wtorek, 28 listopada 2017

The Punisher s01 (2017)

Drugi sezon Daredevila udowodnił, że przyznanie Frankowi Castle własnego serialu wcale nie należy do najgłupszych pomysłów. Zdecydowanie najmroczniejszy, szalenie brutalny i zaskakująco skomplikowany Punisher wydawał się postacią skrojoną idealnie pod długą, angażującą historię. Netflix wyszedł więc widzom naprzeciw i swym dobrym zwyczajem wypuścił całą serię w połowie listopada, obiecując jeszcze więcej krwi, skomplikowaną opowieść i przede wszystkim jeszcze mroczniejszego Jona Bernthala.

Nie ukrywam, że Punishera uważam za jednego ze swoich ulubionych bohaterów komiksowych wszechczasów. Idea zniszczonego psychicznie żołnierza, którego jedynym celem w życiu stało się wymierzanie kary, przemawiała do mnie od zawsze. Być może ze względu na to, że Castle wciąż jest tylko człowiekiem, który postanawia wziąć sprawy w swoje ręce, być może dlatego, że pod względem moralnym jest to najbardziej niejednoznaczna postać uniwersum, a być może ze względu na świetną stylówkę z kultową czaszką na czele. Punisher od zawsze skierowany był też do dojrzalszej grupy miłośników Marvela. W serialu zdecydowano się uderzyć w jeszcze bardziej ograniczoną część widowni - ludzi nie tylko zdolnych dostrzec tragedię bohatera, ale także zaobserwować problem weteranów wojennych jako grupy społecznej. W serialu rozrywkowym. Opartym na komiksie. Ważny problem społeczny...Czy tylko mi coś tutaj nie pasuje? Nie przeczę jednak, że da się to zrobić dobrze - bolączką nowego Punishera jest jednak brak jakichkolwiek wniosków, które mogłyby być wyciągnięte z całej historii. Ot istnieje problem i trzeba sobie z nim jakoś poradzić. „Jakoś”, bo w gruncie rzeczy brak tu jakichkolwiek rozsądnych pomysłów.
Kiedy zamawiasz pizzę
Największą problemem tej historii nie są jednak niepotrzebnie wygórowane ambicje. W oczy i tak rzuca się głównie brak wciągającej fabuły. Trzynaście niemal godzinnych odcinków z łatwością dałoby się ująć w scenariusz dwugodzinnego filmu. Niestety fakt ten można zaobserwować bardzo szybko. Powrót Franka do jego tradycyjnej działalności wymierzonej w świat przestępczy zajmuje cały odcinek. Cały odcinek nudnych retrospekcji i prób radzenia sobie z cierpieniem. Oczywiście nie sposób zaprzeczyć, że jest to integralna część historii Franka Castle, ale powtarzalność tych scen zwyczajnie usypia. Przez zbyt dużą liczbę scen, w których główny bohater przypomina sobie dawne, szczęśliwsze życie rodzinne, z czasem przestają one wzbudzać jakiekolwiek emocje. Filmy pełnometrażowe zwykle zamykały tę część życia Franka po kilku pierwszych minutach i jestem w stanie zrozumieć sens stojący za takim podejściem. I tak będzie już w każdym odcinku. Co z tego, że budowanie relacji na linii Frank Castle - Micro jest interesujące, skoro tak często wykorzystuje się przy tym uprzednio zastosowane rozwiązania fabularne, że każdy ich dialog zlewa się w jedno. Dokładnie tak samo wyglądają stosunki Punishera z jego oponentami, z agentami służb specjalnych, czy z powracającą bohaterką Daredevila - Karen Page. Jeżeli z całej historii wyciągniemy pojedyncze dialogi i sceny, trudno im cokolwiek zarzucić. Jeśli rozpatrujemy je przez pryzmat całości, często wydają się niepotrzebne i  wprowadzone wyłącznie w celu wydłużenia odcinka do „regulaminowej” długości.
Kiedy czekasz na dostawcę pizzy
Mało tu także Punishera w Punisherze. Przez większość czasu Frank Castle przybiera bowiem rolę filozofa egzystencjalnego, który mimo swej tragicznej przyszłości, zaczyna mieć nadzieję na normalne życie. Dopiero w trzech odcinkach kończących serię mamy tego Punishera, którego dane nam było poznać w komiksach - faceta, który wie, że jego los jest już przesądzony, a jedynym pytaniem jest to, jak wielu sukinsynów uda mu się zabrać ze sobą. I to jest mój Punisher, bohater którego miałem nadzieje oglądać w tym serialu przez cały czas. W tego typu produkcji nie potrzebuję rozwodzenia się nad uczuciowością i problemem straty - wymagam wyłącznie postaci twardego zabójcy, który dzieli ludzi na tych którzy zasługują na pomoc i tych, którzy nie zasługują nawet na życie. Nie ukrywam więc, że zakończenie serii wydało mi się nie mieć odpowiedniego wyrazu, mieć zbyt cukierkowy wydźwięk.
Kiedy próbujesz wycisnąć resztę ketchupu
Mimo iż Punishera rozwodniono tu do granic możliwości, nie jest to tak zły serial jak mogłyby sugerować moje wywody. Przede wszystkim ratują go trzy ostatnie, świetne odcinki. Dopiero w trakcie ich trwania poziom brutalności sięga wyżyn, a widz dostaje Punishera dla którego poświęcił kilka mało interesujących godzin. Ponadto większość aktorów daje sobie świetnie radę. O Bernthalu nie ma co w ogóle wspominać, bo to klasa sama w sobie (swoją drogą jego głos idealnie pasuje do Castle’a). Zaimponowała mi jednak również kreacja Micro, który różni się od swojego komiksowego odpowiednika, ale bardzo dobrze wywiązuje się ze swojej roli, jako kluczowej części szorstkiego bromancu z Punisherem. Prawdopodobnie antagoniści w postaci agenta Rawlinsa i telewizyjnej wersji Jigsawa, także znaleźliby się wysoko na mojej liście netflixowych łotrów. Nie za bardzo rozumiem rolę agentki Madani oraz Karen Page w całej opowieści (oprócz tego, że każdy serial potrzebuje teraz silnej kobiety), gdyż obie panie nie wyróżniły się niczym szczególnym (pod względem aktorskim, bo fabularnie miały kilka ważnych momentów). W dodatku stanowiły wytłumaczenie dla wprowadzenia o tyle licznych, co nudnych scen w biurowcach, które pogłębiały niechęć do obu, skądinąd pięknych pań.

Choć dość mocno dziś sobie ponarzekałem, uważam że miłośnicy postaci Punishera powinni zobaczyć ten serial. Ba, także miłośnicy kina wojennego znajdą tu kilka fajnych smaczków skrzętnie poukrywanych przez twórców. Żałuję jednak, że moje oczekiwania wobec tej produkcji nie zostały spełnione nawet w pięćdziesięciu procentach. Na naprawdę okrutnego mściciela (i być może mniej skomplikowanego pod względem uczuciowym) przyjdzie nam chyba jeszcze troszkę poczekać...


Moja ocena to: 5/10

czwartek, 9 listopada 2017

Manel Loureiro - "Ostatni Pasażer"

Podróż drogą morską od zawsze należała do wielkich, niebezpiecznych przygód. Odkrywanie nowych lądów, piractwo morskie, czy wojny o kontrolę nad szlakami handlowymi zawsze dominowały, lub choćby stanowiły tło dla rozmowy o tym budzącym szczególne emocje środku transportu. Nic dziwnego że ludzki strach przed wyruszeniem w długą, nużącą i ryzykowną podróż znalazł przełożenie na opowiadane w domowym zaciszu historie o tajemniczych zniknięciach załóg, szczególnie pechowych obszarach geograficznych, czy wreszcie dryfujących bez załogi, przeklętych statkach widmo.

Ten ostatni pomysł postanowił odświeżyć hiszpański autor, Manel Loureiro, prawnik który wybił się swego czasu całkiem interesującym cyklem powieści o żywych trupach - Apokalipsą Z. Ostatni Pasażer przedstawia nam losy nowej bohaterki, odważnej dziennikarki Kate Kilroy, która postanawia dokończyć reportaż, nad którym pracował jej zmarły przed niespełna dwoma tygodniami mąż. W trakcie wsadzania nosa w nieswoje sprawy, Kate trafia na statek Valkiria, odrestaurowany, tajemniczy węglowiec z lat trzydziestych, który za czasów swojej świetności należał do nazistowskiej organizacji KdF. Problem w tym, że statek, który w założeniu miał przewozić podopiecznych pewnego wąsatego zbrodniarza wojennego, odnaleziono pusty, dryfujący swobodnie na środku oceanu. Na pokładzie Valkirii znaleziono tylko kilka wciąż ciepłych posiłków i osamotnione żydowskie dziecko. Rozwiązaniem tej zagadki po niemal osiemdziesięciu latach ma się zająć ekipa naukowców wynajętych przez tajemniczego, szalenie bogatego biznesmena oraz nasza ruda dziennikarka. Brzmi ciekawie?

Niestety tak nie jest. O ile jeszcze kilkadziesiąt pierwszych stron jest w stanie przyciągnąć czytelnika i stworzyć wrażenie, że mamy do czynienia z całkiem solidnie skonstruowaną, choć strasznie schematyczną historią, od około setnej strony potok szamba zaczyna wylewać się strumieniami. Trudno mi nawet stwierdzić, co jest największą wadą - miałkie i kompletnie nieinteresujące postaci niewzbudzające nawet szczątkowych uczuć (w czym przoduje nasza główna bohaterka i jeden z amerykańskich naukowców, który był tak nudny, że jego imienia nie chciało mi się nawet przyswajać do wiadomości), fabuła stwarzająca wrażenie solidnej do momentu, gdy w kotle zaczyna gotować się za dużo motywów (co z kolei prowadzi do najnudniejszego chaosu z jakim miałem kiedykolwiek do czynienia), czy wreszcie styl autora, który choć łatwo przyswajalny jest tak banalnie prosty, że nieraz spoglądałem na okładkę żeby sprawdzić, czy nie czytam czasem Mastertona (wybaczcie, ale do tej pory nie uwierzyłem w niebywały talent tego pana). 

Nie mogę uwierzyć, że tak wiele osób uznało tę książkę za dobrą, czy choćby przyzwoitą. Demon Valkirii nie był w żadnym momencie straszny, a wzór jego aktywności można śmiało odnaleźć w pierwszym lepszym horrorze klasy B - bez straty kilkunastu godzin na niepotrzebną i mało przyjemną lekturę. Ba, na głupim filmie będziecie mieli przynajmniej okazję, żeby się pośmiać - przy Ostatnim Pasażerze skupicie się raczej na liczeniu kartek, które zostały Wam do końca lektury.  Zapomniałbym jeszcze o dość licznych scenach erotycznych, ale szczerze mówiąc bardzo chciałbym sobie o nich nie przypominać. Napięcie podczas łóżkowych ekscesów można porównać do tego odczuwanego podczas mycia okien, zaglądania do lodówki tylko po to, żeby ją za chwilę zamknąć, albo poprawiania długopisem kratek w zeszycie - niby cały czas coś się dzieje, ale masz doskonałą świadomość, że głównie tracisz czas...

Choć uważam tę książkę za boleśnie słabą i rozczarowującą, nie przyznaję jej minimalnej oceny z kilku powodów. Przede wszystkim to bardzo specyficzna lektura rozrywkowa, która w swojej klasie ma przedstawicieli prezentujących jeszcze niższy poziom (MASTERTON). Po drugie pierwsze sto/sto pięćdziesiąt stron nie zapowiadało wcale jakiejś porażająco głupiej opowieści, którą w konsekwencji dostaliśmy - dzięki czemu zresztą tę „przygodę” było znacznie łatwiej przetrwać. Po trzecie udało się stworzyć jedną (JEDNĄ!) nieco interesującą postać dziewczyny, której charakter zdefiniowały tragiczne wydarzenia z czasów wojny bośniacko-serbskiej. Obecność seksownej najemniczki Senki, szczególnie zainteresowanej pięknymi paniami, ratowała w pewnym (niewielkim) stopniu ocenę całego zestawu bohaterów. Tylko ona wydawała się mieć jakikolwiek charakter, w znacznej większości determinowany ciekawą, choć tragiczną przeszłością. Reszta jest niegodna uwagi.


Moja ocena to: 2,5/10