacji i zdarzeń. Dzięki takiemu rozwiązaniu przejrzystość, czytelność i przede wszystkim atrakcyjność lektury Listów Niezapomnianych, stoi na najwyższym poziomie.

Znacie to uczucie, gdy długo na coś czekacie, a później Wasze oczekiwania zostają dramatycznie zawiedzione? W tym przypadku było kompletnie inaczej. Od momentu wydania Listów Niezapomnianych ostrzyłem sobie zęby na tę lekturę, czekałem na moment, w którym znajdę czas na zanurzenie się w tej genialnej, epistolograficznej przygodzie. Gdy wreszcie udało mi się tego dokonać, okazało się, że nie mogę żałować żadnego momentu, poświęconego na przedzieranie się przez listy ludzi wielkich (i tych trochę mniejszych) i zasłużonych (i tych trochę mniej zasłużonych) dla historii. Szczerze polecam!


Moja ocena to: 8,5/10  

piątek, 28 kwietnia 2017

William Peter Blatty - Egzorcysta

Zwykle po obejrzeniu ekranizacji, nie czuję jakiejś ogromnej potrzeby, by próbować dotrzeć do wersji oryginalnych. Po seansie Ojca Chrzestnego nie sięgnąłem po Puzo, po kinowej odsłonie X-menów nie widziałem potrzeby docierania do zeszytów komiksowych, które zawierałyby przygody mutantów, które przed chwilą obejrzałem, ba, nawet po obejrzeniu obrad sejmowych, nie nabrałem ochoty na przeczytanie Historii Gówna (tak, też jestem zaskoczony, ale jest taka książka). Dla Egzorcysty zrobiłem jednak wyjątek. Głównie dlatego, iż jest to jedna z najbardziej przełomowych produkcji w historii kina grozy, film-fenomen, o którym na przestrzeni lat dyskutowano na tysiącach konwentów, setkach uczelni filmowych i dziesiątkach czarnych mszy w przerwach między zabijaniem dziewic i zjadaniem kotów (albo odwrotnie). Nie ukrywam więc, że byłem żywo zainteresowany książkowym pierwowzorem, który zainspirował niedawno zmarłego Blatty’ego, do przeniesienia historii opętanej dziewczynki na ekrany kin. I cóż, nie jestem w najmniejszym stopniu zaskoczony.

Książka krok w krok podąża tropem znanej mi już od dawna, filmowej wersji Egzorcysty. Opętana Regan, jej histeryczna matka, tracący wiarę ksiądz i zafiksowany na punkcie kina detektyw - bohaterowie zgadzają się co do joty. Literacka wersja rozszerza troszkę gamę postaci o służącego Karla oraz jego rodzinę, która w ekranizacji została w dużej mierze pominięta. Wątki związane z Karlem nie są jednak na tyle ciekawe, by fani kina mieli czego żałować.  Poza tym zgadzają się przecież wszystkie znaczące wydarzenia. Zabawy planszą Oujia, bieganie po lekarzach, aż wreszcie prawdziwa zabawa w dobrym, demonicznym towarzystwie. Ba, mało tego, znaczna część dialogów, które odbywają się w książce, to wyłącznie nieco rozszerzone rozmowy z filmu.

I teraz mam z tą powieścią mały problem. Z jednej strony styl w jakim jest napisana i niezwykle ciekawa historia jaką udało się w niej przedstawić, sprawiły, że czytało mi się ją z ogromną przyjemnością. Z drugiej jednak strony nie znalazłem w niej kompletnie nic nowego. Czasami narzekamy, że ekranizacje zbytnio odbiegają od książkowych pierwowzorów. Tutaj jest dokładnie na odwrót. I muszę niestety stwierdzić, że sytuacja, w której wizja tej samej historii w obydwu opisywanych mediach jest identyczna, również nie okazała się czymś zanadto komfortowym. W gruncie rzeczy dostałem identyczną historię, tyle że w dwóch wersjach. I przyznam, że mimo przyjemnie spędzonego czasu, odnoszę wrażenie, że w jakimś niewielkim stopniu go straciłem.


Jeżeli nie mieliście okazji oglądać filmu, przeczytajcie książkę. Zrobienie tego w odwrotnej kolejności również jest możliwe (i w sumie bezbolesne), ale wówczas możecie wyciągnąć wnioski podobne do moich. A podzielenie mojej opinii, to pierwszy krok prowadzący na ścieżkę zła, okrucieństwa i upierdliwego czepialstwa.

sobota, 15 kwietnia 2017

Stygmaty (1999)

Biorąc pod uwagę, iż za pasem kolejne święta Wielkanocy, tematyka wpisu pozostanie wybitnie katolicka. Stygmaty są bowiem dziełem głęboko zanurzonym w symbolice chrześcijańskiej, produkcją tyleż klimatyczną, co kontrowersyjną. Choć przesłanie płynące z tego obrazu może być odebrane niezwykle krytycznie przez całe grono zagorzałych katolików, jednego nie można mu odmówić - to cholernie dobrze zrealizowane kino grozy.

Stygmaty opowiadają o losach zwykłej, zdawałoby się szarej fryzjerki, która pewnego dnia otrzymuje od swojej matki nietypowy prezent - różaniec niedawno zmarłego, obdarzonego niezwykłą estymą zakonnika. Wakacyjny prezent wysłany przez matkę już wkrótce zaczyna stwarzać problemy, a nasza bohaterka, Frankie Paige, zostaje „obdarowana” (choć to nie jest słowo, którego zwykło się używać po otrzymaniu dwóch cholernie mocno krwawiących ran przy nadgarstkach) swoimi pierwszymi stygmatami. Do poprowadzenia kościelnego śledztwa w tej sprawie oddelegowany zostaje ojciec Andrew Kiernan. Tak oto rozpoczyna się intryga, która wstrząśnie fundamentami kościoła katolickiego.
Kiedy czytasz programy wyborcze polskich partii politycznych...
Stygmaty to bardzo charakterystyczna produkcja, która choć niewątpliwie czerpie z klasyków w stylu Egzorcysty, ma na siebie własny pomysł i potrafi zainteresować widza nie tylko efektami specjalnymi, ale także rozwojem fabuły. Historia w której do samego końca nie wiadomo, kto stoi za wydarzeniami spotykającymi Frankie, nieustanne bombardowanie widza symboliką chrześcijańską, doskonałe i nieprzesadzone budowanie całej otoczki historycznej inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami, sprawiają, że da się bez najmniejszego problemu wsiąknąć w klimat Stygmatów i śledzić akcję z niecierpliwością - nawet jeśli bez większego przerażenia.
Kiedy świętujesz zdanie egzaminu i budzisz się dzień później...
Niewątpliwie pomaga w tym także bardzo przyzwoite aktorstwo, które stanowi dla mnie największe, pozytywne zaskoczenie. Szczególnie przyjemnie oglądało mi się występ Patricii Arquette, która stanęła przed naprawdę trudnym zadaniem. Zadaniem, które udało jej się sprawnie wykonać niemal w stu procentach. Towarzyszący jej Gabriel Byrne grający księdza Kiernana, również wypadł całkiem przywozicie. Biorąc pod uwagę, że aktorzy drugiego plany nie zdołali niczego popsuć, trzeba przyznać, że odwalono kawał dobrej roboty. Na tym jednak przyjemne zaskoczenia się nie skończyły - solidna praca osób odpowiedzialnych za charakteryzację, eksperymentowanie ze światłem i pracą kamery, bardzo dobra muzyka - każdy element wpływał na to, że Stygmaty oceniam jako jeden z najlepszych horrorów zanurzonych w świecie wiary katolickiej.

Jedynym problemem może być moralna strona tego obrazu. Wkroczenie na niezwykle grząski teren wiary, wiąże się z tym, że krytykowane instytucje i zrzeszeni w nich ludzie, mogą nie docenić całej reszty. I rzeczywiście, trudno pominąć, iż mamy do czynienia z kolejnym obrazem przedstawiającym tyleż ciemną, co kompletnie nierealną stronę kościoła jako instytucji. Kolejną pożywką dla ludzi bezrefleksyjnie krytykujących watykańską hierarchię i systematykę działania. A jednak pozostając w przekonaniu, iż całość ma być fikcyjnym obrazem, który postawi poważne, rzeczywiste pytania, trudno nie docenić zalet technicznych i wizualnych, które kryją się za tym dość prostym w swej konstrukcji horrorem.
Kiedy ze starszym bratem wychodzisz na imprezę i negocjujesz z rodzicami godzinę powrotu...
Dlatego też szczerze polecam. Przede wszystkim tym, którzy mają ogólne pojęcie o symbolice katolickiej, choć z samym kościołem utrzymują dość luźny kontakt - im Stygmaty spodobają się najbardziej. Dla wojujących katolików będzie to oczywiście stos herezji, dla wojujących ateistów broń zbudowana na podstawie fikcyjnych elementów. Najlepiej będą się zaś bawić Ci, podchodzący do Stygmatów jak do zwykłego, bardzo solidnego kawałka horroru i takie podejście polecam Wam najmocniej.


Moja ocena to: 8/10