piątek, 28 kwietnia 2017

William Peter Blatty - Egzorcysta

Zwykle po obejrzeniu ekranizacji, nie czuję jakiejś ogromnej potrzeby, by próbować dotrzeć do wersji oryginalnych. Po seansie Ojca Chrzestnego nie sięgnąłem po Puzo, po kinowej odsłonie X-menów nie widziałem potrzeby docierania do zeszytów komiksowych, które zawierałyby przygody mutantów, które przed chwilą obejrzałem, ba, nawet po obejrzeniu obrad sejmowych, nie nabrałem ochoty na przeczytanie Historii Gówna (tak, też jestem zaskoczony, ale jest taka książka). Dla Egzorcysty zrobiłem jednak wyjątek. Głównie dlatego, iż jest to jedna z najbardziej przełomowych produkcji w historii kina grozy, film-fenomen, o którym na przestrzeni lat dyskutowano na tysiącach konwentów, setkach uczelni filmowych i dziesiątkach czarnych mszy w przerwach między zabijaniem dziewic i zjadaniem kotów (albo odwrotnie). Nie ukrywam więc, że byłem żywo zainteresowany książkowym pierwowzorem, który zainspirował niedawno zmarłego Blatty’ego, do przeniesienia historii opętanej dziewczynki na ekrany kin. I cóż, nie jestem w najmniejszym stopniu zaskoczony.

Książka krok w krok podąża tropem znanej mi już od dawna, filmowej wersji Egzorcysty. Opętana Regan, jej histeryczna matka, tracący wiarę ksiądz i zafiksowany na punkcie kina detektyw - bohaterowie zgadzają się co do joty. Literacka wersja rozszerza troszkę gamę postaci o służącego Karla oraz jego rodzinę, która w ekranizacji została w dużej mierze pominięta. Wątki związane z Karlem nie są jednak na tyle ciekawe, by fani kina mieli czego żałować.  Poza tym zgadzają się przecież wszystkie znaczące wydarzenia. Zabawy planszą Oujia, bieganie po lekarzach, aż wreszcie prawdziwa zabawa w dobrym, demonicznym towarzystwie. Ba, mało tego, znaczna część dialogów, które odbywają się w książce, to wyłącznie nieco rozszerzone rozmowy z filmu.

I teraz mam z tą powieścią mały problem. Z jednej strony styl w jakim jest napisana i niezwykle ciekawa historia jaką udało się w niej przedstawić, sprawiły, że czytało mi się ją z ogromną przyjemnością. Z drugiej jednak strony nie znalazłem w niej kompletnie nic nowego. Czasami narzekamy, że ekranizacje zbytnio odbiegają od książkowych pierwowzorów. Tutaj jest dokładnie na odwrót. I muszę niestety stwierdzić, że sytuacja, w której wizja tej samej historii w obydwu opisywanych mediach jest identyczna, również nie okazała się czymś zanadto komfortowym. W gruncie rzeczy dostałem identyczną historię, tyle że w dwóch wersjach. I przyznam, że mimo przyjemnie spędzonego czasu, odnoszę wrażenie, że w jakimś niewielkim stopniu go straciłem.


Jeżeli nie mieliście okazji oglądać filmu, przeczytajcie książkę. Zrobienie tego w odwrotnej kolejności również jest możliwe (i w sumie bezbolesne), ale wówczas możecie wyciągnąć wnioski podobne do moich. A podzielenie mojej opinii, to pierwszy krok prowadzący na ścieżkę zła, okrucieństwa i upierdliwego czepialstwa.

sobota, 15 kwietnia 2017

Stygmaty (1999)

Biorąc pod uwagę, iż za pasem kolejne święta Wielkanocy, tematyka wpisu pozostanie wybitnie katolicka. Stygmaty są bowiem dziełem głęboko zanurzonym w symbolice chrześcijańskiej, produkcją tyleż klimatyczną, co kontrowersyjną. Choć przesłanie płynące z tego obrazu może być odebrane niezwykle krytycznie przez całe grono zagorzałych katolików, jednego nie można mu odmówić - to cholernie dobrze zrealizowane kino grozy.

Stygmaty opowiadają o losach zwykłej, zdawałoby się szarej fryzjerki, która pewnego dnia otrzymuje od swojej matki nietypowy prezent - różaniec niedawno zmarłego, obdarzonego niezwykłą estymą zakonnika. Wakacyjny prezent wysłany przez matkę już wkrótce zaczyna stwarzać problemy, a nasza bohaterka, Frankie Paige, zostaje „obdarowana” (choć to nie jest słowo, którego zwykło się używać po otrzymaniu dwóch cholernie mocno krwawiących ran przy nadgarstkach) swoimi pierwszymi stygmatami. Do poprowadzenia kościelnego śledztwa w tej sprawie oddelegowany zostaje ojciec Andrew Kiernan. Tak oto rozpoczyna się intryga, która wstrząśnie fundamentami kościoła katolickiego.
Kiedy czytasz programy wyborcze polskich partii politycznych...
Stygmaty to bardzo charakterystyczna produkcja, która choć niewątpliwie czerpie z klasyków w stylu Egzorcysty, ma na siebie własny pomysł i potrafi zainteresować widza nie tylko efektami specjalnymi, ale także rozwojem fabuły. Historia w której do samego końca nie wiadomo, kto stoi za wydarzeniami spotykającymi Frankie, nieustanne bombardowanie widza symboliką chrześcijańską, doskonałe i nieprzesadzone budowanie całej otoczki historycznej inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami, sprawiają, że da się bez najmniejszego problemu wsiąknąć w klimat Stygmatów i śledzić akcję z niecierpliwością - nawet jeśli bez większego przerażenia.
Kiedy świętujesz zdanie egzaminu i budzisz się dzień później...
Niewątpliwie pomaga w tym także bardzo przyzwoite aktorstwo, które stanowi dla mnie największe, pozytywne zaskoczenie. Szczególnie przyjemnie oglądało mi się występ Patricii Arquette, która stanęła przed naprawdę trudnym zadaniem. Zadaniem, które udało jej się sprawnie wykonać niemal w stu procentach. Towarzyszący jej Gabriel Byrne grający księdza Kiernana, również wypadł całkiem przywozicie. Biorąc pod uwagę, że aktorzy drugiego plany nie zdołali niczego popsuć, trzeba przyznać, że odwalono kawał dobrej roboty. Na tym jednak przyjemne zaskoczenia się nie skończyły - solidna praca osób odpowiedzialnych za charakteryzację, eksperymentowanie ze światłem i pracą kamery, bardzo dobra muzyka - każdy element wpływał na to, że Stygmaty oceniam jako jeden z najlepszych horrorów zanurzonych w świecie wiary katolickiej.

Jedynym problemem może być moralna strona tego obrazu. Wkroczenie na niezwykle grząski teren wiary, wiąże się z tym, że krytykowane instytucje i zrzeszeni w nich ludzie, mogą nie docenić całej reszty. I rzeczywiście, trudno pominąć, iż mamy do czynienia z kolejnym obrazem przedstawiającym tyleż ciemną, co kompletnie nierealną stronę kościoła jako instytucji. Kolejną pożywką dla ludzi bezrefleksyjnie krytykujących watykańską hierarchię i systematykę działania. A jednak pozostając w przekonaniu, iż całość ma być fikcyjnym obrazem, który postawi poważne, rzeczywiste pytania, trudno nie docenić zalet technicznych i wizualnych, które kryją się za tym dość prostym w swej konstrukcji horrorem.
Kiedy ze starszym bratem wychodzisz na imprezę i negocjujesz z rodzicami godzinę powrotu...
Dlatego też szczerze polecam. Przede wszystkim tym, którzy mają ogólne pojęcie o symbolice katolickiej, choć z samym kościołem utrzymują dość luźny kontakt - im Stygmaty spodobają się najbardziej. Dla wojujących katolików będzie to oczywiście stos herezji, dla wojujących ateistów broń zbudowana na podstawie fikcyjnych elementów. Najlepiej będą się zaś bawić Ci, podchodzący do Stygmatów jak do zwykłego, bardzo solidnego kawałka horroru i takie podejście polecam Wam najmocniej.


Moja ocena to: 8/10

niedziela, 9 kwietnia 2017

Podwójne uderzenie - w sam środek pieńka i pięć metrów nad bramką, czyli podsumowanie dwóch krótkich lektur...

Lars Mytting - “Porąb i spal. Wszystko co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie.”


Początkowo miałem mały problem z tą książką. Nie byłem w stanie zbyt dokładnie przełożyć sobie moich doświadczeń związanych z pozyskiwaniem i przeróbką drewna, na warunki dość bogatej Norwegii, dysponującej nie tylko długoletnią kulturą wycinki drzew, ale także sprzętem, który zdecydowanie nie jest standardem we wsiach wschodniej Polski. Gdy więc Mytting pisał o kombajnach do drzewa, ja miałem w pamięci rozkopaną i miękką ziemię bagnistej łąki, z której w ogromnych męczarniach trzeba było wyciągać kłody drzewa. Gdy opisywał rodzaje najlepszych pił, ja wyobrażałem sobie wysłużoną piłę mojego ojca, której wątpliwa niezawodność wpłynęła na poszerzenie zasobu słów wulgarnych używanych przez 3/4 rodziny. Kiedy wymieniał dziesięć rodzajów siekier, z której każda miała realizować inne zadania, ja przypominałem sobie swoją starą siekierę, wykutą jeszcze w czasach gdy słowo fiskars wydawało się jakimś tajemniczym zaklęciem, a nie nazwą popularnego producenta. I tak było ze wszystkim - rodzajami i konstrukcjami nowoczesnych pieców, sposobami układania drewna, metodami jego suszenia, czy odpowiednich warunków składowania. 

I mimo wszystko udało się autorowi uchwycić ten szczególny rodzaj romantyzmu, który sprawia, iż nawet po najbardziej męczącym dniu harówki przy drewnie, wracasz do domu równie zadowolony z siebie, co wyczerpany. I chyba o to tutaj chodziło - o oddanie hołdu tej specyficznej, bardzo prostej i zdawałoby się czysto utylitarnej czynności. Nie sądziłem, że ta książka mi się spodoba, ale wydaje mi się, że dla każdego, kto chociaż raz pracował przy drewnie, będzie ona miała naprawdę dużo uroku. Nie rozumiem powodów dla których mieliby się nią zachwycać ludzie żyjący od pokoleń w mieście i niemający żadnych kontaktów z pracą tego rodzaju, ale dla całej reszty powinna być to całkiem fajna lektura.

 Moja ocena to: 7/10


Andrea Pirlo, Alessandro Alciato - „Pirlo. Myślę, więc gram”.


Jest to jedna z najgorszych biografii jakie było mi dane czytać. Na lekturę zdecydowałem się z dwóch bardzo istotnych powodów - po pierwsze jestem ogromnym fanem talentu tego włoskiego pomocnika. Po drugie uważałem go za człowieka szalenie inteligentnego, wirtuoza piłki, ale i kogoś obdarzonego ponadprzeciętną mądrością w życiu prywatnym. I cóż, teraz wcale nie jestem tego taki pewny... 

Zacznijmy od tego, że opis książki kompletnie nie oddaje rzeczywistości. Anegdot nie ma zbyt wielu (z całą pewnością nie ma ich „tysiąca”), wstydliwe sekrety kolegów z szatni, to na przykład takie, że Inzaghi lubił postawić klocka przed meczem, albo że Gilardino nosił w torbie swoje stare buty, które miały mu przynosić szczęście, a fascynujące wspomnienia dotyczą głównie trzech, czy czterech przegranych spotkań i kilku negocjacji transferowych. Ot, taki standard jeśli chodzi o biografie sportowców. 

Pomijając kila ciekawych zdań na temat konieczności wprowadzenia powtórek telewizyjnych do profesjonalnej piłki, reszta jest bardzo przeciętną laurką wystawioną swoim dawnym kolegom i trenerom (a przynajmniej większości z nich), przesiewaną dygresjami związanymi np. ze stosowaniem dopingu w kolarstwie (gdyby mnie to obchodziło, poczytałbym książkę o kolarstwie).

Nie zaprzeczę jednak, że książkę czyta się wręcz błyskawicznie. Ogromna interlinia, spora liczba bardzo przeciętnych zdjęć i prosty język sprawiają, że nie może być inaczej. Na poziomie merytorycznym biografia Pirlo rozczarowuje. Przez ogromną część tej lektury nie mogłem powstrzymać myśli, iż nie tylko Andrea nie chciał opowiedzieć zbyt wiele o tym jak wyglądało jego życie prywatne w czasie trwania kariery piłkarskiej, ale stworzył tę biografię wyłącznie w celu wyciągnięcia dodatkowych groszy, na ostatniej fali swojej znacznej popularności. Biorąc pod uwagę stosunek ceny do jakości - jestem bardzo mocno rozczarowany.

Moja ocena to: 4/10


poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Timothy Snyder- "Czarna Ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie"

Holokaust stał się tematem niejednej książki. Temat ten rozpatrywano już z perspektywy historycznej, psychologicznej, czy socjologicznej. Jako zjawisko bezprecedensowe stał się nie tylko przejawem największego okrucieństwa do jakiego zdolna jest istota ludzka, ale z czasem także fenomenem popkulturowym. O żydowskiej zagładzie pisano, nawiązywano do niej w tekstach piosenek, poświęcono jej kilkadziesiąt (a może nawet kilkaset) filmów różnego formatu. I gdy wydaje się, że wszystko na ten temat zostało już powiedziane, pojawia się taki Timothy Snyder, który udowadnia, że nawet do niemal wyczerpanego tematu, można wciąż dodać coś konstruktywnego.

Biorąc do ręki książkę „Czarna Ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie”, nie skupiałem się zanadto na drugiej części  tytułu. Liczyłem na książkę historyczną, która w zgrabny sposób podsumuje znane mi fakty. Choć nie jestem specjalistą w tej tematyce, a zagłada Żydów nigdy nie była tematem, którym specjalnie mocno miałbym się interesować, na przestrzeni swojego życia odwiedziłem Auschwitz oraz Majdanek. Wydawało mi się więc, że znam skalę zniszczenia jaka dotknęła naród żydowski w Europie. Okazało się jednak, że badania Snydera są w stanie rzucić znacznie jaśniejsza światło na minione wydarzenia, a w dodatku stanowią bardzo jasne ostrzeżenie przed możliwością ich ponownego wystąpienia.

Snyder oparł swoje rozważania na kilku wartych przemyślenia teoriach. Zakwestionował na przykład biurokratyzację, jako czynnik bezpośrednio prowadzący do zagłady. Wskazał, iż to właśnie istnienie państw, choćby marionetkowych, w dużej mierze umożliwiało Żydom przeżycie w Europie. Autor podjął się przy tym dość skomplikowanego zadania polegającego na przekrojowym przedstawieniu czynników wpływających na ilość zbrodni w poszczególnych rejonach Europy. Zwrócił uwagę przede wszystkim na podwójną okupację (przez ZSRR oraz hitlerowskie Niemcy) oraz rozpad struktur państwowych, kwestie etniczne i narodowościowe oraz problemy terytorialne (szczególnie w przypadku Rumunii, Węgier oraz Ukrainy). Co charakterystyczne na dalszym planie znalazły się kwestie związane ze ślepym antysemityzmem.

Najistotniejsze jest jednak to, że swoje bardzo ciekawe rozważania Snyder przekłada na współczesny i przyszły świat. Choć jego wizja jest beznadziejnie krytyczna, w ciekawy sposób wiąże holokaust z globalizacją i wskazuje na jego nieuchronność wobec pogarszania się warunków życia na naszej planecie. Muszę przyznać, że po raz pierwszy spotkałem się z taką perspektywą i choć myślałem nad nią już od kilku dni, wciąż trudno mi wyrobić sobie jednoznaczne zdanie co do jej zasadności. Faktem pozostaje jednak to, że książka zmusza do poważniejszych rozważań, co w przypadku lektur historycznych nie zdarza się wcale tak często (wbrew wszelkim pozorom).

Czy książka ma wady? Cóż, troszkę raziło mnie przywołanie jako znaczącego autorytetu imć Jana Tomasza Grossa, co stoi w sprzeczności z całkiem niezłą opinią Snydera o Polakach. Pomijając jednak kwestie personalne, trzeba także zauważyć, że swoje tezy autor Czarnej Ziemi popiera bardzo konkretnymi argumentami. Problem w tym, że dość często je powtarza. Te same tezy zostają potwierdzane przez te same argumenty - często zmieniają się tylko rozdziały lub opisywany rejon geograficzny. O dziwo nie przeszkadza to jakoś szczególnie w samej lekturze.

Czy w takim razie polecam? Ależ owszem. Zarówno tym, którzy chcą poszerzyć swoją wiedzą o tej haniebnej plamie na honorze całej ludzkości, jak i osobom szukającym innego, świeżego spojrzenia na holokaust. Tym bardziej, że wbrew temu, co lubimy o sobie myśleć, nie jest to wcale zjawisko, które nie może się powtórzyć w przyszłości.


Moja ocena to: 7.5/10