czwartek, 23 lutego 2017

Hacksaw Ridge; Przełęcz Ocalonych (2016)

Jeszcze kilka tygodni temu, doszedłem do przykrego wniosku, iż za cholerę nie znam się na kinie. Właściwie nie znam się na niczym, o czym zdarza mi się czasem pisać, ale w kwestii filmowej jestem szczególnym laikiem. Nie ogarniam technik reżyserki, sposobów tworzenia dobrych, spójnych scenariuszy, czy innych metod działania specyficznych dla tej konkretnej branży. Dziś jednak nie byłem w stanie się powstrzymać. A to dlatego, że wiem na pewno, co mi się podoba i że od pięciu lat nic nie podobało mi się tak bardzo jak Hacksaw Ridge.  

Oparta na faktach opowieść o losach Desmonda Dossa (Andrew Garfield), pierwszego żołnierza Armii Stanów Zjednoczonych odmawiającego użycia broni palnej i mimo to odznaczonego Medalem Honoru, to historia, która rzuciła mnie na glebę, skopała, rozbiła emocjonalnie i sprawiła, że poczułem się jak naiwny gówniarz. Mówiąc krótko: byłem nią zachwycony.

Desmonda Dossa poznajemy jako rozwrzeszczanego dzieciaka wychowującego się przy boku ojca-alkoholika, weterana Wielkiej Wojny oraz w otoczeniu silnie wierzącej matki, stanowiącej ostoję dla naszego bohatera. Krótkie historie z dzieciństwa i młodości, definiują osobowość Dossa i sprawiają, że widzowi o wiele łatwiej zrozumieć jego motywację i cele. Przyszły sanitariusz US Army zarysowuje się więc jako człowiek z krwi i kości, facet którego wzmocniły trudne doświadczenia i przeszkody jakie spotykał na swojej drodze. Co istotne przedstawienie to jest na tyle krótkie i interesujące, że nie wprowadza do historii dodatkowej dawki melodramatyzmu. Być może to zasługa samego bohatera prezentującego w swym życiu iście stoicką postawę, a być może świetnie napisanego, wyważonego scenariusza powstałego na potrzeby tej ekranizacji.

Następnie przechodzimy do bardzo zgrabnie, choć niemal równie prosto przedstawionego wątku miłości. Wybranka serca Dossa jest piękna, same zaloty wypadają zabawnie i sympatycznie, a romantyzm budowany jest raczej wokół postaci klasycznej damy i dżentelmena, niż namiętnych kochanków. Brak scen seksu, czy innych przejawów namiętności fizycznej jest tu bardzo mocno uzasadniony i niesamowicie cieszy, iż zrezygnowano z tak popularnych ostatnio scen, na rzecz utrzymania spójności postaci - a przyznać trzeba, że przy tak pięknej aktorce (Teresa Palmer) pokusa musiała być ogromna. Na szczęście jej główną rolą okazało się wspieranie swego wybranka serca, co być może nie będzie się podobało szerokiemu gronu feministek, ale przynajmniej stoi w zgodzie ze znanymi mi faktami historycznymi.

Okres w którym nasz bohater przechodzi trening wojskowy, to jeden z najlepszych fragmentów tego typu, jakie zdarzyło mi się widzieć w kinie wojennym. Doskonałe wprowadzenie szczególnie charakterystycznych, przyszłych kompanów Desmonda, wypada idealnie. Jest tu tyleż samo humoru, co dramatyzmu i negatywnych emocji (szczególnie gdy na jaw wychodzi niechęć Dossa do noszenia broni). Widać, że twardzi faceci z baraków, w rzeczywistości nie tylko są ludźmi z krwi i kości, ale także cholernie obawiają się tego, co czeka ich w przyszłości. Po serii burzliwych perypetii Desmonda i jego przyszłych braci broni, przenosimy się na Okinawę.

I tu dochodzimy do kluczowej części filmu. Walka o Hacksaw Ridge jest pełna emocji i niespotykanej (nawet jak na kino wojenne) brutalności. Hektolitry krwi, urwane kończyny, szczury pożerające ludzkie zwłoki - tak prezentuje się tło walk o Okinawę. I trzeba podkreślić, że mimo ogromu brutalności i efektów specjalnych, udało się sprawić, iż jest to tylko tło. Że wciąż bardziej interesują nas losy poszczególnych bohaterów, niż zobaczenie kolejnej krwawej sceny. Nie ulega jednak wątpliwości, iż Mel Gibson wyreżyserował jedną z najlepszych scen batalistycznych w historii kina, do której zamierzam jeszcze nieraz powrócić.

Wreszcie przechodzimy do zakończenia. Mój największy zarzut, to niesamowita dawka patosu wylewająca się z ekranu w tym fragmencie, która niespecjalnie współgra z całością tego dzieła. Liczne nawiązania do Boga, patriotyzmu, przesadzone gesty i nienaturalność, nijak się mają do wszystkiego, co można było zobaczyć przed kilkoma minutami. Na szczęście zdecydowano się zakończyć na archiwalnych filmikach z fragmentami wypowiedzi samego Desmonda, jego dowódcy kapitana Glovera, czy też jego brata - Harolda Dossa. I okazało się to bardzo fortunnym zabiegiem, ponieważ można było wówczas dostrzec, jak doskonale wybrano obsadę do Hacksaw Ridge oraz po raz ostatni wspomnieć tych, którym nie udało się przetrwać tej wojny.

Podsumowując - jestem zachwycony tą produkcją. Na kilometr widać, że maczał w niej paluchy ten sam facet, który pisał scenariusz do świetnego Pacyfiku. I znów pokazał klasę. Podobnie zresztą jak wielu aktorów, o których coraz częściej się zapomina - Hugo Weaving, Vince Vaughn, czy Sam Worthington świetnie uzupełnili popisową rolę młodego Andrew Garfielda i mam nadzieje, że dzięki Przełęczy Ocalonych  jeszcze nieraz zobaczę ich na wielkim ekranie. Szczerze polecam każdemu.

Moja ocena to: 9,5/10


Ps. Wiem, że jestem miękką parówą, więc od razu przyznam, że łezka w oku zakręciła mi się jakieś trzy razy. Pomijając moją ogromną słabość do kina tego typu, przyczyną może być także to, że to najzwyczajniej w świecie dobra produkcja...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz