sobota, 15 kwietnia 2017

Stygmaty (1999)

Biorąc pod uwagę, iż za pasem kolejne święta Wielkanocy, tematyka wpisu pozostanie wybitnie katolicka. Stygmaty są bowiem dziełem głęboko zanurzonym w symbolice chrześcijańskiej, produkcją tyleż klimatyczną, co kontrowersyjną. Choć przesłanie płynące z tego obrazu może być odebrane niezwykle krytycznie przez całe grono zagorzałych katolików, jednego nie można mu odmówić - to cholernie dobrze zrealizowane kino grozy.

Stygmaty opowiadają o losach zwykłej, zdawałoby się szarej fryzjerki, która pewnego dnia otrzymuje od swojej matki nietypowy prezent - różaniec niedawno zmarłego, obdarzonego niezwykłą estymą zakonnika. Wakacyjny prezent wysłany przez matkę już wkrótce zaczyna stwarzać problemy, a nasza bohaterka, Frankie Paige, zostaje „obdarowana” (choć to nie jest słowo, którego zwykło się używać po otrzymaniu dwóch cholernie mocno krwawiących ran przy nadgarstkach) swoimi pierwszymi stygmatami. Do poprowadzenia kościelnego śledztwa w tej sprawie oddelegowany zostaje ojciec Andrew Kiernan. Tak oto rozpoczyna się intryga, która wstrząśnie fundamentami kościoła katolickiego.
Kiedy czytasz programy wyborcze polskich partii politycznych...
Stygmaty to bardzo charakterystyczna produkcja, która choć niewątpliwie czerpie z klasyków w stylu Egzorcysty, ma na siebie własny pomysł i potrafi zainteresować widza nie tylko efektami specjalnymi, ale także rozwojem fabuły. Historia w której do samego końca nie wiadomo, kto stoi za wydarzeniami spotykającymi Frankie, nieustanne bombardowanie widza symboliką chrześcijańską, doskonałe i nieprzesadzone budowanie całej otoczki historycznej inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami, sprawiają, że da się bez najmniejszego problemu wsiąknąć w klimat Stygmatów i śledzić akcję z niecierpliwością - nawet jeśli bez większego przerażenia.
Kiedy świętujesz zdanie egzaminu i budzisz się dzień później...
Niewątpliwie pomaga w tym także bardzo przyzwoite aktorstwo, które stanowi dla mnie największe, pozytywne zaskoczenie. Szczególnie przyjemnie oglądało mi się występ Patricii Arquette, która stanęła przed naprawdę trudnym zadaniem. Zadaniem, które udało jej się sprawnie wykonać niemal w stu procentach. Towarzyszący jej Gabriel Byrne grający księdza Kiernana, również wypadł całkiem przywozicie. Biorąc pod uwagę, że aktorzy drugiego plany nie zdołali niczego popsuć, trzeba przyznać, że odwalono kawał dobrej roboty. Na tym jednak przyjemne zaskoczenia się nie skończyły - solidna praca osób odpowiedzialnych za charakteryzację, eksperymentowanie ze światłem i pracą kamery, bardzo dobra muzyka - każdy element wpływał na to, że Stygmaty oceniam jako jeden z najlepszych horrorów zanurzonych w świecie wiary katolickiej.

Jedynym problemem może być moralna strona tego obrazu. Wkroczenie na niezwykle grząski teren wiary, wiąże się z tym, że krytykowane instytucje i zrzeszeni w nich ludzie, mogą nie docenić całej reszty. I rzeczywiście, trudno pominąć, iż mamy do czynienia z kolejnym obrazem przedstawiającym tyleż ciemną, co kompletnie nierealną stronę kościoła jako instytucji. Kolejną pożywką dla ludzi bezrefleksyjnie krytykujących watykańską hierarchię i systematykę działania. A jednak pozostając w przekonaniu, iż całość ma być fikcyjnym obrazem, który postawi poważne, rzeczywiste pytania, trudno nie docenić zalet technicznych i wizualnych, które kryją się za tym dość prostym w swej konstrukcji horrorem.
Kiedy ze starszym bratem wychodzisz na imprezę i negocjujesz z rodzicami godzinę powrotu...
Dlatego też szczerze polecam. Przede wszystkim tym, którzy mają ogólne pojęcie o symbolice katolickiej, choć z samym kościołem utrzymują dość luźny kontakt - im Stygmaty spodobają się najbardziej. Dla wojujących katolików będzie to oczywiście stos herezji, dla wojujących ateistów broń zbudowana na podstawie fikcyjnych elementów. Najlepiej będą się zaś bawić Ci, podchodzący do Stygmatów jak do zwykłego, bardzo solidnego kawałka horroru i takie podejście polecam Wam najmocniej.


Moja ocena to: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz