poniedziałek, 6 marca 2017

Kilka słów o Trylogii Dolarowej Sergio Leone

Klasyczne westerny, takie jak W Samo Południe (1952), czy Poszukiwacze (1956), stanowiły najprostsze opowieści heroiczne, jakie można sobie wyobrazić. Szlachetny kowboj-rycerz o niemal nadprzyrodzonych mocach, walczył w nich ze zgrajami rzezimieszków, Indian, czy choćby konfederatów. I gdy w pewnym momencie wydawało się, że ten skostniały gatunek czeka rychły upadek, na scenę wkroczyło dwóch Włochów - reżyser Sergio Leone oraz kompozytor Ennio Morricone.

Wizja Sergio Leone wydaje się dziś banalnie prosta. Stwierdził on, że Dziki Zachód należy rzeczywiście uczynić możliwie dzikim, nieprzystępnym i brutalnym. W czasach Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza takie stwierdzenie możecie skwitować tylko niemrawych wzruszeniem ramion i szepnięciem I don’t fucking care , ale wówczas była to prawdziwa bomba. Bite i mordowane kobiety, kopane i poniżane dzieci, alkoholizm, ludzie oszpeceni i okaleczeni w wojnie domowej, główny bohater, niejednokrotnie wychodzący z sytuacji zagrożenia życia wyłącznie dzięki szczęściu, wszechobecny brud, brak elementarnego wykształcenia i klimatyzacji - cóż, było z czego wybierać.

W tej właśnie konwencji powstają trzy kultowe westerny, stanowiące bramę do wielkiej kariery dla samego Clinta Eastwooda. Za garść dolarów (1964), Za kilka dolarów więcej (1965) oraz Dobry, zły i brzydki (1966) - trzy historie połączone osobą bezimiennego rewolwerowca, nazywane niekiedy zbiorczo Trylogią Dolarową. Wpływ jaki ta wielka westernowa trójca wywarła na współczesne kino, wydaje się niepodważalny. Tym bardziej interesowało mnie, jak ta konkretna trylogia prezentuje się po ponad pięćdziesięciu latach od swego powstania. I cóż - wciąż jest zaskakująco dobrze.

Za garść dolarów - pierwsza część trylogii opowiada o bezimiennym rewolwerowcu, który przybywa do targanego konfliktem miasta. Dwie grupy nieprzepadających za sobą rzezimieszków, prowadzą tu nielegalny handel bronią i alkoholem, przy okazji marząc o wymordowaniu swoich konkurentów. W środku tego chaosu znajduje się nasz protagonista. Stwierdza przy tym, że takie położenie umożliwia mu zarobienie kilku dolarów i zaczyna wykorzystywać zarówno jedną, jak i drugą stronę. Bardzo szybko popada przy tym w tarapaty.
 
Zastrzelenie faceta w takiej kamizelce, to jeszcze morderstwo, czy już gest litości?
Cóż, już pierwszy film okazał się sporym szokiem. Bohater nie był jakimś rycerzem na białym koniu, a raczej uzdolnionym cwaniakiem, któremu spryt i inteligencja pozwoliły na zarobienie paru groszy. Nie spotkamy tu więc nikogo do końca dobrego, nawet jeśli kontrast między zachowaniami poszczególnych bohaterów widoczny jest na pierwszy rzut oka. Mimo wielu pomniejszych głupotek dzieje się tu sporo, a nastrojowa muzyka, świetne zdjęcia i krzywiący sie Clint Eastwood (elementy wspólne dla wszystkich części), pozwalają czerpać chorą satysfakcję z każdej kolejnej strzelaniny.

Za kilka dolarów więcej - Druga część trylogii dolarowej, jest jednocześnie moją ulubioną. Opowiada o losach dwóch łowców nagród, których los rzucił na tę samą ścieżkę. Po początkowych konfliktach wyruszają oni, by wspólnie zapolować na gang złodzieja i mordercy, znanego jako El Indio.
Patrz, znów nie umyłeś Tamagotchi...
W drugiej części trylogii dolarowej fabuła okazała się o wiele bardziej interesująca. Choć wciąż główną motywacją wydają się pieniądze, finał filmu udowadnia, że w grę wchodzą również inne, skrywane dotąd wartości. Ponadto sama kreacja bohaterów jest stukrotnie lepsza, niż w pierwszej części trylogii. Lekko szalony El Indio wie, że musi radzić sobie nie tylko ze ścigającymi go łowcami nagród, ale także z ewentualnym buntem we własnych szeregach, rewolwerowiec i łowca nagród Douglas Mortimer emanuje  zaś siłą spokoju i opanowaniem. Właściwie tylko bezimienny rewolwerowiec jest takim samym typem bohatera, jaki dane nam było poznać w Za garść dolarów. Cała trójka jest charakterystyczna i bardzo rozpoznawalna. Sama akcja zaś na tyle dynamiczna i ciekawie zrealizowana, że bardzo rzadko zdarzało mi sie odwracać wzrok od ekranu. To kolejna solidna dawka świetnej zabawy dla każdego miłośnika westernów.

Dobry, zły i brzydki - Ostatnia część stanowi wariację na temat klasycznych historii opowiadających o poszukiwaniu skarbów. Trzech rewolwerowców stara się odnaleźć pieniądze, ukryte przez żołnierza wojsk konfederacji. Podczas poszukiwania ogromnej fortuny, los zmusza ich nieraz do podejmowania niechętnej współpracy, prowadząc jednak do ostatecznego, obligatoryjnego pojedynku.
"Uśmiech jest najprawdziwszym, kiedy jednocześnie uśmiechają się oczy" - ks. Jan Twardowski
Z jednej strony jest to najlepsza część trylogii. Ostatnia scena, najpopularniejszy meksykański standoff w historii kina, rzeczywiście robi wrażenie. Do tego świetnie przedstawiona bitwa pomiędzy wojskami unii i konfederatami zapada w pamięć. Bohaterowie również wykreowani są bez zarzutu - trudno znaleźć równie charakterystyczne postaci w jakimkolwiek innym westernie. Wciąż brak też jednoznacznie dobrego protagonisty, co mógłby fałszywie sugerować sam tytuł filmu - różnicą pomiędzy rewolwerowcami są jedynie poziomy reprezentowanej przez nich niegodziwości. Problemem jednak jest to, że maniera Leone do przeciągania mało istotnych scen, eskalowała w Dobrym, złym i brzydkim do niespotykanych rozmiarów. O ile jeszcze wydaje się to zasadne w scenie ostatecznego pojedynku, o tyle sztuczne rozciąganie każdej niemal sceny, doprowadziło głównie do tego, że wynudziłem się jak mops (albo jak jakikolwiek inny, ale bardzo znudzony pies). Fakt że zawsze udawało mi się zwrócić uwagę na kluczowe momenty, nie rekompensuje tych długich minut, w których grzebałem sobie w pępku, albo oglądałem opadające kłębki kurzu, zamiast podziwiać dwóch facetów siedzących za stołem (tym bardziej, że ich losów zdołałem domyślić się już jakieś pięć minut wcześniej). Rozumiem wizję artystyczną Sergio Leone oraz to, że komuś może się to bardzo podobać, ale ja po jakimś czasie miałem dość. Dobry, zły i brzydki , to w moim subiektywnym odczuciu najgorsza część trylogii, zawierająca przy tym dwie najlepsze sceny z całej trójki - ot, taki paradoks.

Z tych trzech seansów udało mi się wyciągnąć prosty wniosek - dla fanów westernu, a nawet dla łowców motywów obecnych we współczesnym kinie, Trylogia Dolarowa wciąż stanowi niezwykle łakomy kąsek. Choć są to filmy nieco wolniejsze i dostojniejsze, niż dzisiejsze kino akcji, potrafią wynagrodzić cierpliwego widza świetną muzyką, pięknymi widokami i stosunkowo nieprzewidywalną fabułą. Prawdopodobnie podobne doświadczenie będzie szokiem dla ludzi wychowanych na Transformersach, Gwiezdnych Wojnach, czy innego rodzaju Niezniszczalnych, ale jeśli nie brakuje Wam fascynacji szerzej pojętym kinem, będziecie zadowoleni.

Moje oceny:

Za garść dolarów: 8/10
Za kilka dolarów więcej: 8,5/10
Dobry, zły i brzydki: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz