piątek, 28 kwietnia 2017

William Peter Blatty - Egzorcysta

Zwykle po obejrzeniu ekranizacji, nie czuję jakiejś ogromnej potrzeby, by próbować dotrzeć do wersji oryginalnych. Po seansie Ojca Chrzestnego nie sięgnąłem po Puzo, po kinowej odsłonie X-menów nie widziałem potrzeby docierania do zeszytów komiksowych, które zawierałyby przygody mutantów, które przed chwilą obejrzałem, ba, nawet po obejrzeniu obrad sejmowych, nie nabrałem ochoty na przeczytanie Historii Gówna (tak, też jestem zaskoczony, ale jest taka książka). Dla Egzorcysty zrobiłem jednak wyjątek. Głównie dlatego, iż jest to jedna z najbardziej przełomowych produkcji w historii kina grozy, film-fenomen, o którym na przestrzeni lat dyskutowano na tysiącach konwentów, setkach uczelni filmowych i dziesiątkach czarnych mszy w przerwach między zabijaniem dziewic i zjadaniem kotów (albo odwrotnie). Nie ukrywam więc, że byłem żywo zainteresowany książkowym pierwowzorem, który zainspirował niedawno zmarłego Blatty’ego, do przeniesienia historii opętanej dziewczynki na ekrany kin. I cóż, nie jestem w najmniejszym stopniu zaskoczony.

Książka krok w krok podąża tropem znanej mi już od dawna, filmowej wersji Egzorcysty. Opętana Regan, jej histeryczna matka, tracący wiarę ksiądz i zafiksowany na punkcie kina detektyw - bohaterowie zgadzają się co do joty. Literacka wersja rozszerza troszkę gamę postaci o służącego Karla oraz jego rodzinę, która w ekranizacji została w dużej mierze pominięta. Wątki związane z Karlem nie są jednak na tyle ciekawe, by fani kina mieli czego żałować.  Poza tym zgadzają się przecież wszystkie znaczące wydarzenia. Zabawy planszą Oujia, bieganie po lekarzach, aż wreszcie prawdziwa zabawa w dobrym, demonicznym towarzystwie. Ba, mało tego, znaczna część dialogów, które odbywają się w książce, to wyłącznie nieco rozszerzone rozmowy z filmu.

I teraz mam z tą powieścią mały problem. Z jednej strony styl w jakim jest napisana i niezwykle ciekawa historia jaką udało się w niej przedstawić, sprawiły, że czytało mi się ją z ogromną przyjemnością. Z drugiej jednak strony nie znalazłem w niej kompletnie nic nowego. Czasami narzekamy, że ekranizacje zbytnio odbiegają od książkowych pierwowzorów. Tutaj jest dokładnie na odwrót. I muszę niestety stwierdzić, że sytuacja, w której wizja tej samej historii w obydwu opisywanych mediach jest identyczna, również nie okazała się czymś zanadto komfortowym. W gruncie rzeczy dostałem identyczną historię, tyle że w dwóch wersjach. I przyznam, że mimo przyjemnie spędzonego czasu, odnoszę wrażenie, że w jakimś niewielkim stopniu go straciłem.


Jeżeli nie mieliście okazji oglądać filmu, przeczytajcie książkę. Zrobienie tego w odwrotnej kolejności również jest możliwe (i w sumie bezbolesne), ale wówczas możecie wyciągnąć wnioski podobne do moich. A podzielenie mojej opinii, to pierwszy krok prowadzący na ścieżkę zła, okrucieństwa i upierdliwego czepialstwa.

sobota, 15 kwietnia 2017

Stygmaty (1999)

Biorąc pod uwagę, iż za pasem kolejne święta Wielkanocy, tematyka wpisu pozostanie wybitnie katolicka. Stygmaty są bowiem dziełem głęboko zanurzonym w symbolice chrześcijańskiej, produkcją tyleż klimatyczną, co kontrowersyjną. Choć przesłanie płynące z tego obrazu może być odebrane niezwykle krytycznie przez całe grono zagorzałych katolików, jednego nie można mu odmówić - to cholernie dobrze zrealizowane kino grozy.

Stygmaty opowiadają o losach zwykłej, zdawałoby się szarej fryzjerki, która pewnego dnia otrzymuje od swojej matki nietypowy prezent - różaniec niedawno zmarłego, obdarzonego niezwykłą estymą zakonnika. Wakacyjny prezent wysłany przez matkę już wkrótce zaczyna stwarzać problemy, a nasza bohaterka, Frankie Paige, zostaje „obdarowana” (choć to nie jest słowo, którego zwykło się używać po otrzymaniu dwóch cholernie mocno krwawiących ran przy nadgarstkach) swoimi pierwszymi stygmatami. Do poprowadzenia kościelnego śledztwa w tej sprawie oddelegowany zostaje ojciec Andrew Kiernan. Tak oto rozpoczyna się intryga, która wstrząśnie fundamentami kościoła katolickiego.
Kiedy czytasz programy wyborcze polskich partii politycznych...
Stygmaty to bardzo charakterystyczna produkcja, która choć niewątpliwie czerpie z klasyków w stylu Egzorcysty, ma na siebie własny pomysł i potrafi zainteresować widza nie tylko efektami specjalnymi, ale także rozwojem fabuły. Historia w której do samego końca nie wiadomo, kto stoi za wydarzeniami spotykającymi Frankie, nieustanne bombardowanie widza symboliką chrześcijańską, doskonałe i nieprzesadzone budowanie całej otoczki historycznej inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami, sprawiają, że da się bez najmniejszego problemu wsiąknąć w klimat Stygmatów i śledzić akcję z niecierpliwością - nawet jeśli bez większego przerażenia.
Kiedy świętujesz zdanie egzaminu i budzisz się dzień później...
Niewątpliwie pomaga w tym także bardzo przyzwoite aktorstwo, które stanowi dla mnie największe, pozytywne zaskoczenie. Szczególnie przyjemnie oglądało mi się występ Patricii Arquette, która stanęła przed naprawdę trudnym zadaniem. Zadaniem, które udało jej się sprawnie wykonać niemal w stu procentach. Towarzyszący jej Gabriel Byrne grający księdza Kiernana, również wypadł całkiem przywozicie. Biorąc pod uwagę, że aktorzy drugiego plany nie zdołali niczego popsuć, trzeba przyznać, że odwalono kawał dobrej roboty. Na tym jednak przyjemne zaskoczenia się nie skończyły - solidna praca osób odpowiedzialnych za charakteryzację, eksperymentowanie ze światłem i pracą kamery, bardzo dobra muzyka - każdy element wpływał na to, że Stygmaty oceniam jako jeden z najlepszych horrorów zanurzonych w świecie wiary katolickiej.

Jedynym problemem może być moralna strona tego obrazu. Wkroczenie na niezwykle grząski teren wiary, wiąże się z tym, że krytykowane instytucje i zrzeszeni w nich ludzie, mogą nie docenić całej reszty. I rzeczywiście, trudno pominąć, iż mamy do czynienia z kolejnym obrazem przedstawiającym tyleż ciemną, co kompletnie nierealną stronę kościoła jako instytucji. Kolejną pożywką dla ludzi bezrefleksyjnie krytykujących watykańską hierarchię i systematykę działania. A jednak pozostając w przekonaniu, iż całość ma być fikcyjnym obrazem, który postawi poważne, rzeczywiste pytania, trudno nie docenić zalet technicznych i wizualnych, które kryją się za tym dość prostym w swej konstrukcji horrorem.
Kiedy ze starszym bratem wychodzisz na imprezę i negocjujesz z rodzicami godzinę powrotu...
Dlatego też szczerze polecam. Przede wszystkim tym, którzy mają ogólne pojęcie o symbolice katolickiej, choć z samym kościołem utrzymują dość luźny kontakt - im Stygmaty spodobają się najbardziej. Dla wojujących katolików będzie to oczywiście stos herezji, dla wojujących ateistów broń zbudowana na podstawie fikcyjnych elementów. Najlepiej będą się zaś bawić Ci, podchodzący do Stygmatów jak do zwykłego, bardzo solidnego kawałka horroru i takie podejście polecam Wam najmocniej.


Moja ocena to: 8/10

niedziela, 9 kwietnia 2017

Podwójne uderzenie - w sam środek pieńka i pięć metrów nad bramką, czyli podsumowanie dwóch krótkich lektur...

Lars Mytting - “Porąb i spal. Wszystko co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie.”


Początkowo miałem mały problem z tą książką. Nie byłem w stanie zbyt dokładnie przełożyć sobie moich doświadczeń związanych z pozyskiwaniem i przeróbką drewna, na warunki dość bogatej Norwegii, dysponującej nie tylko długoletnią kulturą wycinki drzew, ale także sprzętem, który zdecydowanie nie jest standardem we wsiach wschodniej Polski. Gdy więc Mytting pisał o kombajnach do drzewa, ja miałem w pamięci rozkopaną i miękką ziemię bagnistej łąki, z której w ogromnych męczarniach trzeba było wyciągać kłody drzewa. Gdy opisywał rodzaje najlepszych pił, ja wyobrażałem sobie wysłużoną piłę mojego ojca, której wątpliwa niezawodność wpłynęła na poszerzenie zasobu słów wulgarnych używanych przez 3/4 rodziny. Kiedy wymieniał dziesięć rodzajów siekier, z której każda miała realizować inne zadania, ja przypominałem sobie swoją starą siekierę, wykutą jeszcze w czasach gdy słowo fiskars wydawało się jakimś tajemniczym zaklęciem, a nie nazwą popularnego producenta. I tak było ze wszystkim - rodzajami i konstrukcjami nowoczesnych pieców, sposobami układania drewna, metodami jego suszenia, czy odpowiednich warunków składowania. 

I mimo wszystko udało się autorowi uchwycić ten szczególny rodzaj romantyzmu, który sprawia, iż nawet po najbardziej męczącym dniu harówki przy drewnie, wracasz do domu równie zadowolony z siebie, co wyczerpany. I chyba o to tutaj chodziło - o oddanie hołdu tej specyficznej, bardzo prostej i zdawałoby się czysto utylitarnej czynności. Nie sądziłem, że ta książka mi się spodoba, ale wydaje mi się, że dla każdego, kto chociaż raz pracował przy drewnie, będzie ona miała naprawdę dużo uroku. Nie rozumiem powodów dla których mieliby się nią zachwycać ludzie żyjący od pokoleń w mieście i niemający żadnych kontaktów z pracą tego rodzaju, ale dla całej reszty powinna być to całkiem fajna lektura.

 Moja ocena to: 7/10


Andrea Pirlo, Alessandro Alciato - „Pirlo. Myślę, więc gram”.


Jest to jedna z najgorszych biografii jakie było mi dane czytać. Na lekturę zdecydowałem się z dwóch bardzo istotnych powodów - po pierwsze jestem ogromnym fanem talentu tego włoskiego pomocnika. Po drugie uważałem go za człowieka szalenie inteligentnego, wirtuoza piłki, ale i kogoś obdarzonego ponadprzeciętną mądrością w życiu prywatnym. I cóż, teraz wcale nie jestem tego taki pewny... 

Zacznijmy od tego, że opis książki kompletnie nie oddaje rzeczywistości. Anegdot nie ma zbyt wielu (z całą pewnością nie ma ich „tysiąca”), wstydliwe sekrety kolegów z szatni, to na przykład takie, że Inzaghi lubił postawić klocka przed meczem, albo że Gilardino nosił w torbie swoje stare buty, które miały mu przynosić szczęście, a fascynujące wspomnienia dotyczą głównie trzech, czy czterech przegranych spotkań i kilku negocjacji transferowych. Ot, taki standard jeśli chodzi o biografie sportowców. 

Pomijając kila ciekawych zdań na temat konieczności wprowadzenia powtórek telewizyjnych do profesjonalnej piłki, reszta jest bardzo przeciętną laurką wystawioną swoim dawnym kolegom i trenerom (a przynajmniej większości z nich), przesiewaną dygresjami związanymi np. ze stosowaniem dopingu w kolarstwie (gdyby mnie to obchodziło, poczytałbym książkę o kolarstwie).

Nie zaprzeczę jednak, że książkę czyta się wręcz błyskawicznie. Ogromna interlinia, spora liczba bardzo przeciętnych zdjęć i prosty język sprawiają, że nie może być inaczej. Na poziomie merytorycznym biografia Pirlo rozczarowuje. Przez ogromną część tej lektury nie mogłem powstrzymać myśli, iż nie tylko Andrea nie chciał opowiedzieć zbyt wiele o tym jak wyglądało jego życie prywatne w czasie trwania kariery piłkarskiej, ale stworzył tę biografię wyłącznie w celu wyciągnięcia dodatkowych groszy, na ostatniej fali swojej znacznej popularności. Biorąc pod uwagę stosunek ceny do jakości - jestem bardzo mocno rozczarowany.

Moja ocena to: 4/10


poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Timothy Snyder- "Czarna Ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie"

Holokaust stał się tematem niejednej książki. Temat ten rozpatrywano już z perspektywy historycznej, psychologicznej, czy socjologicznej. Jako zjawisko bezprecedensowe stał się nie tylko przejawem największego okrucieństwa do jakiego zdolna jest istota ludzka, ale z czasem także fenomenem popkulturowym. O żydowskiej zagładzie pisano, nawiązywano do niej w tekstach piosenek, poświęcono jej kilkadziesiąt (a może nawet kilkaset) filmów różnego formatu. I gdy wydaje się, że wszystko na ten temat zostało już powiedziane, pojawia się taki Timothy Snyder, który udowadnia, że nawet do niemal wyczerpanego tematu, można wciąż dodać coś konstruktywnego.

Biorąc do ręki książkę „Czarna Ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie”, nie skupiałem się zanadto na drugiej części  tytułu. Liczyłem na książkę historyczną, która w zgrabny sposób podsumuje znane mi fakty. Choć nie jestem specjalistą w tej tematyce, a zagłada Żydów nigdy nie była tematem, którym specjalnie mocno miałbym się interesować, na przestrzeni swojego życia odwiedziłem Auschwitz oraz Majdanek. Wydawało mi się więc, że znam skalę zniszczenia jaka dotknęła naród żydowski w Europie. Okazało się jednak, że badania Snydera są w stanie rzucić znacznie jaśniejsza światło na minione wydarzenia, a w dodatku stanowią bardzo jasne ostrzeżenie przed możliwością ich ponownego wystąpienia.

Snyder oparł swoje rozważania na kilku wartych przemyślenia teoriach. Zakwestionował na przykład biurokratyzację, jako czynnik bezpośrednio prowadzący do zagłady. Wskazał, iż to właśnie istnienie państw, choćby marionetkowych, w dużej mierze umożliwiało Żydom przeżycie w Europie. Autor podjął się przy tym dość skomplikowanego zadania polegającego na przekrojowym przedstawieniu czynników wpływających na ilość zbrodni w poszczególnych rejonach Europy. Zwrócił uwagę przede wszystkim na podwójną okupację (przez ZSRR oraz hitlerowskie Niemcy) oraz rozpad struktur państwowych, kwestie etniczne i narodowościowe oraz problemy terytorialne (szczególnie w przypadku Rumunii, Węgier oraz Ukrainy). Co charakterystyczne na dalszym planie znalazły się kwestie związane ze ślepym antysemityzmem.

Najistotniejsze jest jednak to, że swoje bardzo ciekawe rozważania Snyder przekłada na współczesny i przyszły świat. Choć jego wizja jest beznadziejnie krytyczna, w ciekawy sposób wiąże holokaust z globalizacją i wskazuje na jego nieuchronność wobec pogarszania się warunków życia na naszej planecie. Muszę przyznać, że po raz pierwszy spotkałem się z taką perspektywą i choć myślałem nad nią już od kilku dni, wciąż trudno mi wyrobić sobie jednoznaczne zdanie co do jej zasadności. Faktem pozostaje jednak to, że książka zmusza do poważniejszych rozważań, co w przypadku lektur historycznych nie zdarza się wcale tak często (wbrew wszelkim pozorom).

Czy książka ma wady? Cóż, troszkę raziło mnie przywołanie jako znaczącego autorytetu imć Jana Tomasza Grossa, co stoi w sprzeczności z całkiem niezłą opinią Snydera o Polakach. Pomijając jednak kwestie personalne, trzeba także zauważyć, że swoje tezy autor Czarnej Ziemi popiera bardzo konkretnymi argumentami. Problem w tym, że dość często je powtarza. Te same tezy zostają potwierdzane przez te same argumenty - często zmieniają się tylko rozdziały lub opisywany rejon geograficzny. O dziwo nie przeszkadza to jakoś szczególnie w samej lekturze.

Czy w takim razie polecam? Ależ owszem. Zarówno tym, którzy chcą poszerzyć swoją wiedzą o tej haniebnej plamie na honorze całej ludzkości, jak i osobom szukającym innego, świeżego spojrzenia na holokaust. Tym bardziej, że wbrew temu, co lubimy o sobie myśleć, nie jest to wcale zjawisko, które nie może się powtórzyć w przyszłości.


Moja ocena to: 7.5/10

środa, 29 marca 2017

Top 10 - ulubieni bohaterowie Marvela (bez mutantów)


10. Hercules - Cóż, to ten sam Herkules, którego możecie znać z legend. Facet wiernie towarzyszy Kapitanowi Ameryce w Civil War i potrafi naprawdę solidnie przypier...znaczy...dysponuje całkiem solidnym uderzeniem. Fajnie zobaczyć taką górę mięsa w komiksach, nawet jeśli jego rola zwykle jest marginalna.











9. Ghost Rider - paczka dwóch świetnych bohaterów w jednym. Johny Blaze wraz z duchem zemsty Zarathosem potrafią siać spustoszenie niezwykłe nawet jak na warunki komiksowe. Moc Zarathosa nie jest do końca sprecyzowana. Wszystko wskazuje na to, że jest niemal nieograniczona i tylko od kaprysu chwili zależy z kim Johny Blaze będzie w stanie skutecznie walczyć. Do tego gość wygląda jak kościotrup! Z płonącą głową!! Co może być bardziej epickie?!


8. Luke Cage - choć serial z Cage’m wzbudził mieszane uczucia u widzów, trzeba przyznać, że jest to jedna z wyróżniających się postaci (i to nie tylko ze względu na swój kolor skóry). Luke Cage jest najbardziej interesującym przedstawicielem Harlemu, niemal niezniszczalnym i obdarzonym ponadludzką siłą bokserem. Do tego jest to jedna z najbardziej znaczących postaci w drużynie Avengers (i to nie tylko ze względu na swój kolor skóry) i jednym z założycieli innej bardzo ważnej grupy superbohaterów - Heroes for Hire. Facet zwyczajnie wie, jak znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie, żeby zrobić dobre wrażenie. 








7. Juggernaut - To może być kontrowersyjne stwierdzenie, ale Juggernaut może być jedną z najsilniejszych postaci na tej liście. Jako uosobienie ducha zniszczenia, Cyttoraka, dysponuje przeogromną mocą. Umowa między nim i Cyttorakiem jest dość prosta - im więcej zniszczenia czyni Juggernaut, tym więcej mocy otrzymuje od swojego opiekuna. Amplituda jego mocy, ze względu na kapryśność ducha zniszczenia, jest przeogromna. Ale mimo wszystko obecność tego gościa zawsze gwarantuje akcję na najwyższym poziomie. I pamiętajcie - nie jest mutantem! :D





6. Kingpin - Po pierwsze jest głównym łotrem w  telewizyjnym Daredevilu. Wilson Fisk w swojej serialowej wersji jest niesamowity - z jednej strony szalenie inteligentny i uczuciowy, z drugiej łatwo wpadający w gniew i nieprzewidywalnie agresywny. W komiksach jego przemyślane plany i nieustanne knucie pozwalają wyprowadzać w pole nawet teoretycznie silniejszych przeciwników. Ponadto ogromna siła tej góry sadła stawia go na równi z wieloma superbohaterami. Wilson Fisk jest Kingpinem doskonały, idealnym ucieleśnieniem świata przestępczego. Co więcej nawet jeśli zwykle do swoich niecnych planów wykorzystuje innych, sam też potrafi nieźle przypier...znaczy...dysponuje całkiem solidnym uderzeniem.





5. Captain America - Bohater-fenomen. Awatar amerykańskości, który podbił serca komiksomaniaków na całym świecie. Steve Rogers jest jednym z najstarszych przedstawicieli ideałów superherosa. Początkowo chorowity dzieciak rysujący potajemnie komiksy, stał się ideałem żołnierza. Nie tylko jest niezwykle silny, wytrzymały i inteligentny, ale dał też w pysk samemu Hitlerowi - a takie rzeczy się docenia!




4. Deadpool - Czy muszę coś dodawać? Deadpool jest najzabawniejszym bohaterem w całym uniwersum. Były najemnik Wade Wilson, po zachorowaniu na raka wszystkiego (to chyba nie jest dokładne medyczne sformułowanie, ale nigdy nie można mieć pewności...) zostaje zmieniony w superżołnierza. Cholernie brzydkiego superżołnierza. Odtąd nie tylko zyskuje liczne specjalne umiejętności, ale także świadomość tego, iż jest bohaterem komiksu. Daje to niezwykłe możliwości do wykorzystywania żartów z przełamywanie czwartej ściany. Czytanie komiksów i oglądanie filmu z Deadpoolem daje niesamowitą ilość zwykłej, nieskrępowanej radości.



3. Hulk - Z jednej strony najbardziej skomplikowana emocjonalnie postać w całym uniwersum (Bruce Banner wychowywany był przez ojca-alkoholika, który w przypływie szału zabił matkę Bruce’a. Trauma z dzieciństwa oczywiście odbiła się na nim w przyszłości), z drugiej uosobienie czystego szału i niekontrolowanego zniszczenia. Hulka napędza wyłącznie gniew, a poziom jego mocy jest właściwie nieznany. W rywalizacji czysto fizycznej jest niemal niepokonany. Do tego jest ogromną, zieloną górą mięsa gotową zabić, zgnieść i zniszczyć wszystko, co stanie mu na drodze - trudno go nie pokochać...




2. Spider Man - Wiem, wiem, to bardzo oczywisty wybór. Ale Peter Parker w wydaniu komiksowym jest tak cholernie zabawnym facetem, że ciężko go tutaj nie umieścić. Nie rzuca on może żartami na poziomie Deadpoola, ale nawet taki subtelniejszy humor mocno trafia do czytelnika. W dodatku Spider Man jest jedną z najbardziej ikonicznych postaci Marvela i patrząc na niektóre ekranizacje jego przygód aż żal ściska pewne części ciała, że tak słabo się do nich przyłożono (Trzecia część trylogii Raimiego może spowodować traumę, lojalnie uprzedzam).



1. Punisher - Z jednej strony jest to zwykły facet, w większości wersji pozbawiony jakichkolwiek mocy specjalnych. Z drugiej jednak jest to gość wzbudzający niepokój nawet wśród największych kozaków uniwersum. Gość uwielbia wymierzać karę, planować kolejne zabójstwa i nosić ogromną czachę na swojej koszulce. Poza tym historie z jego udziałem są zwykle najbrutalniejsze i często wzbudzają skrajne emocje. Jest to też najlepszy bohater drugiej części serialowego Daredevila. Trudno nie docenić faceta, który w tym niemal bajkowym świecie, nie waha się przed wymierzaniem swojej wersji sprawiedliwości - krwawej i brutalnej.

wtorek, 21 marca 2017

Melvin Burgess - "Nicholas Dane"

Czytaliście kiedyś Olivera Twista? Powieść opisującą trudne warunki życia sierot w XIX-wiecznej Anglii? Historię stworzoną przez Karola Dickensa, jednego z najwybitniejszych autorów wszech czasów? Książkę znajdującą się na liście stu najlepszych wg. BBC? Jeżeli  nie, powinniście się w tym momencie bardzo mocno zawstydzić - podobnie zresztą jak ja, bowiem sam również nie miałem z Oliverem Twistem do czynienia. Miałem za to do czynienia z Nicholasem Dane’m, uwspółcześnioną wersją przygód londyńskiego sieroty.

Siłą rzeczy nie jestem w stanie dostrzec wszystkich podobieństw fabularnych. Poza miejscem akcji (różnego rodzaju domy opieki, a w dalszej części angielska ulica), bezpośrednim nawiązaniem do Olivera (bohater drugoplanowy w książce Burgessa również ma na imię Oliver), czy głównej osi fabularnej, opierającej się na wykorzystywaniu młodocianych, nie jestem w stanie wskazać konkretnych, choć jak mniemam bardzo licznych analogii do powieści Dickensa.

Nicholas Dane to historia piętnastoletniego chłopca, który zupełnie niespodziewanie traci matkę. Brak bliskiej rodziny oraz seria tragicznych w skutkach zbiegów okoliczności sprawiają, że chłopak trafia do Meadow Hills, cieszącego się fatalną opinią sierocińca dla najbardziej niepokornej młodzieży. I tu od pierwszego dnia zaczynają się schody. Nick nie potrafi bowiem dopasować się do rygorów i schematów życia w nowym miejscu. Nie uznaje panującej w Meadow Hills hierarchii, odpowiadając agresją na agresję. Toczy wojnę z niemal całym otaczającym go światem i zaczyna mieć świadomość, że jest w niej praktycznie skazany na porażkę. Wtedy do akcji wkracza Tony Creal, jedyna osoba w całym domu opieki, która wydaje się sympatyczna i gotowa wyciągnąć pomocną dłoń do swoich wychowanków. W świecie Meadow Hill za wszystko trzeba jednak zapłacić, o czym Nick dowiaduje się zresztą w potwornych okolicznościach. Druga część książki opisuje losy Dane’a już po ucieczce z zakładu. I choć jego życie nadal obfituje w niesamowicie trudne sytuacje, charyzma i ambicja Nicholasa Dane’a pozwala mu wreszcie wyjść na prostą i osiągnąć bardzo względny spokój.

Historia nie jest być może zbyt skomplikowana. Podobnie zresztą jak język, którym posługuje się autor. Czasem wydaje się nawet, że książka została uproszczona do granic możliwości. Prostota i bezpośredniość przekazu zdają się jednak świetnie współpracować z linią fabularną. Dialogi i oszczędne opisy rzeczywistości pomagają wczuć się w ten nieco prymitywny, okrutny, a przy tym nieraz emocjonujący i zabawny klimat uliczny. Wyraźnie widać także, że głównym odbiorcą tej historii miała być nastoletnia młodzież - biorąc zaś pod uwagę jakość tego typu literatury, należy przyznać, że Nicholas Dane jest jednym z lepszych, o wiele mroczniejszych i bardziej wartościowych jej przedstawicieli. Bohaterowie są tu ludźmi porzuconymi, tragicznymi postaciami zwykle odrzuconymi przez własne rodziny, samotnikami starającymi się znaleźć kogoś, na kim można polegać. I mimo ich ciągłej, niepohamowanej agresji, zachowań niemoralnych, nieetycznych, czy po prostu głupich, ciągle udaje się im kibicować i współczuć.

Mimo poważnych tematów, które w swojej książce porusza Burgess, historię Nicholasa Dane’a czyta się fantastycznie. Gdy zaczynałem lekturę, nawet nie sądziłem, że będę w stanie dokończyć ją w jakimś rozsądnym terminie.  Okazało się jednak, że po wsiąknięciu do świata angielskiej młodzieży, nie byłem w stanie się z niego wyrwać. Całość skończyłem w dwa dni (jakieś 400 stron), czytając przy każdej możliwej okazji. Być może po moich ostatnich przygodach z literaturą historyczną, potrzebowałem właśnie takiej historii - prostej, ale nie cukierkowej opowieści o dramacie i niewyobrażalnej tragedii nastoletniego chłopca. Szczerze polecam, tym bardziej, że zwykle można ją dostać za bardzo małe pieniądze. Choć nie jest to szczyt osiągnięć literatury obyczajowej, powinniście być nią całkiem mocno usatysfakcjonowani.


Moja ocena to: 8/10

czwartek, 16 marca 2017

Bernard Wasserstein - "W przededniu. Żydzi w Europie przed drugą wojną światową"

Zauważyliście, że nieuchronnym skutkiem wypowiedzenia w kulturalnym towarzystwie zdania „to może teraz porozmawiajmy o Żydach?” jest mocno wyczuwalne zgęstnienie atmosfery w pokoju? Kojarzycie ten moment, gdy wszyscy milkną i spoglądają na siebie niezręcznym wzrokiem, nie do końca pewni, co się za chwilę wydarzy? Otóż jego wywołanie jest wręcz banalnie proste, gdy wkroczymy na grząski temat dyskusji mogącej choćby zahaczyć o jakikolwiek element definicji antysemityzmu. Na szczęście dziś, opisując książkę Bernarda Wassersteina, jestem chroniony na dwóch frontach. Po pierwsze autor jest historykiem żydowskim, co zwalnia mnie z odpowiedzialności wybiórczego przytaczania jego opinii krytykujących międzywojennych Żydów, po drugie zaś, to tylko krótka opinia na temat książki historycznej, więc niemal nikt na całym świecie nie będzie zainteresowany jej przeczytaniem.

Żydzi w dwudziestoleciu międzywojennym byli niemal wszędzie. Od Amsterdamu, przez Warszawę, aż do samej Moskwy. Naiwnością byłoby więc myśleć, iż ludzie Ci, choć deklarowali historyczną przynależność do tego samego narodu, niczym się od siebie nie różnili. Mało tego - jak udowadnia Wasserstein różnice te bywały ogromne. Począwszy od języka (w Europie stosowano zarówno Hebrajski, Jidysz, czy Judeo-hiszpański), przez poglądy polityczne (komuniści, socjaliści, syjoniści), aż po podejście do sztuki i kultury (zdecydowaną większością osób uczęszczających do teatrów byli właśnie Żydzi, lecz jednocześnie wielu chasydzkich przedstawicieli odnosiło się do tego typu instytucji bardzo krytycznie). Różnice były tak ogromne, że społeczeństwo żydowskie przed rozpoczęciem prawnie zinstytucjonalizowanych prześladowań w Niemczech, w żadnym momencie nie mogło mówić o jedności i duchowej unifikacji w ramach własnej kultury.

Wasserstein otwarcie mówi również o przejawach antysemityzmu w Europie. Co ciekawe wielu ludzi potraktuje te fragmenty, jako krytykę polskiego rządu, który z całych sił dążył do ograniczenia roli społecznej Żydów w społeczeństwie polskim (i to rzeczywiście nie może ulegać najmniejszej wątpliwości). Czytelnicy nieco uważniejsi zwrócą także uwagę na inne argumenty Wassersteina w tej kwestii. Podkreśla on bowiem kilka kluczowych dla ówczesnych czasów kwestii. Zwraca uwagę na to, że antysemityzm stał się czymś powszechnym dla całej Europy (nie tylko dla Polski). Przypomina o roli Żydów w Komunistycznej Partii Polski i przyczynach niechęci większości Polaków do polityki części partii żydowskich. Zwraca również uwagę na to, że Polska, mimo dość powszechnego antysemityzmu, stała się jednym z głównych (obok Amsterdamu) ośrodków ucieczki, czy również przymusowego wypędzania Żydów z Rzeszy Niemieckiej (co więcej mimo niepewności ekonomicznej, Polska starała się przyjmować tych uchodźców) oraz państwem aktywnie promującym idee syjonistyczne (nie wynikało to z jakiegokolwiek altruizmu, ale raczej ze zwykłej chęci pozbycia się z kraju jak największej części Żydów za pomocą metod pokojowych).

Dzięki tej książce dowiecie się bardzo dużo. Przeczytacie zarówno o żydowskiej edukacji, ich podejściu do zdrowia, rodziny, gojów, muzyki, pracy itd. W tym dość obszernym dziele kryje się bowiem zarys życia całego społeczeństwa, przedstawionego jeszcze nie jako ofiara ogromnych systemów totalitarnych, ale jako olbrzymia grupa ludzi zdolna aktywnie kształtować swój los. To opowieść o losach społeczeństwa niesamowicie zróżnicowanego, a przy tym tak hermetycznego, że jego poznanie stanowiło sporą trudność nawet dla ówczesnych mieszkańców państw europejskich.


Przy tym jest to też książka dość nudna. Szczególnie styl kilku pierwszych rozdziałów sprawiał, że ziewanie stało się nieodłącznym spazmem towarzyszącym sięganiu po tę książkę. Wynika to poniekąd z szerokiego podejścia do tematu, które wręcz wymusza pisanie o tym, co wielu czytelników może nie zainteresować nawet w najmniejszym stopniu. Choć nie bawiłem się przy tej lekturze zbyt dobrze i nie mogę jej polecić, jeśli chcecie dopiero rozpocząć przygodę z historią, jestem bardzo zadowolony, iż udało mi się przez nią przebrnąć. Można z niej bowiem wynieść ogromną ilość wiedzy o najbardziej skrzywdzonym i obarczonym największą liczbą mitów narodzie w XX-wiecznej Europie.

Moja ocena to: 6/10

poniedziałek, 6 marca 2017

Kilka słów o Trylogii Dolarowej Sergio Leone

Klasyczne westerny, takie jak W Samo Południe (1952), czy Poszukiwacze (1956), stanowiły najprostsze opowieści heroiczne, jakie można sobie wyobrazić. Szlachetny kowboj-rycerz o niemal nadprzyrodzonych mocach, walczył w nich ze zgrajami rzezimieszków, Indian, czy choćby konfederatów. I gdy w pewnym momencie wydawało się, że ten skostniały gatunek czeka rychły upadek, na scenę wkroczyło dwóch Włochów - reżyser Sergio Leone oraz kompozytor Ennio Morricone.

Wizja Sergio Leone wydaje się dziś banalnie prosta. Stwierdził on, że Dziki Zachód należy rzeczywiście uczynić możliwie dzikim, nieprzystępnym i brutalnym. W czasach Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza takie stwierdzenie możecie skwitować tylko niemrawych wzruszeniem ramion i szepnięciem I don’t fucking care , ale wówczas była to prawdziwa bomba. Bite i mordowane kobiety, kopane i poniżane dzieci, alkoholizm, ludzie oszpeceni i okaleczeni w wojnie domowej, główny bohater, niejednokrotnie wychodzący z sytuacji zagrożenia życia wyłącznie dzięki szczęściu, wszechobecny brud, brak elementarnego wykształcenia i klimatyzacji - cóż, było z czego wybierać.

W tej właśnie konwencji powstają trzy kultowe westerny, stanowiące bramę do wielkiej kariery dla samego Clinta Eastwooda. Za garść dolarów (1964), Za kilka dolarów więcej (1965) oraz Dobry, zły i brzydki (1966) - trzy historie połączone osobą bezimiennego rewolwerowca, nazywane niekiedy zbiorczo Trylogią Dolarową. Wpływ jaki ta wielka westernowa trójca wywarła na współczesne kino, wydaje się niepodważalny. Tym bardziej interesowało mnie, jak ta konkretna trylogia prezentuje się po ponad pięćdziesięciu latach od swego powstania. I cóż - wciąż jest zaskakująco dobrze.

Za garść dolarów - pierwsza część trylogii opowiada o bezimiennym rewolwerowcu, który przybywa do targanego konfliktem miasta. Dwie grupy nieprzepadających za sobą rzezimieszków, prowadzą tu nielegalny handel bronią i alkoholem, przy okazji marząc o wymordowaniu swoich konkurentów. W środku tego chaosu znajduje się nasz protagonista. Stwierdza przy tym, że takie położenie umożliwia mu zarobienie kilku dolarów i zaczyna wykorzystywać zarówno jedną, jak i drugą stronę. Bardzo szybko popada przy tym w tarapaty.
 
Zastrzelenie faceta w takiej kamizelce, to jeszcze morderstwo, czy już gest litości?
Cóż, już pierwszy film okazał się sporym szokiem. Bohater nie był jakimś rycerzem na białym koniu, a raczej uzdolnionym cwaniakiem, któremu spryt i inteligencja pozwoliły na zarobienie paru groszy. Nie spotkamy tu więc nikogo do końca dobrego, nawet jeśli kontrast między zachowaniami poszczególnych bohaterów widoczny jest na pierwszy rzut oka. Mimo wielu pomniejszych głupotek dzieje się tu sporo, a nastrojowa muzyka, świetne zdjęcia i krzywiący sie Clint Eastwood (elementy wspólne dla wszystkich części), pozwalają czerpać chorą satysfakcję z każdej kolejnej strzelaniny.

Za kilka dolarów więcej - Druga część trylogii dolarowej, jest jednocześnie moją ulubioną. Opowiada o losach dwóch łowców nagród, których los rzucił na tę samą ścieżkę. Po początkowych konfliktach wyruszają oni, by wspólnie zapolować na gang złodzieja i mordercy, znanego jako El Indio.
Patrz, znów nie umyłeś Tamagotchi...
W drugiej części trylogii dolarowej fabuła okazała się o wiele bardziej interesująca. Choć wciąż główną motywacją wydają się pieniądze, finał filmu udowadnia, że w grę wchodzą również inne, skrywane dotąd wartości. Ponadto sama kreacja bohaterów jest stukrotnie lepsza, niż w pierwszej części trylogii. Lekko szalony El Indio wie, że musi radzić sobie nie tylko ze ścigającymi go łowcami nagród, ale także z ewentualnym buntem we własnych szeregach, rewolwerowiec i łowca nagród Douglas Mortimer emanuje  zaś siłą spokoju i opanowaniem. Właściwie tylko bezimienny rewolwerowiec jest takim samym typem bohatera, jaki dane nam było poznać w Za garść dolarów. Cała trójka jest charakterystyczna i bardzo rozpoznawalna. Sama akcja zaś na tyle dynamiczna i ciekawie zrealizowana, że bardzo rzadko zdarzało mi sie odwracać wzrok od ekranu. To kolejna solidna dawka świetnej zabawy dla każdego miłośnika westernów.

Dobry, zły i brzydki - Ostatnia część stanowi wariację na temat klasycznych historii opowiadających o poszukiwaniu skarbów. Trzech rewolwerowców stara się odnaleźć pieniądze, ukryte przez żołnierza wojsk konfederacji. Podczas poszukiwania ogromnej fortuny, los zmusza ich nieraz do podejmowania niechętnej współpracy, prowadząc jednak do ostatecznego, obligatoryjnego pojedynku.
"Uśmiech jest najprawdziwszym, kiedy jednocześnie uśmiechają się oczy" - ks. Jan Twardowski
Z jednej strony jest to najlepsza część trylogii. Ostatnia scena, najpopularniejszy meksykański standoff w historii kina, rzeczywiście robi wrażenie. Do tego świetnie przedstawiona bitwa pomiędzy wojskami unii i konfederatami zapada w pamięć. Bohaterowie również wykreowani są bez zarzutu - trudno znaleźć równie charakterystyczne postaci w jakimkolwiek innym westernie. Wciąż brak też jednoznacznie dobrego protagonisty, co mógłby fałszywie sugerować sam tytuł filmu - różnicą pomiędzy rewolwerowcami są jedynie poziomy reprezentowanej przez nich niegodziwości. Problemem jednak jest to, że maniera Leone do przeciągania mało istotnych scen, eskalowała w Dobrym, złym i brzydkim do niespotykanych rozmiarów. O ile jeszcze wydaje się to zasadne w scenie ostatecznego pojedynku, o tyle sztuczne rozciąganie każdej niemal sceny, doprowadziło głównie do tego, że wynudziłem się jak mops (albo jak jakikolwiek inny, ale bardzo znudzony pies). Fakt że zawsze udawało mi się zwrócić uwagę na kluczowe momenty, nie rekompensuje tych długich minut, w których grzebałem sobie w pępku, albo oglądałem opadające kłębki kurzu, zamiast podziwiać dwóch facetów siedzących za stołem (tym bardziej, że ich losów zdołałem domyślić się już jakieś pięć minut wcześniej). Rozumiem wizję artystyczną Sergio Leone oraz to, że komuś może się to bardzo podobać, ale ja po jakimś czasie miałem dość. Dobry, zły i brzydki , to w moim subiektywnym odczuciu najgorsza część trylogii, zawierająca przy tym dwie najlepsze sceny z całej trójki - ot, taki paradoks.

Z tych trzech seansów udało mi się wyciągnąć prosty wniosek - dla fanów westernu, a nawet dla łowców motywów obecnych we współczesnym kinie, Trylogia Dolarowa wciąż stanowi niezwykle łakomy kąsek. Choć są to filmy nieco wolniejsze i dostojniejsze, niż dzisiejsze kino akcji, potrafią wynagrodzić cierpliwego widza świetną muzyką, pięknymi widokami i stosunkowo nieprzewidywalną fabułą. Prawdopodobnie podobne doświadczenie będzie szokiem dla ludzi wychowanych na Transformersach, Gwiezdnych Wojnach, czy innego rodzaju Niezniszczalnych, ale jeśli nie brakuje Wam fascynacji szerzej pojętym kinem, będziecie zadowoleni.

Moje oceny:

Za garść dolarów: 8/10
Za kilka dolarów więcej: 8,5/10
Dobry, zły i brzydki: 7/10

sobota, 25 lutego 2017

Rafał Socha - "Abubaka"

Być może będzie to dość odważne stwierdzenie, ale zaczynam wyrastać na specjalistę od twórczości Rafała Sochy. Zarówno Jak Zostałem Bażantem oraz Kredyt na Żula okazały się niezwykle sympatycznymi pozycjami, pełnymi oryginalnych historyjek oraz charakterystycznego dla tego autora, prześmiewczego humoru. Były też jednak pełne pomniejszych wad, które raz przeszkadzały bardziej (wydumane nazwy miejscowości w Jak Zostałem Bażantem), a raz mniej (powtarzalność początkowo zabawnych motywów, która z czasem zaczynała drażnić w Kredycie na Żula). Dlatego też, gdy dowiedziałem się, że debiutancka powieść Sochy będzie thrillerem metafizycznym, byłem bardzo sceptyczny.

Ta charakterystyczna niepewność wynikała głównie z faktu, iż wciąż traktuję Sochę, jako autora nieoszlifowanego, człowieka z głową pełną pomysłów, ale mającego problem z ułatwieniem przeciętnemu czytelnikowi zanurzenia się w kreowanych przez niego rzeczywistościach. A w jakiej historii byłoby to zadanie trudniejsze, niż w opowieści o równoległych, dualistycznych, ale w pewien sposób połączonych i przenikających się światach? Prawdopodobnie w żadnej.

Abstrahując już od tego, że historia Michała Kownackiego, którego życie zmienia się pod wpływem jednego, drobnego zdawałoby się szczegółu, ma dość duży potencjał, muszę podkreślić, że metafizyka nie jest czymś, co potrafiłbym odpowiednio docenić. Co jednak miałem na myśli stwierdzając, że autor nie ułatwia czytelnikowi zanurzenia się w tym świcie? Otóż na przykład nieustanne, monotonne, irytujące jak jasna cholera podróże po Częstochowie. Opisy ulic, charakterystycznych elementów krajobrazowych, czy środków transportu, są oczywiście nieodłącznym elementem każdej powieści, ale bez przesady. Marzę o tym, by Socha z większą konsekwencją stosował zasadę Brzytwy Ockhama - być może wpłynęłoby to znacznie na długość książki, ale jej odbiór byłby o wiele lepszy. Skąd to wiem? Otóż stąd, że gdy akcja pod koniec przyśpiesza, a czytelnika zalewa wręcz fala rozgrywających się po sobie wydarzeń, zwyczajnie nie ma się do czego przypierdolić. Styl, dialogi, opis konfliktu zbrojnego w wersji mini (nie pytajcie :D) - wszystko stoi na przyzwoitym poziomie. Aż się chce zapytać: czemu tak późno?

Poza tym z przykrością zauważam, iż jest tu zdecydowanie mniej humoru, za który tak mocno doceniłem dotychczasową twórczość autora. Scena z krótką wizytą głównego bohatera w urzędzie pracy nie rekompensuje tego, iż absurd w Abubace jest jakiś mniej zabawny - ba, chciałoby się nawet powiedzieć, że mimo konwencji książki, wydaje się nieco mniej... absurdalny. Być może jest to efektem sztucznego rozciągnięcia tej powieści, która mimo swoich momentów, spokojnie mogłaby stanowić kolejne, bardzo ciekawe zresztą, opowiadanie w dorobku Rafała Sochy.

Konsekwentnie będę zatem twierdził, że Abubaka powinna stać się właśnie kilkudziesięciostronicowym opowiadaniem, a nie pełnoprawną powieścią. Liczne nawiązania do historyjek z Kredytu na Żula oraz niby-pamiętnika w Jak Zostałem Bażantem, dobitnie wskazują, iż jest to próba wpasowania się w tę konwencję, przy jednoczesnym dążeniu do „upoważnienia” przedstawionego świata. I to nie jest wcale tak dobry pomysł, jak mogło się wydawać, bowiem w moim mniemaniu Socha jest świetnym człowiekiem od poprawiania humoru - nie zaś od refleksyjności. Być może bardziej doceniłbym, gdyby autor zaczął od prostszej konwencji. Jego styl i zdolność do prowadzenia dobrej akcji, którą widać pod koniec Abubaki, wskazują, że facet ma potencjał na porządnego autora powieści przygodowych, chętnie sprawdziłbym jakąś powieść historyczną, czy zwykłego „sensacyjniaka”, który wyszedłby spod jego pióra. Metafizyka to chyba jednak wciąż za głęboka woda - zarówno dla Sochy jako autora, jak i dla mnie jako czytelnika.


Moja ocena to: 5/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałem od wydawnictwa Oficynka

czwartek, 23 lutego 2017

Hacksaw Ridge; Przełęcz Ocalonych (2016)

Jeszcze kilka tygodni temu, doszedłem do przykrego wniosku, iż za cholerę nie znam się na kinie. Właściwie nie znam się na niczym, o czym zdarza mi się czasem pisać, ale w kwestii filmowej jestem szczególnym laikiem. Nie ogarniam technik reżyserki, sposobów tworzenia dobrych, spójnych scenariuszy, czy innych metod działania specyficznych dla tej konkretnej branży. Dziś jednak nie byłem w stanie się powstrzymać. A to dlatego, że wiem na pewno, co mi się podoba i że od pięciu lat nic nie podobało mi się tak bardzo jak Hacksaw Ridge.  

Oparta na faktach opowieść o losach Desmonda Dossa (Andrew Garfield), pierwszego żołnierza Armii Stanów Zjednoczonych odmawiającego użycia broni palnej i mimo to odznaczonego Medalem Honoru, to historia, która rzuciła mnie na glebę, skopała, rozbiła emocjonalnie i sprawiła, że poczułem się jak naiwny gówniarz. Mówiąc krótko: byłem nią zachwycony.

Desmonda Dossa poznajemy jako rozwrzeszczanego dzieciaka wychowującego się przy boku ojca-alkoholika, weterana Wielkiej Wojny oraz w otoczeniu silnie wierzącej matki, stanowiącej ostoję dla naszego bohatera. Krótkie historie z dzieciństwa i młodości, definiują osobowość Dossa i sprawiają, że widzowi o wiele łatwiej zrozumieć jego motywację i cele. Przyszły sanitariusz US Army zarysowuje się więc jako człowiek z krwi i kości, facet którego wzmocniły trudne doświadczenia i przeszkody jakie spotykał na swojej drodze. Co istotne przedstawienie to jest na tyle krótkie i interesujące, że nie wprowadza do historii dodatkowej dawki melodramatyzmu. Być może to zasługa samego bohatera prezentującego w swym życiu iście stoicką postawę, a być może świetnie napisanego, wyważonego scenariusza powstałego na potrzeby tej ekranizacji.

Następnie przechodzimy do bardzo zgrabnie, choć niemal równie prosto przedstawionego wątku miłości. Wybranka serca Dossa jest piękna, same zaloty wypadają zabawnie i sympatycznie, a romantyzm budowany jest raczej wokół postaci klasycznej damy i dżentelmena, niż namiętnych kochanków. Brak scen seksu, czy innych przejawów namiętności fizycznej jest tu bardzo mocno uzasadniony i niesamowicie cieszy, iż zrezygnowano z tak popularnych ostatnio scen, na rzecz utrzymania spójności postaci - a przyznać trzeba, że przy tak pięknej aktorce (Teresa Palmer) pokusa musiała być ogromna. Na szczęście jej główną rolą okazało się wspieranie swego wybranka serca, co być może nie będzie się podobało szerokiemu gronu feministek, ale przynajmniej stoi w zgodzie ze znanymi mi faktami historycznymi.

Okres w którym nasz bohater przechodzi trening wojskowy, to jeden z najlepszych fragmentów tego typu, jakie zdarzyło mi się widzieć w kinie wojennym. Doskonałe wprowadzenie szczególnie charakterystycznych, przyszłych kompanów Desmonda, wypada idealnie. Jest tu tyleż samo humoru, co dramatyzmu i negatywnych emocji (szczególnie gdy na jaw wychodzi niechęć Dossa do noszenia broni). Widać, że twardzi faceci z baraków, w rzeczywistości nie tylko są ludźmi z krwi i kości, ale także cholernie obawiają się tego, co czeka ich w przyszłości. Po serii burzliwych perypetii Desmonda i jego przyszłych braci broni, przenosimy się na Okinawę.

I tu dochodzimy do kluczowej części filmu. Walka o Hacksaw Ridge jest pełna emocji i niespotykanej (nawet jak na kino wojenne) brutalności. Hektolitry krwi, urwane kończyny, szczury pożerające ludzkie zwłoki - tak prezentuje się tło walk o Okinawę. I trzeba podkreślić, że mimo ogromu brutalności i efektów specjalnych, udało się sprawić, iż jest to tylko tło. Że wciąż bardziej interesują nas losy poszczególnych bohaterów, niż zobaczenie kolejnej krwawej sceny. Nie ulega jednak wątpliwości, iż Mel Gibson wyreżyserował jedną z najlepszych scen batalistycznych w historii kina, do której zamierzam jeszcze nieraz powrócić.

Wreszcie przechodzimy do zakończenia. Mój największy zarzut, to niesamowita dawka patosu wylewająca się z ekranu w tym fragmencie, która niespecjalnie współgra z całością tego dzieła. Liczne nawiązania do Boga, patriotyzmu, przesadzone gesty i nienaturalność, nijak się mają do wszystkiego, co można było zobaczyć przed kilkoma minutami. Na szczęście zdecydowano się zakończyć na archiwalnych filmikach z fragmentami wypowiedzi samego Desmonda, jego dowódcy kapitana Glovera, czy też jego brata - Harolda Dossa. I okazało się to bardzo fortunnym zabiegiem, ponieważ można było wówczas dostrzec, jak doskonale wybrano obsadę do Hacksaw Ridge oraz po raz ostatni wspomnieć tych, którym nie udało się przetrwać tej wojny.

Podsumowując - jestem zachwycony tą produkcją. Na kilometr widać, że maczał w niej paluchy ten sam facet, który pisał scenariusz do świetnego Pacyfiku. I znów pokazał klasę. Podobnie zresztą jak wielu aktorów, o których coraz częściej się zapomina - Hugo Weaving, Vince Vaughn, czy Sam Worthington świetnie uzupełnili popisową rolę młodego Andrew Garfielda i mam nadzieje, że dzięki Przełęczy Ocalonych  jeszcze nieraz zobaczę ich na wielkim ekranie. Szczerze polecam każdemu.

Moja ocena to: 9,5/10


Ps. Wiem, że jestem miękką parówą, więc od razu przyznam, że łezka w oku zakręciła mi się jakieś trzy razy. Pomijając moją ogromną słabość do kina tego typu, przyczyną może być także to, że to najzwyczajniej w świecie dobra produkcja...

wtorek, 14 lutego 2017

Marcin Ogdowski - "Z Afganistanu.pl. Alfabet Polskiej Misji"

Marcin Ogdowski nie jest laikiem w kwestii wojny w Afganistanie. Kilkukrotne wyjazdy oraz przebywanie wśród „misjonarzy”, pozwoliły mu przedstawić perspektywę konfliktu w sposób diametralnie różny od tej kreowanej za pośrednictwem oficjalnych, rządowych informacji. I to jest chyba największa siła tej książki - Alfabet Polskiej Misji pozwala rzucić okiem na codzienne, zwykłe życie żołnierza polskiego w afgańskich bazach i poza nimi.

Wydaje mi się, że to całkiem niezła książka, pozwalająca „wsiąknąć” w ten brudny klimat wojenny (bzdury o stabilizacji chyba już każdy włożył między bajki). Umożliwiająca poznanie namiastki języka, jakim posługują się wojskowi, dająca szansę dowiedzieć się jakie uzbrojenie jest przez nich szczególnie cenione, czy choćby poczytać jak spędzają oni swój wolny czas. Reporterska praca Ogdowskiego polega na bardzo wyważonym przedstawianiu życia codziennego w Afganistanie, wymieszanego z emocjonującymi i pełnymi napięcia, patosu, czy po prostu tragedii opisami sytuacjami znanymi z bardzo klasycznych reportaży wojennych. Dodatkowo książeczka opatrzona jest licznymi, często bardzo dobrymi i poszerzającymi horyzont czytelnika, zdjęciami wykonanymi przez autora książki.

Problem leży jednak w długości całej historii. Choć mam świadomość, że powinna liczyć się jakość, a nie ilość, jestem szalenie zawiedziony rozmiarem tej lektury. Około 240 stron, wśród których znaczną część stanowią zdjęcia, to ogromny zawód dla każdego, podobnego mi czytelnika. Ta książka jest o tyle ciekawa, że w żadnym miejscu nie można nazwać jej złą, ba, niektóre fragmenty głęboko zapadają w pamięć. Gdy odłożysz ją jednak na półkę masz wrażenie, że nie jest to pełny obraz konfliktu w Afganistanie. Że niemal każde hasło afgańskiego alfabetu było nie tylko strasznie kompaktowe, ale i nie do końca przeanalizowane, tylko częściowo rozwinięte. Gdy sięgam po podobne lektury, zwykle odnoszę wrażenie, że są to pozycje dla tych, którzy właściwie niespecjalnie lubią czytać. Prosty, żołnierski język, maksymalnie skondensowane informacje, mnóstwo zdjęć i voila - reportaż wojenny gotowy.

I teraz wobec tej wady, która w moim mniemaniu znacznie obniża noty książki Ogdowskiego, nie sposób odmówić jej ważności, poruszania istotnych tematów i trafnego analizowania sytuacji w jakiej znaleźli się żołnierze (zarówno pod względem społecznym, politycznym, czy ekonomicznym). Szkoda że wszystko było takie...uproszczone. Mam świadomość, że wielu czytelników uzna wymienione przeze mnie wady, za cechy nobilitujące reportaże wojenne, ale ja nie jestem jednym z nich i po tej lekturze nie jestem w stanie pozbyć się uczucia lekkiego rozczarowania.


Moja ocena to: 6/10 

wtorek, 7 lutego 2017

Nigel Warburton - "Krótka historia filozofii"

Nie jestem najszybszą, czytelniczą maszyną w tym kraju. Dlatego też korzystam z każdej okazji, by napisać parę słów o tym, co zdarzyło mi się przekartkować. Dziś będzie więc o książce, która prawdopodobnie nie zainteresuje zbyt wielu z Was. Sam pewnie również nie rzuciłbym na nią okiem, ale ze względów czysto utylitarnych zostałem zmuszony do jej zakupu i jak najszybszej lektury. I cóż - mam bardzo mieszane uczucia.

Z jednej strony „Krótka historia filozofii” oferuje dokładnie to, co zapowiada. To bardzo ogólny opis koncepcji filozoficznych, które rozwijały się na przestrzeni lat. Założenia teoretyczne sformułowane przez wielkich myślicieli - od Sokratesa do Petera Singera - zostały tutaj mocno skondensowane, odpowiednio okrojone oraz opatrzone licznymi przykładami, umożliwiającymi łatwiejsze zrozumienie omawianych treści. Z poruszania problemów bardziej skomplikowanych, często rezygnowano zupełnie.

Z czystym sumieniem mogę więc stwierdzić, że jest to bardzo dobra pozycja dla laików w temacie filozofii. Błyskawiczna podróż przez najistotniejsze rozważania filozoficzne w znanej nam historii, okazuje się stosunkowo łatwa, przyjemna i...zaskakująco łatwa do zapomnienia.

I tu właśnie zaczyna się mój problem. Ze względu na to, że szalenie łatwo się rozpraszam, mam słabą pamięć i biorąc pod uwagę wiele osób z mojego otoczenia, jestem najzwyczajniej w świecie głupi, nie zdołałem przyswoić zbyt wielu informacji, które mogą okazać się dla mnie istotne. Zastanawiam się, czy problem tkwi w nadmiernie uproszczonej strukturze książki, która nie zostawia zbyt wiele miejsca na refleksję, czy raczej (co bardziej prawdopodobne) w moim podejściu do tematu. Błyskawiczna lektura to oczywiście wielka zaleta, ale niekoniecznie dotyczy to zagadnień związanych z filozofią.

Ponadto zabrakło tu bardziej globalnego spojrzenia na filozofię. Niestety nie spotkałem tu żadnych informacji na temat kultury islamu, którymi byłem bardzo zainteresowany, czy też opisów dotyczących filozofii dalekiego wschodu, które na szczęście są dla mnie tymczasowo nieistotne...

Mimo to uważam, że dla ludzi dopiero zapoznających się z tematem, jest to bardzo dobry wstęp do dalszych poszukiwań. W końcu od czegoś trzeba zacząć, a nie wyobrażam sobie mniej skomplikowanego wprowadzenia w niezwykle złożony świat filozofowania.

Moja ocena to: 6,5/10