czwartek, 9 listopada 2017

Manel Loureiro - "Ostatni Pasażer"

Podróż drogą morską od zawsze należała do wielkich, niebezpiecznych przygód. Odkrywanie nowych lądów, piractwo morskie, czy wojny o kontrolę nad szlakami handlowymi zawsze dominowały, lub choćby stanowiły tło dla rozmowy o tym budzącym szczególne emocje środku transportu. Nic dziwnego że ludzki strach przed wyruszeniem w długą, nużącą i ryzykowną podróż znalazł przełożenie na opowiadane w domowym zaciszu historie o tajemniczych zniknięciach załóg, szczególnie pechowych obszarach geograficznych, czy wreszcie dryfujących bez załogi, przeklętych statkach widmo.

Ten ostatni pomysł postanowił odświeżyć hiszpański autor, Manel Loureiro, prawnik który wybił się swego czasu całkiem interesującym cyklem powieści o żywych trupach - Apokalipsą Z. Ostatni Pasażer przedstawia nam losy nowej bohaterki, odważnej dziennikarki Kate Kilroy, która postanawia dokończyć reportaż, nad którym pracował jej zmarły przed niespełna dwoma tygodniami mąż. W trakcie wsadzania nosa w nieswoje sprawy, Kate trafia na statek Valkiria, odrestaurowany, tajemniczy węglowiec z lat trzydziestych, który za czasów swojej świetności należał do nazistowskiej organizacji KdF. Problem w tym, że statek, który w założeniu miał przewozić podopiecznych pewnego wąsatego zbrodniarza wojennego, odnaleziono pusty, dryfujący swobodnie na środku oceanu. Na pokładzie Valkirii znaleziono tylko kilka wciąż ciepłych posiłków i osamotnione żydowskie dziecko. Rozwiązaniem tej zagadki po niemal osiemdziesięciu latach ma się zająć ekipa naukowców wynajętych przez tajemniczego, szalenie bogatego biznesmena oraz nasza ruda dziennikarka. Brzmi ciekawie?

Niestety tak nie jest. O ile jeszcze kilkadziesiąt pierwszych stron jest w stanie przyciągnąć czytelnika i stworzyć wrażenie, że mamy do czynienia z całkiem solidnie skonstruowaną, choć strasznie schematyczną historią, od około setnej strony potok szamba zaczyna wylewać się strumieniami. Trudno mi nawet stwierdzić, co jest największą wadą - miałkie i kompletnie nieinteresujące postaci niewzbudzające nawet szczątkowych uczuć (w czym przoduje nasza główna bohaterka i jeden z amerykańskich naukowców, który był tak nudny, że jego imienia nie chciało mi się nawet przyswajać do wiadomości), fabuła stwarzająca wrażenie solidnej do momentu, gdy w kotle zaczyna gotować się za dużo motywów (co z kolei prowadzi do najnudniejszego chaosu z jakim miałem kiedykolwiek do czynienia), czy wreszcie styl autora, który choć łatwo przyswajalny jest tak banalnie prosty, że nieraz spoglądałem na okładkę żeby sprawdzić, czy nie czytam czasem Mastertona (wybaczcie, ale do tej pory nie uwierzyłem w niebywały talent tego pana). 

Nie mogę uwierzyć, że tak wiele osób uznało tę książkę za dobrą, czy choćby przyzwoitą. Demon Valkirii nie był w żadnym momencie straszny, a wzór jego aktywności można śmiało odnaleźć w pierwszym lepszym horrorze klasy B - bez straty kilkunastu godzin na niepotrzebną i mało przyjemną lekturę. Ba, na głupim filmie będziecie mieli przynajmniej okazję, żeby się pośmiać - przy Ostatnim Pasażerze skupicie się raczej na liczeniu kartek, które zostały Wam do końca lektury.  Zapomniałbym jeszcze o dość licznych scenach erotycznych, ale szczerze mówiąc bardzo chciałbym sobie o nich nie przypominać. Napięcie podczas łóżkowych ekscesów można porównać do tego odczuwanego podczas mycia okien, zaglądania do lodówki tylko po to, żeby ją za chwilę zamknąć, albo poprawiania długopisem kratek w zeszycie - niby cały czas coś się dzieje, ale masz doskonałą świadomość, że głównie tracisz czas...

Choć uważam tę książkę za boleśnie słabą i rozczarowującą, nie przyznaję jej minimalnej oceny z kilku powodów. Przede wszystkim to bardzo specyficzna lektura rozrywkowa, która w swojej klasie ma przedstawicieli prezentujących jeszcze niższy poziom (MASTERTON). Po drugie pierwsze sto/sto pięćdziesiąt stron nie zapowiadało wcale jakiejś porażająco głupiej opowieści, którą w konsekwencji dostaliśmy - dzięki czemu zresztą tę „przygodę” było znacznie łatwiej przetrwać. Po trzecie udało się stworzyć jedną (JEDNĄ!) nieco interesującą postać dziewczyny, której charakter zdefiniowały tragiczne wydarzenia z czasów wojny bośniacko-serbskiej. Obecność seksownej najemniczki Senki, szczególnie zainteresowanej pięknymi paniami, ratowała w pewnym (niewielkim) stopniu ocenę całego zestawu bohaterów. Tylko ona wydawała się mieć jakikolwiek charakter, w znacznej większości determinowany ciekawą, choć tragiczną przeszłością. Reszta jest niegodna uwagi.


Moja ocena to: 2,5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz