sobota, 25 lutego 2017

Rafał Socha - "Abubaka"

Być może będzie to dość odważne stwierdzenie, ale zaczynam wyrastać na specjalistę od twórczości Rafała Sochy. Zarówno Jak Zostałem Bażantem oraz Kredyt na Żula okazały się niezwykle sympatycznymi pozycjami, pełnymi oryginalnych historyjek oraz charakterystycznego dla tego autora, prześmiewczego humoru. Były też jednak pełne pomniejszych wad, które raz przeszkadzały bardziej (wydumane nazwy miejscowości w Jak Zostałem Bażantem), a raz mniej (powtarzalność początkowo zabawnych motywów, która z czasem zaczynała drażnić w Kredycie na Żula). Dlatego też, gdy dowiedziałem się, że debiutancka powieść Sochy będzie thrillerem metafizycznym, byłem bardzo sceptyczny.

Ta charakterystyczna niepewność wynikała głównie z faktu, iż wciąż traktuję Sochę, jako autora nieoszlifowanego, człowieka z głową pełną pomysłów, ale mającego problem z ułatwieniem przeciętnemu czytelnikowi zanurzenia się w kreowanych przez niego rzeczywistościach. A w jakiej historii byłoby to zadanie trudniejsze, niż w opowieści o równoległych, dualistycznych, ale w pewien sposób połączonych i przenikających się światach? Prawdopodobnie w żadnej.

Abstrahując już od tego, że historia Michała Kownackiego, którego życie zmienia się pod wpływem jednego, drobnego zdawałoby się szczegółu, ma dość duży potencjał, muszę podkreślić, że metafizyka nie jest czymś, co potrafiłbym odpowiednio docenić. Co jednak miałem na myśli stwierdzając, że autor nie ułatwia czytelnikowi zanurzenia się w tym świcie? Otóż na przykład nieustanne, monotonne, irytujące jak jasna cholera podróże po Częstochowie. Opisy ulic, charakterystycznych elementów krajobrazowych, czy środków transportu, są oczywiście nieodłącznym elementem każdej powieści, ale bez przesady. Marzę o tym, by Socha z większą konsekwencją stosował zasadę Brzytwy Ockhama - być może wpłynęłoby to znacznie na długość książki, ale jej odbiór byłby o wiele lepszy. Skąd to wiem? Otóż stąd, że gdy akcja pod koniec przyśpiesza, a czytelnika zalewa wręcz fala rozgrywających się po sobie wydarzeń, zwyczajnie nie ma się do czego przypierdolić. Styl, dialogi, opis konfliktu zbrojnego w wersji mini (nie pytajcie :D) - wszystko stoi na przyzwoitym poziomie. Aż się chce zapytać: czemu tak późno?

Poza tym z przykrością zauważam, iż jest tu zdecydowanie mniej humoru, za który tak mocno doceniłem dotychczasową twórczość autora. Scena z krótką wizytą głównego bohatera w urzędzie pracy nie rekompensuje tego, iż absurd w Abubace jest jakiś mniej zabawny - ba, chciałoby się nawet powiedzieć, że mimo konwencji książki, wydaje się nieco mniej... absurdalny. Być może jest to efektem sztucznego rozciągnięcia tej powieści, która mimo swoich momentów, spokojnie mogłaby stanowić kolejne, bardzo ciekawe zresztą, opowiadanie w dorobku Rafała Sochy.

Konsekwentnie będę zatem twierdził, że Abubaka powinna stać się właśnie kilkudziesięciostronicowym opowiadaniem, a nie pełnoprawną powieścią. Liczne nawiązania do historyjek z Kredytu na Żula oraz niby-pamiętnika w Jak Zostałem Bażantem, dobitnie wskazują, iż jest to próba wpasowania się w tę konwencję, przy jednoczesnym dążeniu do „upoważnienia” przedstawionego świata. I to nie jest wcale tak dobry pomysł, jak mogło się wydawać, bowiem w moim mniemaniu Socha jest świetnym człowiekiem od poprawiania humoru - nie zaś od refleksyjności. Być może bardziej doceniłbym, gdyby autor zaczął od prostszej konwencji. Jego styl i zdolność do prowadzenia dobrej akcji, którą widać pod koniec Abubaki, wskazują, że facet ma potencjał na porządnego autora powieści przygodowych, chętnie sprawdziłbym jakąś powieść historyczną, czy zwykłego „sensacyjniaka”, który wyszedłby spod jego pióra. Metafizyka to chyba jednak wciąż za głęboka woda - zarówno dla Sochy jako autora, jak i dla mnie jako czytelnika.


Moja ocena to: 5/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałem od wydawnictwa Oficynka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz