wtorek, 5 grudnia 2017

Tag książkowy 2017

Już przed kilkoma tygodniami zostałem nominowany do zabawy blogowej przez Kasię z http://www.kacikzksiazka.pl/. Jako że mam ostatnio równie duże trudności z realizowaniem zadań na czas, co z odmawianiem ładnym dziewczynom, odpowiedzi pojawiają się, choć z dużym poślizgiem.




1. Jaka jest najstraszniejsza książka, jaką przeczytałaś/eś?

Najbardziej bałbym się wrócić do lektury Arbuza Marian Keyes. Od razu zaznaczam, że przeczytałem ją w ramach innej zabawy blogowej i dzięki temu zrozumiałem, że czasem użycie słowa „wyzwanie” w Internecie, rzeczywiście ma swoje podstawy. Jeśli chodzi o książkę, która zmroziła mi w pewnym momencie krew, w bardziej klasycznym znaczeniu, niech to będą Cienie w Mroku Michelle Paver, których nie przeczytałbym, gdyby nie polecanki moich ulubionych blogerek. Bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie także Cena Waldemara Łysiaka, ale trudno w tym przypadku mówić o strachu znanym z horrorów - książka traktowała raczej o trudnych wyborach moralnych, ale jeśli bierzemy pod uwagę bardzo przyziemny i życiowy strach, to postawiłbym właśnie na nią.

2. Jaka książka była dla Ciebie największym zaskoczeniem (niezależnie od powodu owego zaskoczenia)?

Największym negatywnym zaskoczeniem, był dla mnie Bastion Stephena Kinga. Książka w pewnych kręgach kultowa, szalenie mnie wynudziła, podczas gdy inne powieści autora łykałem jak młody pelikan. Zaskoczeniem pozytywnym okazała się za to Pandora Mike’a Carey’ego, bardzo przyjemna interpretacja klasycznej opowieści o zombie, podsunięta mi przez wspomnianą już Kasię. 

3. Z którym bohaterem najchętniej wybrałabyś/wybrałbyś się na kawę/piwo/pogaduchy?

Z Pickwickiem. To nie tylko gwarancja ciekawej, egzystencjalnej rozmowy, ale także pysznych posiłków, i dobrej zabawy. Problem w tym, że trzeba się liczyć z niebezpieczeństwem wplątania się w jakąś szaloną przygodę, ale cóż, żyje się tylko raz ;)

4. A z jakim autorem zrobiłabyś/zrobiłbyś to samo?

Cóż, spotkanie z idolami często jest rozczarowujące, więc chętnie spotkałbym się z mniej znanym w naszym kraju autorem książek o tematyce piłkarskiej, Simonem Kuperem. Nawet jeśli nie ujęłaby mnie jego osobowość, mam pewność, że moglibyśmy do rana gawędzić o odległościach przebieganych w lidze angielskiej, wpływie ekonomii na siłę reprezentacji, czy rzutów rożnych na pogodę w Ugandzie. W tej branży tematów nigdy nie brakuje.

5. Jaka jest Twoja ulubiona ekranizacja?

Największe wrażenie zrobiła na mnie Zielona Mila. Najwięcej zabawy dostarczył mi Władca Pierścieni. Co ciekawe nie czytałem żadnych opowiadań i książek związanych z tymi produkcjami, ale podczas seansów płakałem i bawiłem się świetnie.

6. Czy masz ulubione miejsce do czytania?

Łóżko. Najlepiej moje. Strasznie rozprasza mnie bowiem ciągłe zagadywanie podczas lektury: „kim jesteś?” „jak tu wszedłeś?!” „dzwonię na policję” „dlaczego jesteś nagi zboczeńcu?” - ostatnio wolę unikać...

7. Czy jest książka, którą "wszyscy chwalą", a Ciebie jednak nie przekonała?

O Bastionie już pisałem, więc muszę być bardziej kreatywny i wzbudzić trochę oburzenia. Niech więc będzie Mały Książę - być może nie jest to zła książka, ale mi zawsze brakowało do niej wrażliwości. 

8. O jakiej książce powinno być głośno? Jaka została przemilczana/zapomniana?

Wydaje mi się, że Ostatni rejs "Fevre Dream" George’a R.R. Martina jest książką lekko zapomnianą, a na mnie zrobiła ona bardzo dobre wrażenie. Być może również horror Na progu Patricka Senecala nie zdobył takiej popularności, na jaką zasługiwał - problem w tym, że te kwestie reguluje rynek i mnie, szaremu czytelnikowi o spaczonym guście, ciężko jednoznacznie stwierdzić, na ile zasadny jest brak sukcesu poszczególnych powieści. 

9. Jeśli nie książki, to co? Jak jeszcze spędzasz wolny czas?

Bardzo standardowo - oglądam wypadki grubych ludzi na jutubie, kłócę się z mądrzejszymi od siebie w komentarzach (niech żyje Internet!), żongluję stopami, wożę się po mieście, robię beng, stukam kieliszki z moim hypemanem itd.

10. Wymień kilka blogów, które warto odwiedzić.







wtorek, 28 listopada 2017

The Punisher s01 (2017)

Drugi sezon Daredevila udowodnił, że przyznanie Frankowi Castle własnego serialu wcale nie należy do najgłupszych pomysłów. Zdecydowanie najmroczniejszy, szalenie brutalny i zaskakująco skomplikowany Punisher wydawał się postacią skrojoną idealnie pod długą, angażującą historię. Netflix wyszedł więc widzom naprzeciw i swym dobrym zwyczajem wypuścił całą serię w połowie listopada, obiecując jeszcze więcej krwi, skomplikowaną opowieść i przede wszystkim jeszcze mroczniejszego Jona Bernthala.

Nie ukrywam, że Punishera uważam za jednego ze swoich ulubionych bohaterów komiksowych wszechczasów. Idea zniszczonego psychicznie żołnierza, którego jedynym celem w życiu stało się wymierzanie kary, przemawiała do mnie od zawsze. Być może ze względu na to, że Castle wciąż jest tylko człowiekiem, który postanawia wziąć sprawy w swoje ręce, być może dlatego, że pod względem moralnym jest to najbardziej niejednoznaczna postać uniwersum, a być może ze względu na świetną stylówkę z kultową czaszką na czele. Punisher od zawsze skierowany był też do dojrzalszej grupy miłośników Marvela. W serialu zdecydowano się uderzyć w jeszcze bardziej ograniczoną część widowni - ludzi nie tylko zdolnych dostrzec tragedię bohatera, ale także zaobserwować problem weteranów wojennych jako grupy społecznej. W serialu rozrywkowym. Opartym na komiksie. Ważny problem społeczny...Czy tylko mi coś tutaj nie pasuje? Nie przeczę jednak, że da się to zrobić dobrze - bolączką nowego Punishera jest jednak brak jakichkolwiek wniosków, które mogłyby być wyciągnięte z całej historii. Ot istnieje problem i trzeba sobie z nim jakoś poradzić. „Jakoś”, bo w gruncie rzeczy brak tu jakichkolwiek rozsądnych pomysłów.
Kiedy zamawiasz pizzę
Największą problemem tej historii nie są jednak niepotrzebnie wygórowane ambicje. W oczy i tak rzuca się głównie brak wciągającej fabuły. Trzynaście niemal godzinnych odcinków z łatwością dałoby się ująć w scenariusz dwugodzinnego filmu. Niestety fakt ten można zaobserwować bardzo szybko. Powrót Franka do jego tradycyjnej działalności wymierzonej w świat przestępczy zajmuje cały odcinek. Cały odcinek nudnych retrospekcji i prób radzenia sobie z cierpieniem. Oczywiście nie sposób zaprzeczyć, że jest to integralna część historii Franka Castle, ale powtarzalność tych scen zwyczajnie usypia. Przez zbyt dużą liczbę scen, w których główny bohater przypomina sobie dawne, szczęśliwsze życie rodzinne, z czasem przestają one wzbudzać jakiekolwiek emocje. Filmy pełnometrażowe zwykle zamykały tę część życia Franka po kilku pierwszych minutach i jestem w stanie zrozumieć sens stojący za takim podejściem. I tak będzie już w każdym odcinku. Co z tego, że budowanie relacji na linii Frank Castle - Micro jest interesujące, skoro tak często wykorzystuje się przy tym uprzednio zastosowane rozwiązania fabularne, że każdy ich dialog zlewa się w jedno. Dokładnie tak samo wyglądają stosunki Punishera z jego oponentami, z agentami służb specjalnych, czy z powracającą bohaterką Daredevila - Karen Page. Jeżeli z całej historii wyciągniemy pojedyncze dialogi i sceny, trudno im cokolwiek zarzucić. Jeśli rozpatrujemy je przez pryzmat całości, często wydają się niepotrzebne i  wprowadzone wyłącznie w celu wydłużenia odcinka do „regulaminowej” długości.
Kiedy czekasz na dostawcę pizzy
Mało tu także Punishera w Punisherze. Przez większość czasu Frank Castle przybiera bowiem rolę filozofa egzystencjalnego, który mimo swej tragicznej przyszłości, zaczyna mieć nadzieję na normalne życie. Dopiero w trzech odcinkach kończących serię mamy tego Punishera, którego dane nam było poznać w komiksach - faceta, który wie, że jego los jest już przesądzony, a jedynym pytaniem jest to, jak wielu sukinsynów uda mu się zabrać ze sobą. I to jest mój Punisher, bohater którego miałem nadzieje oglądać w tym serialu przez cały czas. W tego typu produkcji nie potrzebuję rozwodzenia się nad uczuciowością i problemem straty - wymagam wyłącznie postaci twardego zabójcy, który dzieli ludzi na tych którzy zasługują na pomoc i tych, którzy nie zasługują nawet na życie. Nie ukrywam więc, że zakończenie serii wydało mi się nie mieć odpowiedniego wyrazu, mieć zbyt cukierkowy wydźwięk.
Kiedy próbujesz wycisnąć resztę ketchupu
Mimo iż Punishera rozwodniono tu do granic możliwości, nie jest to tak zły serial jak mogłyby sugerować moje wywody. Przede wszystkim ratują go trzy ostatnie, świetne odcinki. Dopiero w trakcie ich trwania poziom brutalności sięga wyżyn, a widz dostaje Punishera dla którego poświęcił kilka mało interesujących godzin. Ponadto większość aktorów daje sobie świetnie radę. O Bernthalu nie ma co w ogóle wspominać, bo to klasa sama w sobie (swoją drogą jego głos idealnie pasuje do Castle’a). Zaimponowała mi jednak również kreacja Micro, który różni się od swojego komiksowego odpowiednika, ale bardzo dobrze wywiązuje się ze swojej roli, jako kluczowej części szorstkiego bromancu z Punisherem. Prawdopodobnie antagoniści w postaci agenta Rawlinsa i telewizyjnej wersji Jigsawa, także znaleźliby się wysoko na mojej liście netflixowych łotrów. Nie za bardzo rozumiem rolę agentki Madani oraz Karen Page w całej opowieści (oprócz tego, że każdy serial potrzebuje teraz silnej kobiety), gdyż obie panie nie wyróżniły się niczym szczególnym (pod względem aktorskim, bo fabularnie miały kilka ważnych momentów). W dodatku stanowiły wytłumaczenie dla wprowadzenia o tyle licznych, co nudnych scen w biurowcach, które pogłębiały niechęć do obu, skądinąd pięknych pań.

Choć dość mocno dziś sobie ponarzekałem, uważam że miłośnicy postaci Punishera powinni zobaczyć ten serial. Ba, także miłośnicy kina wojennego znajdą tu kilka fajnych smaczków skrzętnie poukrywanych przez twórców. Żałuję jednak, że moje oczekiwania wobec tej produkcji nie zostały spełnione nawet w pięćdziesięciu procentach. Na naprawdę okrutnego mściciela (i być może mniej skomplikowanego pod względem uczuciowym) przyjdzie nam chyba jeszcze troszkę poczekać...


Moja ocena to: 5/10

czwartek, 9 listopada 2017

Manel Loureiro - "Ostatni Pasażer"

Podróż drogą morską od zawsze należała do wielkich, niebezpiecznych przygód. Odkrywanie nowych lądów, piractwo morskie, czy wojny o kontrolę nad szlakami handlowymi zawsze dominowały, lub choćby stanowiły tło dla rozmowy o tym budzącym szczególne emocje środku transportu. Nic dziwnego że ludzki strach przed wyruszeniem w długą, nużącą i ryzykowną podróż znalazł przełożenie na opowiadane w domowym zaciszu historie o tajemniczych zniknięciach załóg, szczególnie pechowych obszarach geograficznych, czy wreszcie dryfujących bez załogi, przeklętych statkach widmo.

Ten ostatni pomysł postanowił odświeżyć hiszpański autor, Manel Loureiro, prawnik który wybił się swego czasu całkiem interesującym cyklem powieści o żywych trupach - Apokalipsą Z. Ostatni Pasażer przedstawia nam losy nowej bohaterki, odważnej dziennikarki Kate Kilroy, która postanawia dokończyć reportaż, nad którym pracował jej zmarły przed niespełna dwoma tygodniami mąż. W trakcie wsadzania nosa w nieswoje sprawy, Kate trafia na statek Valkiria, odrestaurowany, tajemniczy węglowiec z lat trzydziestych, który za czasów swojej świetności należał do nazistowskiej organizacji KdF. Problem w tym, że statek, który w założeniu miał przewozić podopiecznych pewnego wąsatego zbrodniarza wojennego, odnaleziono pusty, dryfujący swobodnie na środku oceanu. Na pokładzie Valkirii znaleziono tylko kilka wciąż ciepłych posiłków i osamotnione żydowskie dziecko. Rozwiązaniem tej zagadki po niemal osiemdziesięciu latach ma się zająć ekipa naukowców wynajętych przez tajemniczego, szalenie bogatego biznesmena oraz nasza ruda dziennikarka. Brzmi ciekawie?

Niestety tak nie jest. O ile jeszcze kilkadziesiąt pierwszych stron jest w stanie przyciągnąć czytelnika i stworzyć wrażenie, że mamy do czynienia z całkiem solidnie skonstruowaną, choć strasznie schematyczną historią, od około setnej strony potok szamba zaczyna wylewać się strumieniami. Trudno mi nawet stwierdzić, co jest największą wadą - miałkie i kompletnie nieinteresujące postaci niewzbudzające nawet szczątkowych uczuć (w czym przoduje nasza główna bohaterka i jeden z amerykańskich naukowców, który był tak nudny, że jego imienia nie chciało mi się nawet przyswajać do wiadomości), fabuła stwarzająca wrażenie solidnej do momentu, gdy w kotle zaczyna gotować się za dużo motywów (co z kolei prowadzi do najnudniejszego chaosu z jakim miałem kiedykolwiek do czynienia), czy wreszcie styl autora, który choć łatwo przyswajalny jest tak banalnie prosty, że nieraz spoglądałem na okładkę żeby sprawdzić, czy nie czytam czasem Mastertona (wybaczcie, ale do tej pory nie uwierzyłem w niebywały talent tego pana). 

Nie mogę uwierzyć, że tak wiele osób uznało tę książkę za dobrą, czy choćby przyzwoitą. Demon Valkirii nie był w żadnym momencie straszny, a wzór jego aktywności można śmiało odnaleźć w pierwszym lepszym horrorze klasy B - bez straty kilkunastu godzin na niepotrzebną i mało przyjemną lekturę. Ba, na głupim filmie będziecie mieli przynajmniej okazję, żeby się pośmiać - przy Ostatnim Pasażerze skupicie się raczej na liczeniu kartek, które zostały Wam do końca lektury.  Zapomniałbym jeszcze o dość licznych scenach erotycznych, ale szczerze mówiąc bardzo chciałbym sobie o nich nie przypominać. Napięcie podczas łóżkowych ekscesów można porównać do tego odczuwanego podczas mycia okien, zaglądania do lodówki tylko po to, żeby ją za chwilę zamknąć, albo poprawiania długopisem kratek w zeszycie - niby cały czas coś się dzieje, ale masz doskonałą świadomość, że głównie tracisz czas...

Choć uważam tę książkę za boleśnie słabą i rozczarowującą, nie przyznaję jej minimalnej oceny z kilku powodów. Przede wszystkim to bardzo specyficzna lektura rozrywkowa, która w swojej klasie ma przedstawicieli prezentujących jeszcze niższy poziom (MASTERTON). Po drugie pierwsze sto/sto pięćdziesiąt stron nie zapowiadało wcale jakiejś porażająco głupiej opowieści, którą w konsekwencji dostaliśmy - dzięki czemu zresztą tę „przygodę” było znacznie łatwiej przetrwać. Po trzecie udało się stworzyć jedną (JEDNĄ!) nieco interesującą postać dziewczyny, której charakter zdefiniowały tragiczne wydarzenia z czasów wojny bośniacko-serbskiej. Obecność seksownej najemniczki Senki, szczególnie zainteresowanej pięknymi paniami, ratowała w pewnym (niewielkim) stopniu ocenę całego zestawu bohaterów. Tylko ona wydawała się mieć jakikolwiek charakter, w znacznej większości determinowany ciekawą, choć tragiczną przeszłością. Reszta jest niegodna uwagi.


Moja ocena to: 2,5/10

sobota, 28 października 2017

Stranger Things s02 (2017)

Oczekiwanie na kolejny sezon Stranger Things można uznać za rozpoczęte. Po dziewięciu odcinkach fantastycznego serialu emitowanego za pośrednictwem platformy Netflix, głód przygody jest równie żywy jak przed rokiem.

Przypomnijmy iż Stranger Things, ubiegłoroczny hit serialowy, opowiadał o losach kilku rodzin żyjących w latach osiemdziesiątych. Spotykaliśmy tu zarówno z grupkę inteligentnych, bardzo odważnych chłopców, posiadającą tajemnicze moce dziewczynkę noszącą imię Eleven oraz różnie ze sobą powiązanych bohaterów reprezentujących dorastające i dorosłe pokolenie. W centrum całej historii znajdowało się zaś tajemnicze zaginięcie Willa Byersa, młodzieńca należącego do wspomnianej, bardzo charyzmatycznej paczki podrostków.

W drugim sezonie powracają wszyscy istotni bohaterowie. Mało tego - do obsady dołączają nowe, równie interesujące postaci. Rudowłosa Max wprowadzająca nieco dynamizmu w relacje pomiędzy dorastającymi chłopcami, czy jej przyrodni brat, szalenie agresywny i nieprzewidywalny Billy, mający pełnić rolę nowego, ludzkiego antagonisty. Pojawia się także tajemnicza siostra Eleven obdarzona zdolnościami paranormalnymi, czy wreszcie dziennikarz śledczy Murray, który choć początkowo wydaje się być świrem wierzącym ślepo w teorie spiskowe, szybko okazuje się kimś znacznie inteligentniejszym, niż można zakładać.
Chuju gona kol? Gostbasters!
Co zaś kryje się w warstwie fabularnej. Możecie spodziewać się więcej...wszystkiego. Skomplikowane relacje pomiędzy wprowadzonymi w pierwszej części bohaterami nieustannie ewoluują, mroczny świat staje się jeszcze niebezpieczniejszy, sceny są jeszcze ładniej zrealizowane, a dialogi jeszcze zabawniejsze. Nie możecie spodziewać się jednak rewolucji - Stranger Things to nadal ładna, choć nieco mroczna bajka, w której relacje społeczne i problemy poszczególnych grup wiekowych, stają się równie angażujące, co walka z mrocznymi potworami, a najważniejsze jest zapewnienie dobrej rozrywki widzowi.

Najistotniejsze jest jednak to, że drugi sezon nadal daje mnóstwo frajdy. Twórcy zadbali o to, byś przez chwilę czuł się jak jedna z postaci w książce Stephena Kinga, żebyś swobodnie wpłynął na znajome wody kina familijnego z lat osiemdziesiątych, nawiązali do klasyków kina stworzonych przez Stephena Spielberga, Richarda Donnera, czy Johna Carpentera. Jeżeli jesteście fanami szukania tego typu nawiązań, to drugi sezon Stranger Things będzie dla Was prawdziwą kopalnią tego typu smaczków.
Upside Down wciąż potrafi zaimponować.
Cóż jeszcze można dodać - jeżeli podobała Wam się pierwsza odsłona tej serii, będziecie zachwyceni. Jeśli jednak już podczas ubiegłorocznego seansu kręciliście nosami na pewne nie do końca przemyślane elementy, czy sam klimat historii, nie sądzę byście mogli odnaleźć się przy okazji seansu „dwójki”. Być może część widzów znudzi także brak oryginalności opowiadanej historii - w gruncie rzeczy dostajemy bowiem więcej tego samego - być może z drobnymi kosmetycznymi poprawkami i większą ilością efektów specjalnych. Osobiście jestem jednak oczarowany.

Moja ocena to: 8/10


Warto zwrócić uwagę także na serię wywiadów zatytułowaną Beyond Strenger Things. Stanowi ona ciekawe, zakulisowe spojrzenie na pracę z tak młodymi ludźmi oraz wyjaśnia liczne wątki zawarte w przedstawionej historii. Możliwość poznania interpretacji pewnych wydarzeń z ust samych scenarzystów, pozwala zrozumieć proces twórczy i zaznajomić się z motywacjami stojącymi za poszczególnymi rozwiązaniami technicznymi i fabularnymi. Ponadto wywiady te stanowią miłą niespodziankę pozwalającą w mniej bolesny sposób rozstać się na jakiś czas z tym niesamowitym serialem. 

środa, 25 października 2017

Mindhunter (s01) 2017

Pamiętacie jeszcze moment, w którym Jodie Foster wyruszyła na przesłuchanie krwiożerczego Anthony’ego Hopkinsa w Milczeniu Owiec? Dla wielu widzów ten niespełna dziesięciominutowy fragment filmu stanowił kluczowy moment - nie tylko dla thrillerów jako gatunku filmowego, ale dla całego współczesnego kina. Wówczas mieliśmy również okazję obejrzeć najbardziej klasyczną współpracę na linii detektyw-morderca, jaką w tym momencie mogę sobie wyobrazić. Mindhunter, serial wyemitowany przez Netflix w 2017 roku udowadnia, że podobny sposób postępowania nie jest wyłącznie kolejnym kinowym mitem,  ale bardzo realną metodą pracy śledczej.

Mindhunter stanowi luźną adaptację książki Johna Douglasa i Marka Olshakera noszącej tytuł „Mindhunter. Tajemnice elitarnej jednostki FBI zajmującej się ściganiem seryjnych przestępców”. Głównym wątkiem, który przyjdzie nam śledzić w serialu, jest powstanie i rozwój jednostki FBI prowadzonej przez dwóch funkcjonariuszy - młodego i ambitnego Holdena Forda oraz starszego, ale o wiele bardziej doświadczonego Billa Tencha. Nie spodziewajcie się jednak pełnego różnic i negatywnych emocji duetu, którego relacje z czasem przerodzą się w bromance. Panowie są profesjonalistami w (niemal) każdym calu i od początku łączą ich bardzo poprawne stosunki na gruncie zawodowym. Przedstawienie wszelkich tradycyjnych interakcji odbywa się tu w tak dobry sposób, że nieraz byłem w stanie uwierzyć, że takie sytuacje mogły mieć miejsce w rzeczywistości. Osoby kłócące się nie zawsze są w pełni zdeterminowane do obronienia swoich postaw, dyskusje prowadzone przez bohaterów często okazują się konstruktywne, a reakcje na porażki w życiu zawodowym sprawiają wrażenie proporcjonalnych.
Kiedy wychodzisz z biura w piątkowy wieczór...
Choć wspomniane relacje pomiędzy bohaterami ukazane są w bardzo solidny i realistyczny sposób, nie to jest elementem najistotniejszym w Mindhunterze. Nic bowiem nie jest w stanie przyćmić relacji łączących detektywów z przestępcami. Zagłębienie się w tajniki umysłu największych zbrodniarzy owocuje nie tylko zbieraniem materiału pomagającego w odkryciu istotnych dla policji prawidłowości - głównym celem tego działania jest dostarczenie niesamowitej frajdy widzowi. Rozmowy prowadzone ze zboczeńcami seksualnymi, mordercami kobiet, różnego rodzaju psychopatycznymi dewiantami, przynoszą odpowiedzi na wiele pytań dotyczących osobowości sprawców rzeczywistych przestępstw. I trzeba przyznać, że robią to w bardzo dobry sposób, nawiązując  bezpośrednio do wniosków wysuniętych przez autorów wspomnianej książki. Gdzieś w tle mamy okazję prześledzić działanie funkcjonariuszy Federalnego Biura Śledczego w terenie. Rozwiązywane sprawy, choć istotne z punkty widzenia scenariusza, nie wydają się jednak tak istotne i spektakularne jak rozmowy z już skazanymi przestępcami - zresztą rozłożenie akcentów w tym serialu jest bardzo czytelne i od początku wiemy, co twórcy będą chcieli szczególnie podkreślić.

Wizualnie Mindhunter nie odbiega od swojej doskonałej warstwy fabularnej. Dominujące zimne i szare barwy, przytłumione kolory, doskonałe operowanie światłem, ciekawa praca kamery akcentująca kluczowe momenty oraz podkreślająca wymowę rozgrywającej się przed widzem sceny - cóż, w kwestii technicznej nie ma się do czego przyczepić. Być może nie znajdziemy tu atrakcyjnie wyglądających, mrocznych panoram rodem z True Detective, ale to raczej kwestia wizji reżysera, niż jakiegokolwiek braku umiejętności. Jak bowiem lepiej zaakcentować zaszczucie i niepewność, niż poprzez operowanie bliskimi i ograniczonymi kadrami - ba, w serialu opartym głównie na dialogach, wydaje się to bardzo sensownym rozwiązaniem. Ale i tak nieco żałuję, że nie ma tu miejsca na odrobinę szaleństwa i fantazji.
Bo w życiu chodzi o to, żeby znaleźć kogoś, kto będzie na Ciebie patrzył jak mordercy na Holdena Forda...
Jedyną poważną wadą, jaką jestem w stanie wskazać, jest partnerka życiowa śledczego Holdena. Nie mam pojęcia dlaczego, ale aktorka, która podjęła się tej roli, jest według mnie cholernie irytująca. Niestety jest to też jedyna kobieta, która w tym dziele bierze udział w scenach łóżkowych, więc problem ten boli podwójnie...

Ogólnie jest to jednak wyśmienita przygoda, którą każdy zainteresowany tematem pochłonie z radością. Jedynym gatunkiem ludzi, którym nie polecam obcowania z Mindhunterem, jest niewielka grupka nieradzących sobie z dialogami i żądających nieustannej akcji matołów ignorantów... ludzi sukcesu. Wszyscy inni mają obowiązek być zachwyceni.


Moja ocena to: 8/10

wtorek, 17 października 2017

Krucyfiks, The Crucifixction (2017)

Problem opętania nie jest niczym nowym dla kina grozy. Podobną tematykę poruszały liczne klasyki, które zapisały się w historii horroru złotymi zgłoskami - z Egzorcystą, Obecnością i Amityville na czele. Niestety ten szlachetny motyw zgwałciło o wiele więcej kiepskich produkcji - The Possesion Experiment, The Exorcism of Molly Hartley, czy Grace: Opętanie - to tylko nieliczne przykłady wyłowione z całego worka horrorowych odpadków, których nikt nie powinien znać (i na szczęście niemal nikt nie zna). Czasem pojawia się jednak kolejna produkcja, poprzedzona solidnymi zapowiedziami i ogromnymi nadziejami, której żaden szanujący się widz nie jest w stanie sobie odmówić. Takim dziełem wydawał się „Krucyfiks”.

Już sam plakat, którego zasadniczą częścią jest obietnica, iż po raz kolejny spotkamy się z kunsztem twórców Obecności i Annabelle, przykuł moją uwagę. Liczyłem iż „oparta na faktach” historia nieudanych egzorcyzmów rumuńskiej zakonnicy przez równie rumuńskiego księdza Antona, wprawi mnie w zdumienie, zaskoczy, a przede wszystkim przerazi. Choć dwa pierwsze punkty nie zostały do końca zrealizowane, muszę przyznać, że z kina wyszedłem szczerze przerażony. Pośród wielu pytań, które kłębiły się w mojej głowie, jedno z nich przebijało się bowiem na pierwszy plan - jak można było to tak spierdolić?! Choć od seansu minęła już niemal doba, wciąż nie mogę wyjść z podziwu.
Wypuśćcie mnie z tego filmu!!
Zacznijmy od małego żartu, czyli niesamowicie długiej listy zalet. Oddając cesarzowi co cesarskie (choć przyznajmy szczerze, że jest to co najwyżej władca niewielkiego szamba)należy przyznać, że w Krucyfiksie zdarzają się sceny ładne wizualnie. Zabawa światłem słonecznym, kamienne budynki o niezwykle surowym wystroju, czy też panoramy przedstawiające małe, rumuńskie miasteczko, mogą zrobić wrażenie nawet na widzu tak negatywnie nastawionym do całości obrazu jak ja. Na tym ten majestatyczny spis plusów w zasadzie się jednak kończy.

Co w takim razie nie zagrało? Zacznijmy od prostej i schematycznej fabuły, która w żadnym momencie nie przyprawiła mnie o szybsze bicie serca. Mamy tu do czynienia z bardzo ogranym motywem - silna i odważna dziennikarka dręczona ukrytymi problemami emocjonalnymi, wyrusza w poszukiwanie ciekawej historii o nawiedzonej zakonnicy. Prowadząc śledztwo musi odrzucić swój twardy racjonalizm i w finale opowieści zmierzyć z demoniczną siłą. Konieczność śledzenia niezbyt ciekawych losów głównej bohaterki, uzupełniona jest równie nudnymi fragmentami z życia nieszczęśliwej zakonnicy.
Murowany kandydat do nagrody za najgorszy efekt specjalny w horrorze?
Kolejny problem jest jeszcze istotniejszy - Krucyfiks w żadnym momencie nie przestraszy nikogo, kto w życiu widział więcej niż dwa/trzy dobre horrory. Klasyczne i ograne motywy są nie tylko do bólu przewidywalne, ale często sprawiają także wrażenie fatalnie zrealizowanych. W zasadzie wszystkie próby straszenie opierają się na sygnalizowanych jump scare-ach, a kreatywność w tworzeniu klimatycznych scen innego typu, oparła się o dwa przeciętne momenty, niezbędne do zmontowania trailera.

No i to aktorstwo. O muj borze. Jakim cudem mam wkręcić się w klimat filmu, w którym główna bohaterka nawet nie udaje, że jest przerażona? W zasadzie nie ma tu żadnej postaci, która wyróżniłaby się w pozytywny sposób. I nie wiem nawet jakim sposobem można to przypisywać nieudolności aktorów, gdy tym razem ewidentnie winny jest kiepski scenariusz. Swoją drogą należy docenić rumuńskich mieszkańców prowincjonalnych miasteczek, gdyż każdy z nich, kurwa KAŻDY, perfekcyjnie mówi po angielsku. Czapki z głów.

Nie będę dłużej znęcał się nad tą produkcją. To klasyczny przykład kina nastawionego na wyciągnięcie kasy z idiotów takich jak ja. Papka tworzona bez pasji, zaangażowania, czy choćby chwili zastanowienia. Pełnometrażowa produkcja przypominająca bardziej projekt filmowy nieopierzonych studentów, niż poważne podejście do sprawdzonego i wielokrotnie przerabianego motywu opętania. Choć wypad do kina uważam za całkiem udany i przyznaję, że bawiłem się całkiem dobrze, film nie ułatwił mi tego w żadnym momencie. Szczerze odradzam.


Moja ocena to: 3/10 

czwartek, 12 października 2017

Przemysław Słowiński - "Tygrys Opowieść o Jacku Dempseyu"

Zawodowy boks od wielu lat cieszy się niezmienną popularnością wśród napompowanych testosteronem samców, którzy może sami nie przepadają za dostawaniem w ryj, ale uwielbiają komentować błędy zawodowców pojedynkujących się na ekranach telewizorów. Coraz mniej osób pamięta jednak o okresie szczególnym dla tej pięknej dyscypliny sportowej - okresie dwudziestolecia międzywojennego. Popularyzacja zawodowego boksu dzięki upowszechnieniu się radia, zmiany w przepisach dążące do ucywilizowania barbarzyńskiej młócki, przekroczenie magicznej granicy miliona dolarów dochodu z walki bokserskiej (należy podkreślić, że wówczas dolar był znacznie mocniejszy niż obecnie), czy wreszcie wielkie, choć nieco już zapomniane osobowości pojawiające się na światowych ringach - wszystkie te elementy po części ukształtowały boks, jaki znamy dzisiaj. Z jego wszelkimi wadami i zaletami.

Książka Przemysława Słowińskiego, to opowieść o człowieku, który miał zaszczyt stać w centrum tego całego galimatiasu. Jack Dempsey, mistrz świata wagi ciężkiej w latach 1919-1926, zdołał osiągnąć największy sukces medialny w historii swej dyscypliny. Miłośnicy boksu do dziś potrafią toczyć spór o uczciwość pojedynku amerykańskiego tygrysa z Argentyńczykiem Luisem Firpo, wspominają kontrowersje wokół walki o mistrzostwo z olbrzymim Jessem Willardem, czy wreszcie analizują błędy Dempseya popełnione w przegrany pojedynku o odzyskanie mistrzostwa z Genem Tunney'em. Co ciekawe wszystkie te postaci dostają swoje pięć minut w historii Jacka Dempseya - czym bowiem byłby wielki bokser bez swoich wielkich przeciwników?

Słowiński przedstawia nam przyszłego mistrza świata już jako szczeniaka, zafascynowanego boksem przez swojego starszego brata. Wychowywany w biednym domu Dempsey przechodzi długą drogę od zwykłego chuderlawego włóczęgi bijącego się w przydrożnych barach za kilka dolarów, przez zawodowego boksera z niedostrzeganym przez nikogo talentem, aż do mistrza świata topiącego się w pieniądzach i piersiach pięknych kobiet. Na szczęście Dempsey jest o tyle ciekawą i kontrowersyjną postacią, że podróż ta w żadnym momencie nie nudzi. Kontrowersje wokół walk, nieudane związki, czy wreszcie zarzuty tchórzostwa w związku z uchyleniem się od służby w czasie pierwszej wojny światowej, w znacznym stopniu determinowały życie Dempseya, dając przy tym rozrywkę nam, współczesnym czytelnikom.

Do gustu bardzo przypadł mi także sposób prowadzenia opowieści przez Słowińskiego. W jego historii jest bowiem niemal tyle samo Jacka Dempseya, co jego otoczenia. Wspomniałem już, że rolę drugiego bohatera tej książki pełnią barwne postaci przeciwników Tygrysa. W tle pojawiają się jednak jeszcze całe zastępy innych ludzi z otoczenia Jacka - jego promotorzy, piękne kobiety, gangsterzy, dziennikarze, czy politycy. Momentami można nawet odnieść wrażenie, że książka przeradza się w opowieść o Stanach Zjednoczonych w latach dwudziestych. Przez scenę przewijają się między innymi Rockefellerowie, Al Capone, Charlie Chaplin, William Hearst, czy Franklin Delano Roosvelt. Choć fragmenty dotyczące tych postaci są krótkie i zdawkowe, nie ukrywam, iż czułem ogromne zadowolenie móc choćby na chwilę spotkać ludzi kształtujących rzeczywistość tamtego okresu.

Za jedyną wadę tej książki można uznać zdarzające się gdzieniegdzie barwne porównania, przypominające swym stylem komentatorską pracę Tomka Hajto. Choć absolutnie mi to nie przeszkadzało, mam świadomość, iż znajdą się ludzie nieprzepadający za takim stylem wypowiedzi. Nawet oni poczują się jednak zażenowani nie więcej niż pięć-dziesięć razy, gdyż takiej stylistycznej akrobatyki nie ma tu wcale tak wiele. Problemem mniej istotnym jest paskudnie zaprojektowana okładka (w wydaniu papierowym), która odrzuca od zaskakująco solidnej lektury. Co chyba oczywiste niczego dla siebie nie znajdą tu także ludzie nieinteresujący się ani sportem, ani historią dwudziestolecia międzywojennego. Jeśli jednak chociaż jeden z tych elementów, wyda Wam się w najmniejszym stopniu interesujący, będziecie zadowoleni z takiej lektury. Może nie aż tak jak ja, ale będziecie...


Moja ocena to: 8/10

niedziela, 24 września 2017

"To"/ "It" (2017)

Na ekrany polskich kin trafiła przed kilkoma tygodniami filmowa adaptacja jednej z moich ulubionych powieści Stephena Kinga - „To”. Obawy były ogromne. Ba, nawet mimo pozytywnych recenzji osób, które miały okazję obejrzeć ekranizację przede mną, kompletnie nie wierzyłem w powodzenie tego projektu. Spodziewałem się szalenie ugrzecznionej, hollywoodzkiej produkcji z irytującymi bohaterami granymi przez nastoletnich aktorów, bez odpowiedniego przygotowania i warsztatu. Na szczęście tym razem bardzo się pomyliłem.

Fabuła stanowi dość wierne odzwierciedlenia książkowej historii. Tajemniczy klaun Pennywise terroryzuje miasteczko Derry. Przeciwko jego nikczemnym działaniom występuje niewielka grupa nastolatków kierowana przez jąkającego się Billa Denbrough. Oprócz Billa powracają inne postaci znane z powieści - między innymi gadatliwy Richie, grubasek Ben, syn żydowskiego rabina - Stan, czy wreszcie wychowywany przez przewrażliwioną matkę Eddie. Biorąc pod uwagę liczbę bohaterów i konieczność zarysowania charakteru każdego z nich, należy przyznać, że osoby odpowiedzialne za scenariusz odwaliły kawał świetnej roboty. Naprawdę miałem wrażenie, że to są te same osoby, które dane mi było poznać przed kilkoma laty na kartach powieści Stephena Kinga. Nie rozczarował także sam Pennywise, który w sposób idealny połączył humor z grozą, tworząc tym samym taką postać morderczego klauna, jakiej mogli oczekiwać fani książki.
Fajne balony

Co dla mnie szczególnie istotne, „To” nie jest typowym filmem grozy. Podobnie jak w książce Stephena Kinga potwór z zaświatów tylko wydaje się stać na pierwszym planie, choć tak naprawdę znacznie istotniejsze wydaje się tło i środowisko, w którym przyjdzie mu operować.  Klimat małego miasteczka zmagającego się z codziennymi problemami wydaje się tu elementem nieco zmarginalizowanym ze względu na ramy czasowe filmu, aczkolwiek niewątpliwie udało się go w pewnym stopniu zachować. Prześladowanie przez rówieśników, izolacja społeczna, gwałty na nieletnich, obojętność na krzywdę innych, przemoc w rodzinie - wszystkie wielkie problemy, o których często się mówi, bez problemu znajdziemy w domach bohaterów „To”. Bez zbędnego moralizowania i pouczania mamy okazję zaobserwować fragmenty rzeczywistego, codziennego życia protagonistów, które nawet bez potwora z Derry nie należałoby do najłatwiejszych.
Penetrowanie kanału
Jeżeli „To” nie zostanie potraktowane jako sentymentalny powrót do znanych wydarzeń, z całą pewnością nie sprawdzi się też jako typowy horror. Choć twórcy usilnie starają się przestraszyć oglądających za pomocą klasycznych scary jumpów, czy różnorodności form straszenia, zwykle nie wychodzi to najlepiej. Ponadto sama postać komicznego klauna Pennywise’a okaże się straszna dla bardzo wąskiej grupy widzów.I choć mi to absolutnie nie przeszkadzało, dla wielu będzie stanowiło spory problem.
Zabawy z lalkami
Jeśli nie oczekujecie buk wie czego, a waszym marzeniem jest obejrzenie solidnego filmu opartego na Waszej ulubionej powieści, powinniście być usatysfakcjonowani. Jeżeli jednak spodziewacie się dobrego filmu grozy możecie sobie odpuścić. Osobiście uważam jednak, że warto wybrać się na tę produkcję - bawiłem się na niej całkiem nieźle i nie uważam poświęconego jej czasu za stracony. Ba, ponownie nabrałem ochotę na powrót do książki, co w przypadku ekranizacji nie zdarza mi się wcale tak często. Jestem też przekonany, że do „To” będę od czasu do czasu wracał - choćby po to, by raz jeszcze spotkać się z moim ulubionym klaunem.


Moja ocena to: 7/10 

piątek, 1 września 2017

Oldboy (2003) vs. Oldboy (2013)

Powszechnie uważa się, że Oldboy ukazał się w dwóch wersjach - jako amerykański remake i tej dobrej. Czy możliwe jest jednak, iż film wychodzący dziesięć lat po swym koreańskim pierwowzorze, faktycznie może być znacznie gorszy? Czy tak długi okres pozwalający wyciągnąć wnioski, dostosować obraz do współczesnych odbiorców i wykorzystać nowe metody operatorskie, rzeczywiście mógł pójść na marne?

1. Fabuła
Opowieść w obu przypadkach jest niemalże identyczna. Uwięziony przez buk wie kogo mężczyzna, zostaje uwolniony po czternastu latach. W tak nietypowej sytuacji nie jest w stanie myśleć o niczym innym, niż brutalna zemsta na swych prześladowcach. Koreańska wersja Oldboya wyróżnia się tu na tle amerykańskiego odpowiednika o wiele bardziej kontrowersyjnym zakończeniem. Mój chory i zdegenerowany umysł nie jest w stanie pominąć tego elementu i z pełną odpowiedzialnością przyznaje, że ta wersja podobała mi się nieco bardziej.

2. Główny bohater
Min-sik Choi grający nieco zwariowanego Dae-su Oha jest nie do prześcignięcia. Rozczochrany Koreańczyk idealnie pasuje do roli zwariowanego mściciela, a zaangażowanie w ukazanie pełnej palety emocji jest u niego widoczne już po kilku minutach obcowania z filmem. Problem w tym, że nie każdy uwielbia ekspresyjność charakterystyczną dla azjatyckiego kina. Takim widzom bardziej po drodze będzie z wyważonym i stonowanym Joshem Brolinem w roli Joe Doucetta. Choć nieraz irytowała mnie jego mimika, to całą postać oceniam bardzo pozytywnie. Facet całkiem nieźle odnalazł się w roli twardego sukinsyna, a jego interpretacja postaci mściciela również do mnie trafiła.

3. Postaci poboczne
W wersji amerykańskiej są naprawdę słabe. Choć robiono wszystko, by nadać im odrobinę charakteru, trudno wskazać którąkolwiek z nich, jako wykreowaną lepiej, niż w pierwowzorze. Okej, kochanka mściciela jest tu dużo lepiej zagrana, ale to chyba zasługa szalenie irytującej Mido, a nie kunsztu aktorskiego Elizabeth Olsen. Przyjaciel głównego bohatera w obu przypadkach jest bez wyrazu. Główny „zły” w przypadku interpretacji amerykańskiej miał być zmanierowanym gejem, a mimo to nie miał w sobie tyle charakteru, co jego koreański kolega. Postaci poboczne ze starego Oldboya są bardziej tajemnicze i intrygujące, więc trudno nie wskazać ich jako zwycięzców w tym pojedynku.

4 Sceny walki.
O dziwo stara wersja nie jest tak dobra w tej kwestii, jak miałem okazję ją zapamiętać. Zaskakująco duża część ciosów wygląda nienaturalnie i nie dochodzi do celu. Na plus wypada jednak wrażenie, że czyste ciosy zadane przez głównego bohatera, mają potężną siłę. Amerykańska wersja nie wypada wcale lepiej. Ponadto nie korzysta z nowych motywów, oferując widzowi tę samą pracę kamery, podobny zestaw ciosów, a nawet odtwarza dokładny przebieg walk z koreańskiej wersji.

5. Kontrowersyjność
„Nowy” Oldboy jest nieco ugrzeczniony. W przypadku głównego wątku fabularnego wprowadza pewne zmiany mające zaostrzyć wydźwięk historii, jednak później stawia na zbyt przystępne zakończenie, co jest odrobinę niekonsekwentne. Oba filmy mają swoje obrzydliwe momenty, choć w tej kwestii zdecydowanie przoduje koreański Oldboy. Starsza wersja wygrywa też w ukazaniu scen łóżkowych i emocjonalnej relacji łączącej biorących w nich udział bohaterów. Jeśli mam być jednak szczery, cieplejsze uczucia żywię wobec piersi Elizabeth Olsen, niż Hye-jeong Kang.

6. Odbiór wizualny
Amerykański Oldboy jest nieco bardziej kolorowy, jaskrawy, wpasowujący się w ten współczesny trend niebiesko-pomarańczowych, miłych dla oka hollywoodzkich obrazów. Choć wydawało mi się, iż to stary Oldboy jest znacznie mroczniejszy, pod względem kolorystycznym, na pierwszy rzut oka wygląda bardzo podobnie. Różnica jest taka, że kolory w koreańskiej wersji są mocno sprane, pokoje w których toczy się akcja brudne, oświetlenie często nie obejmuje całego kadru, a zaledwie jego część. Właśnie ten brak sterylności sprawia wrażenie, że widz obserwuje chaotyczny, brudny i niebezpieczny świat, co w tego typu produkcji tylko potęguje wydźwięk całej historii.

7. Wskaźnik zażenowania
Biorąc pod uwagę, że nowsza interpretacja tej opowieści jest bardzo zbliżona do naszego kręgu kulturowego, nie byłem w stanie dostrzec elementów wyraźnie żenujących. Niestety niejednokrotnie czułem się głupio oglądając koreańskiego Oldboya. Halucynacje z ogromną mrówką, śpiewanie idiotycznej piosenki jako sygnał, że dziewczyna jest gotowa na szybki numerek, czy scena w której główny bohater udaje psa, to elementy przy których z mieszanymi uczuciami pocierałem czoło zastanawiając się, co to do cholery miało być.

Biorąc pod uwagę siedem, zupełnie niezwiązanych z czymkolwiek i z dupy wziętych kategorii, ocena jakości Oldboyów, wygląda tak:


wtorek, 8 sierpnia 2017

Train to Busan (2016)

Choć odkładałem ten seans bardzo długo, wreszcie nadszedł czas na spotkanie z południowokoreańskimi zombie. Pociąg do Busan to bardzo charakterystyczna produkcja, która z miejsca stała się boxoffice’owym hitem (na miarę wyników koreańskiej kinematografii oczywiście). Od dawna zastanawiałem się, co takiego przyciągało ludzi do produkcji tak dalekiej nam kulturowo. Banalna odpowiedź, iż były to wyłącznie żywe trupy w żadnym wypadku mnie nie satysfakcjonowała. Po seansie muszę stwierdzić, że nadal nie wiem, czym był ten magiczny czynnik.

Fabuła jest banalna - typowy biały kołnierzyk w dzień urodzin swojej córki, godzi się na zabranie jej w podróż pociągiem mającą prowadzić do matki dziewczynki. Standardowa przejażdżka (która jest zresztą szalenie nie na rękę zapracowanemu ojcu) okazuje się jednak prawdziwą walką o życie. Wyciek bliżej niezidentyfikowanej substancji biologicznej zamieniającej ludzi w żywe trupy, umila naszym bohaterom tę krótką, acz niezwykle intensywną wycieczkę. Po drodze pojawiają się oczywiście inni, często bardzo charakterystyczni współpodróżni, którzy w większości noszą na plecach karteczki z napisem „zjedz mnie”, widoczne dla każdego widza obytego z tego typu kinem.
 
"Albo chodź, przytul mnie, albo odejdź i przebacz, i niech stanie się to tu i teraz..."
Wszystko w tej opowieści wygląda więc prosto i sztampowo? Nic bardziej mylnego, gdyż cały obraz ma też drugie dno. Komentarz społeczny dotyczący korporacyjnych struktur, ewidentne inspiracje prawdziwym wirusem MERS, który w 2015 roku porządnie przestraszył Koreańczyków, czy wreszcie opowieść o odwadze, rodzicielstwie i poświęceniu. Brzmi całkiem nieźle? Moim zdaniem jak najbardziej - i wszystko byłoby w porządku, gdyby w całej historii nie zabrakło jednego - nieco więcej serca. I choć reżyser mógł odnieść wrażenie, że brak tej iskry można ukryć pod grubą warstwą szybkich zombiaków, powtarzających się nieustannie schematów prowadzenia akcji, czy nazbyt teatralną grą aktorską, oświadczam niniejszym, że nie byłem w stanie tego kupić.

Moim największym problemem jest to, że film o zombie rozgrywający się głownie w szeregu ciasnych pomieszczeń, nie powinien nudzić nawet przez chwilę. Cóż, ten mnie niestety znudził. Nie chodzi nawet o to, że mam ADHD, czy robaki w wiadomej części ciała - problemem jest nieustannie powtarzający się schemat ucieczki przed żywymi trupami. Te drzwi zatrzaskiwane w ostatnim momencie, gasnące i pojawiające się światła, przeskakiwanie między kolejnymi kryjówkami - ciągle w niemal identyczny i mało angażujący sposób. Rozumiem też, że zwykli pasażerowie pociągu nie mogą być mistrzami sztuk walki, ale te sekwencje akcji...cóż, kino azjatyckie poznałem z o wiele lepszej strony. Poza tym zawsze w takich produkcjach liczę na solidną dawkę gore, zupełnie niesmacznego rozszarpywania rekwizytów do tego przeznaczonych, albo chociaż fajnego CGI z latającymi w powietrzu flakami. A tu jest jakoś tak dziwnie...przystępnie? Ba, nie dość, że i tak jest bardzo zwyczajnie, casualowo, to odbiór filmu przez szeroką publiczność ułatwiają jeszcze patetyczne sceny rodem z kiepskiego melodramatu, na które w tego typu produkcjach zawsze patrzę z niechęcią.
"Leżę sobie, nic nie robię..."
Należy jednak oddać cesarzowi, co cesarskie. Sceny w których na bohaterów rzucają się całe tłumy truposzy tłoczące się w ciasnym pomieszczeniu, wyglądają świetnie. Kilka scen walki trzyma całkiem przyzwoity poziom (niestety nie wszystkie), koreańska odmiana żywych trupów rzeczywiście jest oryginalna, a sam film przemyca pod płaszczykiem prostej rozrywki konkretne przesłanie. Nie oznacza to jednak, że mam zamiar kiedykolwiek wrócić do tego pociągu - niestety nie porusza się on torem, którym powinny podążać moje zombie.


Moja ocena to: 5/10

wtorek, 25 lipca 2017

Adam Fawer - "Szczególna Przypadłość"

Szczególna Przypadłość Adama Fawera, to doskonały dowód na to, że nawet polując na książki w koszu z promocjami, można odnaleźć prawdziwe perełki. Niepozorna, fatalnie prezentująca się z zewnątrz powieść, kryje w sobie bowiem zaskakująco obszerne pokłady dobrej zabawy, podanej w inteligentny, mogący zainspirować czytelnika do poszerzanie swej wiedzy sposób.

David Caine nie jest przeciętnym facetem. To nie tylko wybitnie uzdolniony matematyk i okazjonalny wykładowca uniwersytecki, ale także nałogowy hazardzista nękany atakami epilepsji. Nie trudno wyobrazić sobie, że takiego gościa prędzej czy później muszą dopaść kłopoty (szczególnie w powieści sensacyjnej). Jego zaangażowanie w hazard sprawia, że bardzo szybko popada w konflikt z rosyjską mafią, epilepsja zaś jest prostą drogą do nowatorskiej terapii, której zastosowanie umożliwia naszemu bohaterowi opanowanie bardzo specyficznie ujętej zdolności do ograniczonego przewidywania przyszłości. Odtąd jest już tylko ciekawiej - ze szpitala powraca chory psychicznie brat-bliźniak Davida, do gry wkraczają północnokoreańskie tajne służby, CIA, NSA, szczodrze opłacani najemnicy oraz działający na własną rękę naukowcy pragnący położyć Davida na swoim stole - bynajmniej w celach seksualnych.

Brzmi jak totalny chaos? Cóż, książka mimo wszystko okazuje się zaskakująco sensowna. Ba, wielu stwierdziłoby nawet, że wyjaśnienia dotyczące daru przewidywania przyszłości są zbyt przeintelektualizowane. Odwołania do teorii determinizmu, fizyki kwantowej, koncepcji probabilistycznych, teorii względności oraz hipotetycznego konstruktu jakim jest Demon Laplace’a, sprawiają, że tło całej historii wydaje się bardzo łatwe do zaakceptowania, nawet pomimo tego, że jej zarys wydaje się sztampowy i idiotyczny. Jeżeli miałbym pokusić się o odnalezienie analogii do innego autora posługującego się podobnymi metodami tworzenia opowieści, wskazałbym zapewne na naukową fantastykę Michaela Crichtona, którego technothrillery prezentują jedynie odrobinę niższy poziom od tego, co udało sie stworzyć Fawerowi.

Ponadto akcja jest na tyle dynamiczne i stoi na tak wysokim poziomie, że opisy teorii naukowych nie mają szans zbytnio zmęczyć czytelnika. Są one bowiem na tyle dobrze dawkowane i sprytnie rozmieszczone, że po wykładzie o podstawach fizyki kwantowej dostajemy zwykle solidny pościg lub tłuczenie się po ryjach. W dodatku element para(techno)normalny ubarwia każdą sekwencję, w której bezpośrednio zagrożony jest David Caine lub jego przyjaciele.

Zastrzeżenia można mieć głównie do wydania tej książki. Absolutnie randomowa i niemówiąca nic o historii okładka już na pierwszy rzut oka odrzuca czytelnika szukającego oryginalnej historii. Poza tym korekta stoi na dość niskim poziomie, co czasem sprawia, że gdzieniegdzie brakuje jakiegoś wyrazu, literki, czy innej pierdółki, która choć nie wpływa znacząco na odbiór całości, potrafi solidnie zirytować.

Mimo wszystko polecam wyruszyć na tę przygodę. Być może nie jest to książka dla wszystkich, ale jeśli podobnie jak ja kochacie sensację, cenicie dorobek Michaela Crichtona lub po prostu szukacie męskiej lektury na wakacyjny wyjazd, możecie po nią sięgać bez skrępowania. Szukajcie we wszystkich dobrych koszach z przecenionymi powieściami...


Moja ocena to: 7/10 

poniedziałek, 10 lipca 2017

Chris Taylor - "Gwiezdne Wojny Jak podbiły wszechświat?"

Od zawsze twierdziłem, iż Gwiezdne Wojny to coś więcej niż film - to fenomen kulturowy, udowadniający ogromną moc oddziaływania kina na wyobraźnię widzów. Dziadek space opery, następca Flasha Gordona, produkt pełnymi garściami czerpiący z Odysei Kosmicznej Kubricka, heroicznego kina Kurosawy, historii drugiej wojny światowej oraz niezmierzonych pokładów schematów wykorzystywanych w religiach, systemach wiary i mitologiach. Nawet jeśli traficie czasem na osobę, która dopiero wyszła z lasu, a dotąd wychowywały ją wilki, prawdopodobnie zna ona podstawowe elementy historii stworzonej przez Gorge’a Lucasa. Zły Lord Vader, dobry Luke Skywalker, arogancki Han Solo, „niech moc będzie z Tobą” i całowanie swojej siostry - no wiecie, takie podstawy każdej dobrej historii.

I o tym właśnie traktuje książka Chrisa Tylora - o uniwersum Gwiezdnych Wojen i ich wpływie na współczesny świat, o procesie ich tworzenia, o sukcesach i niepowodzeniach, które napotykały na swojej drodze, o Georgu Lucasie i jego współpracownikach, a wreszcie jest też troszkę o Disneyu, który zagarnął markę i postanowił tworzyć następne części przygód, rozgrywających się dawno, dawno temu w odległej galaktyce.

Choć sam nie jestem ogromnym fanem Gwiezdnych Wojen, nie oczekuję na kolejne części z wypiekami na twarzy, a mojego mieszkania nie zajmują tysiące figurek przedstawiających bohaterów znanych z tego uniwersum, książkę Tylora do pewnego momentu czytało mi się całkiem przyjemnie. Zmagania z dystrybutorami, stosunki Lucasa z innymi wielkimi reżyserami tamtej epoki, czy opowieść o inspiracjach, którymi kierował się guru kosmicznej fantastyki, stanowiły dla mnie najciekawszy element gwiezdno-wojennej opowieści. Troszkę mniej zajmujące okazały się fragmenty dotyczące produkcji zabawek, powstawania wątpliwej jakości literatury w świecie Star Wars, czy starań Lucasa o powstanie muzeum upamiętniającego jego dorobek artystyczny. Choć jest to niewątpliwie część historii, której nie sposób było pominąć w tego typu książce, momenty te sprawiały, że zapadałem w niezaplanowane drzemki lub uciekałem do innych, bardziej ekscytujących zajęć.

Jeżeli jesteśmy już przy wadach, to warto wspomnieć, że korekta tej książki nie stoi na najwyższym poziomie. Kilka literówek i powtórzeń nie jest być może czymś, co uniemożliwia lekturę, ale z całą pewnością wywoła serię tików nerwowych u perfekcjonistów.

Trzeba przyznać, że fani Gwiezdnych Wojen powinni być wysoce usatysfakcjonowani. Osobiście spodziewałem się czegoś o wiele nudniejszego i jestem dość miło zaskoczony. Nawet jeśli nie byłem w stanie docenić ogromnej liczby smaczków i spraw istotnych dla hardcorowych miłośników rozpoczętej przez Lucasa sagi, spędziłem przy tej książce sporo czasu, nie czując przy tym, że kompletnie go zmarnowałem (co wcale nie zdarza się tak często). Trudno mi z czystym sercem polecić tę książkę każdemu, ale biorąc pod uwagę ogromną rzeszę odbiorców zafascynowanych Gwiezdnymi Wojnami,  mogę z pełną odpowiedzialnością napisać, że polecam ją niemal każdemu.


Moja ocena to: 6/10

poniedziałek, 3 lipca 2017

The Autopsy of Jane Doe / Autopsja Jane Doe (2016)

Przeprowadzanie sekcji zwłok, w celu ustalenia przyczyn śmierci denata, z całą pewnością nie jest najprzyjemniejszym zajęciem na świecie. Konieczność rozcinania skóry, rąbania kości, czy usuwania organów wewnętrznych z ciał, które jeszcze nie tak dawno miały swoich w pełni świadomych właścicieli, sama w sobie może być niezwykle traumatycznym przeżyciem dla postronnego obserwatora. Andre Ovredal, reżyser Autopsji Jane Doe, dodał w zasadzie niewiele - motyw gwałtownej burzy, powtarzany już od czasów Frankesteina, nawiązanie do starej i sprawdzonej tradycji zombie oraz odrobinę tajemniczych rytuałów czarnej magii. Cały ten miszmasz okraszono odrobiną thrillera psychologicznego i rzucono na stół widza, spragnionego świeżego spojrzenia na gatunek horrorów.

Początkowo można było nawet przypuszczać, że sukces tego filmu jest nieunikniony. Bardzo dobre wprowadzenie, po którym następuje powolne, acz niezwykle klimatyczne przedstawienie głównych bohaterów paranormalnego dramatu, wypada doskonale. Pierwsze pół godziny to solidna opowieść o relacjach ojca z synem, historia opowiedziana za pomocą niedopowiedzeń, półsłówek oraz poszczególnych decyzji podejmowanych przez dwóch mężczyzn połączonych wspólną historią i silnymi więzami emocjonalnymi.
Nie wystawiaj języka, bo Ci...a zresztą, już nie ważne...
W momencie pojawienia się ciała tytułowej Jane Doe wchodzimy w nową fazę opowieści. Bohaterowie krążą na granicy obłędu, a sytuacje, w  których racjonalność ich umysłów zostaje skonfrontowana z nieprzystającą do nich rzeczywistością, okazują się najlepszymi w całym filmie. Jane Doe, która budzi niepokój, ale nie manifestuje swych mocy bezpośrednio, to najstraszniejsza i zarazem najbardziej intrygująca postać, jaką w ostatnich latach zdarzyło mi się oglądać w produkcjach tego typu.

Niestety nieuchronnie docieramy do trzeciej części opowieści. Tu niestety nie jest już tak dobrze. Nie dość, że bardzo solidny thriller psychologiczny przeistacza się w klasyczny horror, to nie jest to nawet szalenie dobry horror. Wszystkie klisze znane gatunkowi od lat, powielone są w co najwyżej przyzwoity sposób, ale kompletnie nie pasują przy tym do mrocznej, tajemniczej i zagmatwanej opowieści, do której przygotowywano widza od początku seansu. Samo zakończenie również nie robi wielkiego wrażenia, zawodząc rozbudzone oczekiwania i nadzieje.

Jedni w brzuchach mają motyle, inni tajemnicze zwoje z pentagramami...
Strasznie żałuję, że ogromny potencjał Autopsji Jane Doe został zmarnowany. Grupa bardzo solidnych i doświadczonych aktorów, pomysłowy reżyser i ciekawe otoczenie, wydawały się gwarantować sukces nawet na polu bardziej ambitnego przedsięwzięcia. Trudno bowiem o lepsze warunki do stworzenia solidnego thrillera psychologicznego - ba, do pewnego momentu byłem przekonany, że Autopsja Jane Doe będzie zmierzała właśnie w tę stronę. Niestety w konsekwencji dostajemy tylko solidny horror filck, który w kilku momentach podrywa z fotela, ale nic ponadto. 

Moja ocena to: 6/10