niedziela, 24 września 2017

"To"/ "It" (2017)

Na ekrany polskich kin trafiła przed kilkoma tygodniami filmowa adaptacja jednej z moich ulubionych powieści Stephena Kinga - „To”. Obawy były ogromne. Ba, nawet mimo pozytywnych recenzji osób, które miały okazję obejrzeć ekranizację przede mną, kompletnie nie wierzyłem w powodzenie tego projektu. Spodziewałem się szalenie ugrzecznionej, hollywoodzkiej produkcji z irytującymi bohaterami granymi przez nastoletnich aktorów, bez odpowiedniego przygotowania i warsztatu. Na szczęście tym razem bardzo się pomyliłem.

Fabuła stanowi dość wierne odzwierciedlenia książkowej historii. Tajemniczy klaun Pennywise terroryzuje miasteczko Derry. Przeciwko jego nikczemnym działaniom występuje niewielka grupa nastolatków kierowana przez jąkającego się Billa Denbrough. Oprócz Billa powracają inne postaci znane z powieści - między innymi gadatliwy Richie, grubasek Ben, syn żydowskiego rabina - Stan, czy wreszcie wychowywany przez przewrażliwioną matkę Eddie. Biorąc pod uwagę liczbę bohaterów i konieczność zarysowania charakteru każdego z nich, należy przyznać, że osoby odpowiedzialne za scenariusz odwaliły kawał świetnej roboty. Naprawdę miałem wrażenie, że to są te same osoby, które dane mi było poznać przed kilkoma laty na kartach powieści Stephena Kinga. Nie rozczarował także sam Pennywise, który w sposób idealny połączył humor z grozą, tworząc tym samym taką postać morderczego klauna, jakiej mogli oczekiwać fani książki.
Fajne balony

Co dla mnie szczególnie istotne, „To” nie jest typowym filmem grozy. Podobnie jak w książce Stephena Kinga potwór z zaświatów tylko wydaje się stać na pierwszym planie, choć tak naprawdę znacznie istotniejsze wydaje się tło i środowisko, w którym przyjdzie mu operować.  Klimat małego miasteczka zmagającego się z codziennymi problemami wydaje się tu elementem nieco zmarginalizowanym ze względu na ramy czasowe filmu, aczkolwiek niewątpliwie udało się go w pewnym stopniu zachować. Prześladowanie przez rówieśników, izolacja społeczna, gwałty na nieletnich, obojętność na krzywdę innych, przemoc w rodzinie - wszystkie wielkie problemy, o których często się mówi, bez problemu znajdziemy w domach bohaterów „To”. Bez zbędnego moralizowania i pouczania mamy okazję zaobserwować fragmenty rzeczywistego, codziennego życia protagonistów, które nawet bez potwora z Derry nie należałoby do najłatwiejszych.
Penetrowanie kanału
Jeżeli „To” nie zostanie potraktowane jako sentymentalny powrót do znanych wydarzeń, z całą pewnością nie sprawdzi się też jako typowy horror. Choć twórcy usilnie starają się przestraszyć oglądających za pomocą klasycznych scary jumpów, czy różnorodności form straszenia, zwykle nie wychodzi to najlepiej. Ponadto sama postać komicznego klauna Pennywise’a okaże się straszna dla bardzo wąskiej grupy widzów.I choć mi to absolutnie nie przeszkadzało, dla wielu będzie stanowiło spory problem.
Zabawy z lalkami
Jeśli nie oczekujecie buk wie czego, a waszym marzeniem jest obejrzenie solidnego filmu opartego na Waszej ulubionej powieści, powinniście być usatysfakcjonowani. Jeżeli jednak spodziewacie się dobrego filmu grozy możecie sobie odpuścić. Osobiście uważam jednak, że warto wybrać się na tę produkcję - bawiłem się na niej całkiem nieźle i nie uważam poświęconego jej czasu za stracony. Ba, ponownie nabrałem ochotę na powrót do książki, co w przypadku ekranizacji nie zdarza mi się wcale tak często. Jestem też przekonany, że do „To” będę od czasu do czasu wracał - choćby po to, by raz jeszcze spotkać się z moim ulubionym klaunem.


Moja ocena to: 7/10 

piątek, 1 września 2017

Oldboy (2003) vs. Oldboy (2013)

Powszechnie uważa się, że Oldboy ukazał się w dwóch wersjach - jako amerykański remake i tej dobrej. Czy możliwe jest jednak, iż film wychodzący dziesięć lat po swym koreańskim pierwowzorze, faktycznie może być znacznie gorszy? Czy tak długi okres pozwalający wyciągnąć wnioski, dostosować obraz do współczesnych odbiorców i wykorzystać nowe metody operatorskie, rzeczywiście mógł pójść na marne?

1. Fabuła
Opowieść w obu przypadkach jest niemalże identyczna. Uwięziony przez buk wie kogo mężczyzna, zostaje uwolniony po czternastu latach. W tak nietypowej sytuacji nie jest w stanie myśleć o niczym innym, niż brutalna zemsta na swych prześladowcach. Koreańska wersja Oldboya wyróżnia się tu na tle amerykańskiego odpowiednika o wiele bardziej kontrowersyjnym zakończeniem. Mój chory i zdegenerowany umysł nie jest w stanie pominąć tego elementu i z pełną odpowiedzialnością przyznaje, że ta wersja podobała mi się nieco bardziej.

2. Główny bohater
Min-sik Choi grający nieco zwariowanego Dae-su Oha jest nie do prześcignięcia. Rozczochrany Koreańczyk idealnie pasuje do roli zwariowanego mściciela, a zaangażowanie w ukazanie pełnej palety emocji jest u niego widoczne już po kilku minutach obcowania z filmem. Problem w tym, że nie każdy uwielbia ekspresyjność charakterystyczną dla azjatyckiego kina. Takim widzom bardziej po drodze będzie z wyważonym i stonowanym Joshem Brolinem w roli Joe Doucetta. Choć nieraz irytowała mnie jego mimika, to całą postać oceniam bardzo pozytywnie. Facet całkiem nieźle odnalazł się w roli twardego sukinsyna, a jego interpretacja postaci mściciela również do mnie trafiła.

3. Postaci poboczne
W wersji amerykańskiej są naprawdę słabe. Choć robiono wszystko, by nadać im odrobinę charakteru, trudno wskazać którąkolwiek z nich, jako wykreowaną lepiej, niż w pierwowzorze. Okej, kochanka mściciela jest tu dużo lepiej zagrana, ale to chyba zasługa szalenie irytującej Mido, a nie kunsztu aktorskiego Elizabeth Olsen. Przyjaciel głównego bohatera w obu przypadkach jest bez wyrazu. Główny „zły” w przypadku interpretacji amerykańskiej miał być zmanierowanym gejem, a mimo to nie miał w sobie tyle charakteru, co jego koreański kolega. Postaci poboczne ze starego Oldboya są bardziej tajemnicze i intrygujące, więc trudno nie wskazać ich jako zwycięzców w tym pojedynku.

4 Sceny walki.
O dziwo stara wersja nie jest tak dobra w tej kwestii, jak miałem okazję ją zapamiętać. Zaskakująco duża część ciosów wygląda nienaturalnie i nie dochodzi do celu. Na plus wypada jednak wrażenie, że czyste ciosy zadane przez głównego bohatera, mają potężną siłę. Amerykańska wersja nie wypada wcale lepiej. Ponadto nie korzysta z nowych motywów, oferując widzowi tę samą pracę kamery, podobny zestaw ciosów, a nawet odtwarza dokładny przebieg walk z koreańskiej wersji.

5. Kontrowersyjność
„Nowy” Oldboy jest nieco ugrzeczniony. W przypadku głównego wątku fabularnego wprowadza pewne zmiany mające zaostrzyć wydźwięk historii, jednak później stawia na zbyt przystępne zakończenie, co jest odrobinę niekonsekwentne. Oba filmy mają swoje obrzydliwe momenty, choć w tej kwestii zdecydowanie przoduje koreański Oldboy. Starsza wersja wygrywa też w ukazaniu scen łóżkowych i emocjonalnej relacji łączącej biorących w nich udział bohaterów. Jeśli mam być jednak szczery, cieplejsze uczucia żywię wobec piersi Elizabeth Olsen, niż Hye-jeong Kang.

6. Odbiór wizualny
Amerykański Oldboy jest nieco bardziej kolorowy, jaskrawy, wpasowujący się w ten współczesny trend niebiesko-pomarańczowych, miłych dla oka hollywoodzkich obrazów. Choć wydawało mi się, iż to stary Oldboy jest znacznie mroczniejszy, pod względem kolorystycznym, na pierwszy rzut oka wygląda bardzo podobnie. Różnica jest taka, że kolory w koreańskiej wersji są mocno sprane, pokoje w których toczy się akcja brudne, oświetlenie często nie obejmuje całego kadru, a zaledwie jego część. Właśnie ten brak sterylności sprawia wrażenie, że widz obserwuje chaotyczny, brudny i niebezpieczny świat, co w tego typu produkcji tylko potęguje wydźwięk całej historii.

7. Wskaźnik zażenowania
Biorąc pod uwagę, że nowsza interpretacja tej opowieści jest bardzo zbliżona do naszego kręgu kulturowego, nie byłem w stanie dostrzec elementów wyraźnie żenujących. Niestety niejednokrotnie czułem się głupio oglądając koreańskiego Oldboya. Halucynacje z ogromną mrówką, śpiewanie idiotycznej piosenki jako sygnał, że dziewczyna jest gotowa na szybki numerek, czy scena w której główny bohater udaje psa, to elementy przy których z mieszanymi uczuciami pocierałem czoło zastanawiając się, co to do cholery miało być.

Biorąc pod uwagę siedem, zupełnie niezwiązanych z czymkolwiek i z dupy wziętych kategorii, ocena jakości Oldboyów, wygląda tak: