wtorek, 17 października 2017

Krucyfiks, The Crucifixction (2017)

Problem opętania nie jest niczym nowym dla kina grozy. Podobną tematykę poruszały liczne klasyki, które zapisały się w historii horroru złotymi zgłoskami - z Egzorcystą, Obecnością i Amityville na czele. Niestety ten szlachetny motyw zgwałciło o wiele więcej kiepskich produkcji - The Possesion Experiment, The Exorcism of Molly Hartley, czy Grace: Opętanie - to tylko nieliczne przykłady wyłowione z całego worka horrorowych odpadków, których nikt nie powinien znać (i na szczęście niemal nikt nie zna). Czasem pojawia się jednak kolejna produkcja, poprzedzona solidnymi zapowiedziami i ogromnymi nadziejami, której żaden szanujący się widz nie jest w stanie sobie odmówić. Takim dziełem wydawał się „Krucyfiks”.

Już sam plakat, którego zasadniczą częścią jest obietnica, iż po raz kolejny spotkamy się z kunsztem twórców Obecności i Annabelle, przykuł moją uwagę. Liczyłem iż „oparta na faktach” historia nieudanych egzorcyzmów rumuńskiej zakonnicy przez równie rumuńskiego księdza Antona, wprawi mnie w zdumienie, zaskoczy, a przede wszystkim przerazi. Choć dwa pierwsze punkty nie zostały do końca zrealizowane, muszę przyznać, że z kina wyszedłem szczerze przerażony. Pośród wielu pytań, które kłębiły się w mojej głowie, jedno z nich przebijało się bowiem na pierwszy plan - jak można było to tak spierdolić?! Choć od seansu minęła już niemal doba, wciąż nie mogę wyjść z podziwu.
Wypuśćcie mnie z tego filmu!!
Zacznijmy od małego żartu, czyli niesamowicie długiej listy zalet. Oddając cesarzowi co cesarskie (choć przyznajmy szczerze, że jest to co najwyżej władca niewielkiego szamba)należy przyznać, że w Krucyfiksie zdarzają się sceny ładne wizualnie. Zabawa światłem słonecznym, kamienne budynki o niezwykle surowym wystroju, czy też panoramy przedstawiające małe, rumuńskie miasteczko, mogą zrobić wrażenie nawet na widzu tak negatywnie nastawionym do całości obrazu jak ja. Na tym ten majestatyczny spis plusów w zasadzie się jednak kończy.

Co w takim razie nie zagrało? Zacznijmy od prostej i schematycznej fabuły, która w żadnym momencie nie przyprawiła mnie o szybsze bicie serca. Mamy tu do czynienia z bardzo ogranym motywem - silna i odważna dziennikarka dręczona ukrytymi problemami emocjonalnymi, wyrusza w poszukiwanie ciekawej historii o nawiedzonej zakonnicy. Prowadząc śledztwo musi odrzucić swój twardy racjonalizm i w finale opowieści zmierzyć z demoniczną siłą. Konieczność śledzenia niezbyt ciekawych losów głównej bohaterki, uzupełniona jest równie nudnymi fragmentami z życia nieszczęśliwej zakonnicy.
Murowany kandydat do nagrody za najgorszy efekt specjalny w horrorze?
Kolejny problem jest jeszcze istotniejszy - Krucyfiks w żadnym momencie nie przestraszy nikogo, kto w życiu widział więcej niż dwa/trzy dobre horrory. Klasyczne i ograne motywy są nie tylko do bólu przewidywalne, ale często sprawiają także wrażenie fatalnie zrealizowanych. W zasadzie wszystkie próby straszenie opierają się na sygnalizowanych jump scare-ach, a kreatywność w tworzeniu klimatycznych scen innego typu, oparła się o dwa przeciętne momenty, niezbędne do zmontowania trailera.

No i to aktorstwo. O muj borze. Jakim cudem mam wkręcić się w klimat filmu, w którym główna bohaterka nawet nie udaje, że jest przerażona? W zasadzie nie ma tu żadnej postaci, która wyróżniłaby się w pozytywny sposób. I nie wiem nawet jakim sposobem można to przypisywać nieudolności aktorów, gdy tym razem ewidentnie winny jest kiepski scenariusz. Swoją drogą należy docenić rumuńskich mieszkańców prowincjonalnych miasteczek, gdyż każdy z nich, kurwa KAŻDY, perfekcyjnie mówi po angielsku. Czapki z głów.

Nie będę dłużej znęcał się nad tą produkcją. To klasyczny przykład kina nastawionego na wyciągnięcie kasy z idiotów takich jak ja. Papka tworzona bez pasji, zaangażowania, czy choćby chwili zastanowienia. Pełnometrażowa produkcja przypominająca bardziej projekt filmowy nieopierzonych studentów, niż poważne podejście do sprawdzonego i wielokrotnie przerabianego motywu opętania. Choć wypad do kina uważam za całkiem udany i przyznaję, że bawiłem się całkiem dobrze, film nie ułatwił mi tego w żadnym momencie. Szczerze odradzam.


Moja ocena to: 3/10 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz