wtorek, 8 sierpnia 2017

Train to Busan (2016)

Choć odkładałem ten seans bardzo długo, wreszcie nadszedł czas na spotkanie z południowokoreańskimi zombie. Pociąg do Busan to bardzo charakterystyczna produkcja, która z miejsca stała się boxoffice’owym hitem (na miarę wyników koreańskiej kinematografii oczywiście). Od dawna zastanawiałem się, co takiego przyciągało ludzi do produkcji tak dalekiej nam kulturowo. Banalna odpowiedź, iż były to wyłącznie żywe trupy w żadnym wypadku mnie nie satysfakcjonowała. Po seansie muszę stwierdzić, że nadal nie wiem, czym był ten magiczny czynnik.

Fabuła jest banalna - typowy biały kołnierzyk w dzień urodzin swojej córki, godzi się na zabranie jej w podróż pociągiem mającą prowadzić do matki dziewczynki. Standardowa przejażdżka (która jest zresztą szalenie nie na rękę zapracowanemu ojcu) okazuje się jednak prawdziwą walką o życie. Wyciek bliżej niezidentyfikowanej substancji biologicznej zamieniającej ludzi w żywe trupy, umila naszym bohaterom tę krótką, acz niezwykle intensywną wycieczkę. Po drodze pojawiają się oczywiście inni, często bardzo charakterystyczni współpodróżni, którzy w większości noszą na plecach karteczki z napisem „zjedz mnie”, widoczne dla każdego widza obytego z tego typu kinem.
 
"Albo chodź, przytul mnie, albo odejdź i przebacz, i niech stanie się to tu i teraz..."
Wszystko w tej opowieści wygląda więc prosto i sztampowo? Nic bardziej mylnego, gdyż cały obraz ma też drugie dno. Komentarz społeczny dotyczący korporacyjnych struktur, ewidentne inspiracje prawdziwym wirusem MERS, który w 2015 roku porządnie przestraszył Koreańczyków, czy wreszcie opowieść o odwadze, rodzicielstwie i poświęceniu. Brzmi całkiem nieźle? Moim zdaniem jak najbardziej - i wszystko byłoby w porządku, gdyby w całej historii nie zabrakło jednego - nieco więcej serca. I choć reżyser mógł odnieść wrażenie, że brak tej iskry można ukryć pod grubą warstwą szybkich zombiaków, powtarzających się nieustannie schematów prowadzenia akcji, czy nazbyt teatralną grą aktorską, oświadczam niniejszym, że nie byłem w stanie tego kupić.

Moim największym problemem jest to, że film o zombie rozgrywający się głownie w szeregu ciasnych pomieszczeń, nie powinien nudzić nawet przez chwilę. Cóż, ten mnie niestety znudził. Nie chodzi nawet o to, że mam ADHD, czy robaki w wiadomej części ciała - problemem jest nieustannie powtarzający się schemat ucieczki przed żywymi trupami. Te drzwi zatrzaskiwane w ostatnim momencie, gasnące i pojawiające się światła, przeskakiwanie między kolejnymi kryjówkami - ciągle w niemal identyczny i mało angażujący sposób. Rozumiem też, że zwykli pasażerowie pociągu nie mogą być mistrzami sztuk walki, ale te sekwencje akcji...cóż, kino azjatyckie poznałem z o wiele lepszej strony. Poza tym zawsze w takich produkcjach liczę na solidną dawkę gore, zupełnie niesmacznego rozszarpywania rekwizytów do tego przeznaczonych, albo chociaż fajnego CGI z latającymi w powietrzu flakami. A tu jest jakoś tak dziwnie...przystępnie? Ba, nie dość, że i tak jest bardzo zwyczajnie, casualowo, to odbiór filmu przez szeroką publiczność ułatwiają jeszcze patetyczne sceny rodem z kiepskiego melodramatu, na które w tego typu produkcjach zawsze patrzę z niechęcią.
"Leżę sobie, nic nie robię..."
Należy jednak oddać cesarzowi, co cesarskie. Sceny w których na bohaterów rzucają się całe tłumy truposzy tłoczące się w ciasnym pomieszczeniu, wyglądają świetnie. Kilka scen walki trzyma całkiem przyzwoity poziom (niestety nie wszystkie), koreańska odmiana żywych trupów rzeczywiście jest oryginalna, a sam film przemyca pod płaszczykiem prostej rozrywki konkretne przesłanie. Nie oznacza to jednak, że mam zamiar kiedykolwiek wrócić do tego pociągu - niestety nie porusza się on torem, którym powinny podążać moje zombie.


Moja ocena to: 5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz