sobota, 15 września 2018

Piotr Stankiewicz - "Sztuka Życia Według Stoików"


Po niesamowicie długim czasie, przeczytałem wreszcie Sztukę Życia Według Stoików Piotra Stankiewicza. Przeczytałem, ale nie skończyłem czytać. Zaliczam ją bowiem bezapelacyjnie do nielicznego grona podręczników istotnych dla praktyki mojego życia, do których zamierzam regularnie wracać.

Nie będę naiwnie twierdził, że dzięki tej jednej książce moje losy zmienią się diametralnie. Z całą pewnością poznałem jednak kilka ciekawych recept na ustalenia kierunku, w jakim chciałbym dążyć, ćwiczeń umożliwiających zmianę rzeczy, które zmienić mogę oraz właściwego podejścia do kwestii, które są ode mnie całkowicie niezależne. Biorąc pod uwagę tempo i wyzwania współczesnej egzystencji, drogowskazy ustawione przez stoików, okazują się niezwykle przydatnym i zaskakująco praktycznym narzędziem nawigacyjnym. Nie liczcie jednak na skróty - stoicyzm jest filozofią pracy. Pracy nad własnym rozwojem, pracy nad relacjami z rzeczywistością, pracy nad szczęśliwym życiem.

Mozolną pracą będzie także lektura tej książki. Wymagająca skupienia i żywego, rozbudzonego umysłu, zapewni Wam po drodze niejedną drzemkę po ciężkim dniu. Nie jest to bowiem dzieło, stawiające sobie za cel zapewnienie człowiekowi rozrywki. Wykładnia stoicyzmu według Stankiewicza pomaga ukierunkować swoje życie w jak najpraktyczniejszy sposób - i to zadanie realizuje wyśmienicie.

Z całą pewnością jeszcze nieraz powrócę do tej książki. Jak dotąd pozwoliła mi ona we względnym spokoju zrealizować część moich celów - mam nadzieje, że myśli w niej zawarte będą mi towarzyszyły przy realizacji kolejnych. A jeżeli po drodze zbłądzę lub natrafię na przeszkodę nie do przejścia? Cóż, przejmowanie się przyszłością i rzeczami, których zmienić nie można, jest najprostszą drogą do nieszczęśliwego życia :)

Moja ocena to: 9/10  

niedziela, 29 lipca 2018

Mayhem (2017)


Praca w dużych korporacjach z pewnością nie należy do najłatwiejszych zadań. Uciążliwi szefowie, niekompetentni współpracownicy, ograniczone budżety i ciągła presja towarzyszą wielu z nas nieustannie. Poupychani w swoich ciasnych boksach, marzący o wielkiej karierze i rozpierani ambicją młodzi ludzie stali się jednak znakiem naszych czasów. Joe Lynch postanowił przedstawić to zjawisko w nieco bardziej humorystyczny sposób, tworząc przy tym jedną z najlepszych komedii z elementami gore, jaką przyszło mi oglądać.

Donnie (Steven Yeun aka Glenn z The living dead) niedawno awansował na wyższe stanowisko w firmie prawniczej. Otrzymał własne biuro i liczne przywileje, ale stracił spokój ducha. „Góra” postanowiła wrobić go w skandal finansowy, z którym nie miał nic wspólnego. Cichy, pogardzający samym sobą Azjata, wydawał się idealnym kandydatem na kozła ofiarnego. Problem w tym, że zanim ochrona zdążyła eskortować go z budynku, biurowiec objęto kwarantanną. Rozprzestrzeniający się tu i ówdzie wirus eliminujący bariery moralne, dotarł także do firmy Tower & Smythe Consulting. I jak się okazało, po upadku wszystkich etycznych barier Donnie nie był tak grzecznym chłopcem, jak można się było spodziewać.
Kiedy kierujesz się wyłącznie ceną przy wyborze ekipy remontowej...
Od tego momentu rozkręca się naprawdę zabawna część filmu. Na każdym kroku bohaterowie rozpoczynają wyrównywanie rachunków - z innymi i z samym sobą. Nie lubiłeś swojego kolegi z pracy? Teraz możesz obić mu mordę. Wkurzał Cię Twój szef? Możesz zrzucić go z piętnastego piętra. Ukrywałeś swoje uzależnienie? Możesz zaćpać się na oczach kolegów, którzy w innych okolicznościach byliby zmuszeni udawać, że się o Ciebie martwią. Przed reżyserem otworzyło się mnóstwo możliwości, choć akcja wciąż toczy się w ciasnych i smutnych przecież warunkach korporacyjnego biurowca.

Film doskonale ukrywa swoje wady. Słabo zarysowani bohaterowie? Oj tam, ale przecież jest pędząca na złamanie karku akcja! Proste podejście do bardzo ciekawego pomysłu?? No ale akcja!! Niewykorzystany potencjał w obszarze przedstawienia brutalności??? Ale ta akcja!!! I tak to w sumie wygląda - historia gna na złamanie karku, przy czym parę karków rzeczywiście w tej pogoni pęka. Do tego jest bardzo zabawnie - o ile kogoś kręci takie poczucie humoru. Muszę przyznać, że od dawna nie czułem też takiej sympatii do pokręconej pary głównych bohaterów. Do wspomnianego już Donniego miałem ją już od czasu Żywych Trupów. Towarzyszącą mu Samarę Weaving poznałem przy okazji niedocenionej, ale także bardzo sympatycznej Opiekunki (2017). I trzeba przyznać, że jest to kobieta zdolna wnieść do mrocznej komedii sporą dawkę jakże pożądanego seksapilu i nieco zdegenerowanego powabu.
Nic mi nie jest, to tylko draśnięcie!
Oczywiście nie jest to produkcja doskonała i nie ma co się oszukiwać. Niektórym znudzi się pewna powtarzalność, inni zarzucą jej, że nie decyduje się pójść o krok dalej w kreowaniu chaosu, część zaś przyczepi się do blednącego wobec napakowanej akcją reszty filmu komentarza społecznego. Ja nie mam pretensji o nic - od dawna nie bawiłem się tak doskonale, przy czymś tak idiotycznie wręcz płytkim i prostym. Od dziś to moje największe filmowe guilty pleasure i choć nie daję jakiejkolwiek gwarancji zadowolenia, polecam Wam także spróbować tej przygody w wolne popołudnie - może się okazać, że zakochacie się tak jak ja.

Moja ocena to: 8,5/10  

piątek, 6 lipca 2018

Don Winslow - "Z psich pazurów"


Ileż razy mieliśmy już do czynienia z autorami horrorów, którzy w niczym nie ustępują Kingowi, powieściami fantasy, które biją na głowę Władcę Pierścieni, czy historiami kryminalnymi przypominającymi Ojca Chrzestnego? Nie przeszkadza to jednak kolejnym marketingowym samobójcom w ozdabianiu okładek dumnie brzmiącymi i często niesamowicie bzdurnymi hasłami. Z czasem to krótkie zdanie, mające przyciągnąć wzrok ewentualnego nabywcy, staje się wręcz czynnikiem odstraszającym. I tylko w ten sposób jestem w stanie wytłumaczyć sobie brak komercyjnego sukcesu powieści Dona Winslowa, Z psich pazurów, na polskim rynku.

Zacznijmy od tego, że porównania do Ojca Chrzestnego w tym jednym przypadku nie są całkowicie chybione. Oczywiście bardziej zasadne byłoby odwołanie się do popularnego ostatnio serialu Narcos, ale włoska mafia i meksykańscy handlarze narkotyków hasają się mniej więcej po tej samej stronie moralnej łąki. Ta meksykańsko-kolumbijska jest tylko troszkę bardziej zarośnięta trawą, makami i krzewami koki, ale przy odrobinie dobrej woli, takie porównanie wydaje się być uprawnione.

W gęstym klimacie narkotykowych wojen, przyjdzie nam śledzić poczynania kilkunastu bohaterów. Z jednej strony poznamy losy agentów DEA, mniej lub bardziej zaangażowanych w rozbijanie dochodowych interesów narcotraficantes, z drugiej zaś przeplatające się historie opowiedziane z perspektywy meksykańskich handlarzy walczących o wpływy, zawodowych morderców wykonujących swoją robotę, przedstawicieli włoskiej mafii, których nigdy nie może zabraknąć, prominentnych głów kościoła, polityków po każdej stronie granicy, ekskluzywnych prostytutek, chińskich przemytników broni etc. Oczywiście - nieraz można się w tej całej gmatwaninie wątków pogubić, ale to chyba właśnie w tej mnogości tkwi część uroku prezentowanej powieści.     

To co najlepsze w książce Winslowa to ciągła niepewność. Choć autor serwuje nam całe zastępy bohaterów, nie ma przy tym oporów przed ich uśmiercaniem. Ciała zaczynają się piętrzyć już po kilkunastu stronach, a z czasem jest tylko lepiej (albo gorzej - zależy co kogo kręci). Mało tego - na naszych oczach do piachu wędrują ludzie, do których w jakiś dziwny sposób jesteśmy w stanie się przywiązać. Autor kreuje swoich bohaterów w taki sposób, by każdy z nich miał choćby szczątkowy charakter lub cechę wyróżniająca go spośród reszty. Często więc śmierć nawet najmniej znaczącego pionka, może okazać się w dziwny sposób przytłaczająca i zwyczajnie smutna. Mało jest książek, którym udało się mnie zasmucić. W dodatku nie spotkamy tu raczej bohaterów, którzy mogliby umrzeć ze starości - w świecie tortur, zdzierania skóry z twarzy na żywca i obcinania kończyn w celu wzbudzenia strachu, trudno o dożycie sędziwego wieku. Wrażliwi czytelnicy muszą więc liczyć się z tym, że natrafią na opisy, które będą dla nich trudne do przełknięcia. Ba, opisy często inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, na których Winslow mocno bazuje.

Do tego otrzymujemy świetne zakończenie, które zdołało utrzymać mnie w niepewności do samego końca. W dodatku nie jest cukierkowe, a po głębszym przemyśleniu ma nawet bardzo gorzki wydźwięk.  

Jeżeli miałbym się do czegoś na siłę przypieprzyć to: nie podoba mi się okładka (sama w sobie sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z tanią sensacją, a nie misterną i wielowątkową opowieścią, jaką jest w rzeczywistości) z wspomnianym już tandetnym porównaniem do Ojca Chrzestnego. Ponadto miałbym kilka zarzutów do tłumacza i korektora. Po pierwsze trafiło się tu parę literówek. Po drugie część zdań przetłumaczono kontrowersyjnie. Gdy zawodowy morderca idzie „robić siusiu”, a nie „odlać się”, to dzieje się źle. Takie wpadki, choć nieliczne, trochę burzyły klimat. Mam też pewne zarzuty do wiarygodności historii - szczególnie w momentach, gdy sceny poznawania się niektórych bohaterów, upraszczano do zdawkowej wymiany zdań, by po chwili poinformować nas, że od tego momentu stali się najlepszymi przyjaciółmi. To trochę kontrastuje w zderzeniu ze szczegółowymi opisami artykułów żywnościowych, które jedna z postaci kupuje w sklepie. Cóż z tego, skoro całość nadal pochłania się błyskawicznie i z wypiekami na twarzy?

Moim zdaniem to jedna z lepszych sensacji, jakie miałem w łapach. Jeżeli nie boicie się natłoku wątków, mocnych wrażeń, sporej ilości akcji i ciężkiego tła politycznego, powinniście być zadowoleni. Osobiście czuje się zafascynowany.

Moja ocena to: 8/10

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Jean-Christophe Grange - "Kongo Requiem"


Druga część sagi rodzinnej Morvanów wreszcie zagościła na moim czytniczku. Przypominam, że poprzednio sadystyczny ojciec, syn-detektyw, syn-narkoman i córka-dziwka, zmagali się wspólnie z mordercą zwanym Człowiekiem Gwoździem. Jak się jednak okazuje wysiłki podjęte w części pierwszej nie wystarczyły do zakończenia serii zabójstw i mityczny morderca zdaje się kontynuować swoją mało humanitarną działalność.

Najnowsza część to nie tylko Człowiek Gwóźdź. Tym razem wraz z najstarszym synem - Erwanem -  wyruszymy do Konga, by poznać mroczną przeszłość głowy rodziny - Gregoire’a Morvana. Swoją drogą wizyta w tropikalnym państwie afrykańskim stanowi jeden z najciekawszych momentów w książce. Kraj rozrywany potyczkami licznych grup partyzanckich i zdestabilizowany przez konflikt rwandyjski, stanowi doskonały pretekst do nafaszerowania powieści świetną, kinową akcją. Przeczytamy więc o latających wokół bohaterów pociskach, krwawych starciach, handlu bronią oraz czającym się w każdym zakamarku zapachu śmierci. Na szczęście powrót Erwana z Czarnego Lądu do Europy uprzyjemnia niezawodny Człowiek Gwóźdź. Tu też w bestialski sposób giną kolejni ludzie, a gdy mityczny morderca bierze na cel członków zespołu śledczego Erwana, rozpoczyna się epicka rywalizacja.

Szczególnie może cieszyć fakt, iż znani z poprzedniej części bohaterowie, w końcu zaczynają ewoluować. Gaelle staje się twardą i nieobliczalną dziedziczką rodu Morvanów, Loic porzuca narkotyki i zastępuje Erwana na pozycji twardego sukinsyna, ujawnienie przeszłości Gregoire’a Morvana pozwala spojrzeć na głowę rodu w zupełnie innym świetle, a wydarzenia z Konga rzutują także na postrzeganie przez czytelników Maggie, stłamszonej matki trójki głównych bohaterów. Nie zmienia się tylko to, co w poprzedniej części było najlepsze - morderca nadal jest nieuchwytny i brutalny ponad wszelką miarę. Z czasem zaczyna mu jednak brakować tej magicznej aury, którą w pierwszej części doskonale zbudował francuski pisarz, co stanowi sporą stratę dla fanów morderców inspirowanych afrykańskimi wierzeniami.  

Jako kontynuacja tej niesamowitej sagi rodzinnej połączonej z mrocznym thrillerem, Kongo Requiem sprawdza się doskonale. Biada jednak temu, kto za lekturę zabierze się bez znajomości pierwszej części. Dzięki swojej doskonałej, aczkolwiek niesamowicie krótkiej pamięci, sam niejednokrotnie zastanawiałem się do jakich wydarzeń z „jedynki” nawiązuje autor. Z czasem jednak wszystkie wspomnienia wróciły, a sama historia mimo pojawienia się nowych bohaterów, nie stała się tak chaotyczna jak w pewnym momencie sądziłem. Po rozprawieniu się z dwoma częściami, uważam że to doskonały moment na zakończenie opowieści o rodzinie Morvanów. Finał okazał się się bardzo satysfakcjonujący i nie wyobrażam sobie, by z tej historii dało się wycisnąć coś jeszcze. Ponadto mimo pewnych początkowych wątpliwości, coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Grange nie jest w stanie napisać thrillera, który czytałoby się źle, lub który nie trzymałby w napięciu do ostatnich stron. Choć osobiście radziłbym zacząć przygodę z tym autorem od innych pozycji, muszę przyznać, że obcowanie z Morvanami nie okazało się straconym czasem.

Moja ocena to: 7/10  

niedziela, 20 maja 2018

Remigiusz Mróz - "Czarna Madonna"


Wiara. Bóg. Opętanie. Literatura. To tylko niektóre elementy z szerokiego zbioru tematów na których kompletnie się nie znam. Żeby więc było wesoło i kolorowo, a wskaźnik ignorancji nie opadł zbyt mocno, postanowiłem połączyć je w tym krótkim poście dotyczącym poniekąd książki Remigiusza Mroza, a w dużo większym zakresie dygresji, które akurat przyjdą mi do głowy i nie będą miały kompletnie, absolutnie, totalnie nic wspólnego z tematem.

Przejdźmy zatem do fabuły - dopóki jestem w stanie skupić myśli choćby w pobliżu tego o czym chciałem pierwotnie napisać. Ksiądz Filip pewnego dnia stwierdza, że koloratka trochę go drapie, bycie księdzem to nie tylko wino, kobiety i śpiew, a i pociupciać na legalu w sumie by się przydało - w związku z tym kończy posługę kapłańską i oddaje się niesamowicie ekscytującemu życiu w cywilu. Do tego momentu najciekawszym faktem o naszym bohaterze wydaje się nadana mu ksywka - Berg. To o tyle interesujące, że wzięła się ona od nazwiska Dennisa Bergkampa, panicznie bojącego się latać, ale fantastycznego piłkarza Ajaxu, którego koszulkę nabył kiedyś ojciec Filipa na straganie. Uwaga - przytoczenie tej ciekawostki jest o tyle zasadne, że dalsza część fabuły będzie w dużej mierze oscylowała wokół katastrofy lotniczej. Stąd też możecie czerpać informację, iż autor błyskawicznie zaczyna swoją grę z czytelnikiem. Jak możecie się słusznie domyślać zniknięcie samolotu z narzeczoną Berga na pokładzie, stanowi kolejny element tej raz mniej, a raz bardziej ekscytującej przygody. Później dołączają jeszcze jakieś demony, egzorcyści i stare baby z brakami w uzębieniu - czyli wszystko to, co świetnie sprawdza się w powieści, ale trochę gorzej w komunikacji miejskiej.

Mróz w swojej powieści korzysta z ogranych schematów, znanych głównie z klasycznych filmów i powieści grozy. Wszyscy doskonale kojarzą obraz opętania przedstawiony w Egzorcyście, a polski autor nie decyduje się w nim zbytnio mieszać. Od siebie dodaje tylko plastyczny język i umiejętność zgrabnego snucia historii, którą po prostu chce się czytać. Ponadto wrzuca sporo zakulisowych ciekawostek, wplatając do swej opowieści całkiem solidnie przygotowany research dotyczący pracy facetów w czerni (i nie, nie mam na myśli Willa Smitha i Tommy’ego Lee Jonesa, choć to mogłoby być nawet zabawniejsze).  Zakończenie jest chyba najbardziej kontrowersyjnym elementem do oceny - niby ciekawe i nieschematyczne, ale z drugiej strony nieco wymuszone i sprawiające wrażenie pośpiesznie stworzonego na potrzeby deadline’u. Może zabrzmi to jak bluźnierstwo, ale przypomniało mi trochę metodę finalizowania powieści u Stephena Kinga, który zmaga się z bardzo podobną przypadłością.

Jeżeli spodziewacie się czegoś odkrywczego i ambitnego - darujcie sobie. To książka dla ludzi traktujących lektury wyłącznie jako źródło rozrywki, chcących poznać lekką historię, napisaną w stylu Dana Browna, ale nie przez Dana Browna, dla tych których odrobinkę przeraża możliwość istnienia demonów, diabłów, czartów, biesów, złych duchów, sił nieczystych, nauczycielek od fizyki i tego całego paskudnego tałatajstwa. A jak ktoś jest tak ambitny, że go razi jak ktoś w ogóle może coś takiego czytać, niech idzie być ambitnym gdzie indziej. Ja jestem głupi, wyrosłem z takiej tradycji i nie życzę sobie, żeby czytali mnie mądrzy ludzie!

Moja ocena to: 6/10

niedziela, 15 kwietnia 2018

O dotychczasowych zmaganiach z literaturą post krótki...


Choć nie brakuje mi ostatnio czasu, moja kreatywność podniosła kolejny bunt i zarządziła strajk generalny. W nieustającej walce z brakiem motywacji, postanowiłem jednak podnieść rękawice (były ciężkie jak cholera) i klepnąć kilka razy w klawiaturę, licząc że jakimś cudem wyjdzie z tego podsumowanie przeczytanych przeze mnie ostatnio książek. Na szczęście dzięki moim szlachetnym cechom charakteru, wśród których wspomniane lenistwo wiedzie prym, pozycji tych nie ma zastraszająco dużo. Jeżeli jesteście zainteresowani, co sądzę o wymienionych poniżej, zapraszam do lektury - postaram się być tak lakoniczny, jak tylko potrafię (kolejność chronologiczna):

1. Scott Adams - Przyszłość według Dilberta

Książka będąca zbiorem wizji przyszłości, według posiadającego bujną wyobraźnię korposzczura. Jest zabawna, niesie ze sobą pewien poziom świeżości, a do tego została okraszona komiksami (mało czytelnymi, ale zawsze....). Za jej największą wadę uznaję nieliczne momenty zażenowania, występujące z powodu nietypowego humoru lub problemów z tłumaczeniem specyficznych żartów. Ogólnie to jednak wciąż bardzo ciekawe doświadczenie.

Moja ocena to:  6/10

2. Mike Carson - Jak myślą i pracują wielcy stratedzy piłki nożnej

Jeżeli chcesz się uczyć, ucz się od najlepszych. Kierując się tą wytartą maksymą, chciałem poczytać co do powiedzenia o piłce mają postacie takie jak Alex Ferguson, Jose Mourinho, czy Arsene Wenger. Okazuje się że przepis na sukces jest prosty - dobrze zmotywuj zawodników, dobrze ustawiaj drużynę, dokonuj dobrych zmian, bądź dobrym managerem. Zajebiście dużo przydatnych rad...

Moja ocena to: 2/10

3. Simon Kuper, Stefan Szymański - Futbonomia
A tu coś z zupełnie innej, choć też sportowej beczki (w tym wypadku nie jest to beczka śmiechu z odpadnięcia Barcelony). Dlaczego Iran może stać się potęgą futbolową, jak to się stało, że kluby ze średnich angielskich miast były w stanie dominować na arenie międzynarodowej, czy bardziej opłaca się sprowadzać nowych zawodników, czy też dawać podwyżki obecnym? Na właśnie tego typu konkretne i niezwykle ciekawe pytania starają się odpowiadać twórcy niniejszej książki. Nawet mimo pewnych wolniejszych fragmentów, jest to jedno z najcenniejszych źródeł informacji o tym idiotycznym sporcie.

Moja ocena to: 8/10

4. Warren Ellis - Wzorzec Zbrodni

Kryminał do szybkiego zapomnienia (co zresztą udało mi się w stu procentach)

Moja ocena to: 5/10

5. Jonathan Carroll - Kąpiąc Lwa
Magiczna i piękna, albo przegadana i pretensjonalna - musicie wybrać własne przymiotniki. Ja mam to szczęście, że jestem głupi i cały chuj z niej zrozumiałem...

Moja ocena to: 6/10

6. Grzegorz Król - Przegrany
Jedna z niewielu książek o biznesie piłkarskim, którą będę wysoko cenił. Niedoszła gwiazda polskiej piłki opowiada tu o czarnych stronach futbolowego świata i dzieli się swoimi przeżyciami z młodości. Niezwykle ciekawa i pouczająca historia

Moja ocena to: 7,5/10

7. Naval - Ostatnich gryzą psy

Naval opowiada o swoich początkach w wojsku. Jak przystało na tego gawędziarza jest całkiem solidnie, ale bez fajerwerków. Całość wydawała mi się też znacznie mniej wciągająca, niż na przykład druga część tej opowieści, czyli Przetrwać Belize. Mimo to jeśli ktoś interesuje się tymi motywami, to warto sprawdzić.

Moja ocena to : 6/10

8. Bogusław Wołoszański - Tajna Wojna Stalina

Jak przystało na Wołoszańskiego, dostajemy świetną i wciągającą książkę historyczną, której jedyną wadą jest to, że kończy się stanowczo za szybko - zarówno pod względem objętościowym jak i zakresu chronologicznego przedstawionego na jej kartach. Mimo to znajdziecie w niej wiele ciekawych informacji na temat dwóch panów z najpopularniejszymi wąsami w historii oraz łączących ich relacji (no homo).

Moja ocena to: 7,5/10

9. Martin Caparros - Głód
Interesująca książka, w której dowiadujemy się czegoś niezwykle istotnego. Lewicowcy też mają mózg i potrafią go całkiem nieźle używać - szczególnie przedstawiając niezwykle poważne problemy społeczne. Ocenę obniżam tylko z jednego powodu - weryfikacja części danych przedstawionych przez argentyńskiego publicystę, pozwoliła stwierdzić, że facet lubi naginać fakty. Do tego faktyczne reportaże lubi przesiewać jakimiś dziwnymi, artystycznymi wstawkami z samobiczowaniem się świata zachodniego, co po pewnym czasie stało się dość irytujące. Z perspektywy dobrego człowieka będzie to bardziej znośne, ja byłem po prostu zniecierpliwiony.

Moja ocena to: 6,5/10


*Tu wpisz coś kreatywnego, żeby ludzie wiedzieli, że to koniec tego postu, uśmiechnęli się pod nosem i pełni energii wrócili do oglądania śmiesznych kotów w pracy*

niedziela, 25 marca 2018

Brawl in Cell Block 99 / Blok 99 (2017)


Seria złych decyzji może zdefiniować los każdego z nas. O ile Wasz kompas moralny zaczyna drgać przy jedzeniu kolejnego kawałka ciasta, albo kupowaniu kolejnej książki, której nawet nie macie zamiaru przeczytać, jest dla Was jeszcze niewielka nadzieja. Poważny problem zaczyna się jednak w momencie, gdy wskazówka zaczyna wariować podczas policyjnej obławy. Tak właśnie stało się w przypadku Bradleya Thomasa. Droga do tego punktu była dla niego długa i mozolna - jak to zwykle bywa w przypadku opowieści snutych przez Zahlera. Utrata pracy, chęć posiadania dziecka, za którą szła nieodłącznie potrzeba zabezpieczenia finansowego jego przyszłości, a do tego liczne znajomości w świecie przestępczym, pchnęły Bradleya na drogę występku. Szybkie pieniądze zagwarantował mu rozsądek, przestrzeganie zasad i...ogromne ilości przewożonych narkotyków. Krótko mówiąc Bradley Thomas nie był zbyt dobrym człowiekiem.

Jak to czasem w filmach bywa, przyszedł jednak ten jeden, przełomowy moment. Nasz bohater obrócił się przeciwko latynoskim gangsterom i z pełnym przekonaniem o słuszności swojego wyboru zabił jednego z nich, a także doprowadził do aresztowania drugiego. Niestety uratowanie kilku stróżów prawa nie zmieniło dalszych losów głównego bohatera. Transport narkotyków i związane z nim oskarżenia, zapewniły mu siedem lat więzienia w ciasnej, niezbyt komfortowej celi. I gdy wydawało się już, że sprawiedliwości stało się zadość, pojawił się nieproszony gość. Nieproszony gość przyniósł ze sobą upominek - telefon ze zdjęciem ciężarnej żony Bradleya Thomasa, porwanej i przywiązanej do fotela medycznego. Ponadto starzec zapewnił naszego bohatera, iż jego nienarodzone dziecko przeżyje, jeżeli ten zgodzi się na wyeliminowanie pewnej przeszkody, rezydującej obecnie w placówce penitencjarnej o zaostrzonym rygorze. Od tego momentu zaczyna się druga, więzienna część filmu.
Znajdź na zdjęciu niebezpiecznego skurwiela. Masz maksymalnie trzy próby...
Steven Craig Zahler już w Bone Tomahawk udowodnił widzom, że nie ma w zwyczaju śpieszyć się z opowiadaniem swoich historii. Wtedy również zaznaczył coś jeszcze - bezprecedensową brutalność, która w szokujący sposób kontrastuje z mało dynamicznym sposobem snucia opowieści. Kluczowy dla Bloku 99 jest jednak fakt, iż reżyser wyciągnął wnioski ze swojego pierwszego dzieła i...postanowił przerazić widzów jeszcze bardziej. Zapomnijcie o kanibalach - Vince Vaughn gra tutaj faceta, który obiłby mordę każdemu ludożercy stojącemu mu na drodze. Później złamałby mu nogę, zmiażdżył głowę, a zwłoki wrzucił do latryny. Poziom brutalności, tak przerysowanej, a jednocześnie tak zadziwiająco rzeczywistej, sięga tutaj zenitu. Ogromną zasługę w tej kwestii należy przypisać Vaughnowi, który wciela się w niesamowicie spokojną, pewną siebie i kierującą się własnymi zasadami postać. Kreuje tym samym bohatera, który w obliczu każdego cierpienia i przeciwności losu zmierza do swego celu - czasem rozbijając po drodze kilka szyb lub łamiąc kilka kości. 

W tej historii zagrało absolutnie wszystko. Kompletna i spójna fabuła uzupełniona została świetnymi kreacjami postaci. Poza genialnym Vincem Vaughnem zobaczymy tu jeszcze solidnego Dona Johnsona, po raz kolejny grającego niewzruszonego twardziela z rewolwerem oraz całkiem kompetentną Jannifer Carpenter, znaną głównie jako Debra Morgan z serialu Dexter. Ani przez chwilę jednak nie będziemy mieli wątpliwości, kto jest centralną postacią tego zmierzającego do rychłej tragedii widowiska.
Hello darkness, my old friend...
Skoro już o finale mowa, znów czas na pieśni pochwalne pod adresem reżysera. Zakończenie jest brutalne, szokujące i warte przemyślenia. Jest to także doskonałe i spójne zamknięcie całej opowieści, która nie zasłużyła na cokolwiek poniżej tego poziomu.

Trudno ukryć, że podobnie jak Bone Tomahawk, także Blok 99 nie będzie filmem dla każdego. Jednych odrzuci poziom brutalności, innych już sam mozolny wstęp do całej historii, która początkowo sprawia wrażenie mocno generycznej. Jeżeli jednak fascynuje Was twarde, brutalne, zapadające w pamięć kino, poczujecie się jak w domu. Mrocznym, krwawym i niebezpiecznym domu z kratami w oknach.

Moja ocena to: 9/10

niedziela, 18 lutego 2018

Black Panther (Czarna Pantera) 2018

Najbardziej wyczekiwana (przez niektórych) produkcja tego roku trafiła na ekrany kin. Czarna Pantera znów przywdziewa swój niesamowity strój i powraca bronić wakandyjskiej ojczyzny przed wrogami z zewnątrz. O ile w naszym kraju jest  to tylko kolejna odsłona przygód marvelowskich superbohaterów (na szczęście), za oceanem stanowi manifest polityczny na miarę wystąpienia pewnego czarnoskórego pastora, który miał sen. Manifest, który dotrze do milionów Amerykańskich obywateli z dwóch względów - jest świetnie zrealizowany i przedstawia dramatycznie płytkie spojrzenie na problemy kolonializmu, rasizmu i innych „izmów”, o których mogłem zapomnieć.
Nie wiem co jest piękniejsze - stroje bohaterów, czy doktor Watson w Afryce...
Jak już wspomniałem rozkoszuję się tym, że dla mnie to tylko kolejny film akcji zrealizowany przez kompetentnych twórców, dysponujących ogromnym budżetem. Odcinając się od wszystkich politycznych bzdur trzeba przyznać, że jak na uniwersum Marvela, fabuła jest całkiem spójna. W przypadku historii o komiksowych herosach, jest to chyba najlepsze, co można o niej powiedzieć. Cała przygoda rozpoczyna się od przedstawienia okrojonej historii Wakandy, tajemniczej afrykańskiej metropolii, dysponującej niesamowitym poziomem rozwoju technologicznego. Wkrótce potem wracamy do znanego z Wojny Bohaterów księcia T’Challi, czyli tytułowej Czarnej Pantery. Śledzimy jego drogę po królewską koronę oraz zakusy łotrów ostrzących sobie szpony na tron Wakandy. Zakończenie to oczywiście walka oczywistego dobra z nieco mniej niż zwykle oczywistym złem. Mimo wszystko prostota bije po oczach - jak na film akcji nie roszczący sobie praw do niczego więcej - da się to strawić. Jak na wielowymiarowy i niezwykle ważny komunikat polityczny - słabiutko.

Jak w takim razie spisuje się niemal w całości czarnoskóra obsada (swoją drogą reklamowanie kinowych produkcji tylko tym aspektem to strasznie słabe zagranie)? Całkiem przyzwoicie. Chadwick Boseman jest może mało interesujący, ale ze swej roli dobrego króla wywiązuje się nieźle. Leititia Wright jako siostra króla, Shuri, wnosi do filmu sporo humoru (w wersji z dubbingiem niestety zdecydowanie mniej niż powinna) i stanowi typową arogancką i silną kobietę, jaka musi pojawić się w każdej współczesnej produkcji kinowej. Swoją drogą Czarna Pantera stoi pod znakiem silnych kobiet - Danai Gurira jako Okoye dowodzi elitarnymi oddziałami wakandyjskich wojowników, a  Lupita Nyong’o grająca Nakie to świetnie wyszkolona agentka CIA, radząca sobie bez większych problemów z uzbrojonymi po zęby partyzantami. Wszystkie trzy panie odgrywają zresztą bardzo istotną rolę w zmaganiach Czarnej Pantery. Najciekawsze role dostali jednak złoczyńcy. Utożsamiający złego kolonizatora Andy Serkis jako Klaw oraz Michael B. Jordan grający opuszczonego w dzieciństwie i przepełnionego gniewem Killmongera, to bohaterowie, którymi wreszcie kieruje jakaś konkretna motywacja. Nawet jeśli nieraz idiotyczna, to przynajmniej bardzo precyzyjna.
Klaw nie jest łotrem, który ma dwie lewe ręce. Ale jedna z pewnością by mu się przydała...
Największą zaletą Czarnej Pantery jest chyba samo miejsce akcji. Połączenie afrykańskiej kultury z niesamowicie rozwiniętą technologią okazuje się tu zdecydowanie częściej imponujące, niż żenujące. Z pewnością ogromną rolę w tym rozłożeniu akcentów odgrywają piękne widoki, świetnie zaprojektowane stroje bohaterów oraz odwracające uwagę od ewentualnych niedociągnięć, solidnie zrealizowane sceny walk. Nie ukrywam także, że sporym zaskoczeniem było dla mnie wplecenie w historię Martina Freemana, jedynego białego nie życzącego afrykańskim społeczeństwom rychłej śmierci. To całkiem miły akcent, biorąc pod uwagę ogólny przekaz płynący z filmu.
Odnoszę wrażenie, że to musi być cholernie niewygodne wdzianko. Kręcenie filmu w takim stroju musiało być przyjemne jak jazda komunikacją miejską z dobrze dojrzałym żulem...
Przyznam, że na Czarnej Panterze bawiłem się świetnie. Oczywiście po obejrzeniu tej produkcji, każdy widz wyciągnie z niej inne wnioski. Moje są takie, że dobrze potraktować  ją jako kolejny film z uniwersum i czerpać maksymalną przyjemność z wydarzeń rozgrywających się na ekranie, a kwestie polityki społecznej zostawić dla politologów, historyków i psychologów (być może trudno w to uwierzyć, ale często mają oni większe kompetencje w tym obszarze, niż hollywoodzcy reżyserzy). Wówczas zostanie nam tylko to, co najlepsze - dobrze zrealizowana walka w pięknych miejscówkach.


Moja ocena to: 7,5/10  

sobota, 10 lutego 2018

Rytuał (The Ritual) 2017

Macie ochotę na małą przygodę? Co powiecie na Skandynawię? Pomyślcie tylko - te mroczne i nieprzystępne lasy poprzecinane słabo widocznymi szlakami dla turystów, stare opuszczone chatki poukrywane w gąszczu drzew i nieustannie ekscytująca przygoda w gronie przyjaciół, która pozwoli Wam na chwilę zapomnieć o trudach dnia codziennego i zmierzyć się z prawdziwie dziką przyrodą. Czyż to nie brzmi romantycznie?!
Kiedy ktoś proponuje Ci przygodę w mrocznej i zimnej Skandynawii...
Tak właśnie myślał Luke (Rafe Spall). Wyruszając na wyprawę nasz główny bohater zabrał ze sobą ciężki plecak wypchany namiotem, śpiworem i prowiantem, a także przytłaczające poczucie winy, które dźwiga się o wiele ciężej, niż kilka par gaci na zmianę. Poczucie winy Luke’a wynikało bezpośrednio ze zgrzeszenia tchórzostwem w obliczu śmierci jego najlepszego przyjaciela - Roberta. Otóż gdy Robert ginął masakrowany przez maczetę sklepowego złodziejaszka, Luke chował sie za sklepowymi półkami dzierżąc w łapach butelkę wódki i drżąc ze strachu o własne życie. Jak łatwo się domyślić, postawa Luke’a odbiła się na jego stosunkach z resztą przyjaciół, wśród których zakiełkowało ziarno wątpliwości, co do zachowania Luke’a. Podróż w dzikie lasy Szwecji miała być okazją do odbudowania wzajemnego zaufania całej grupy, a dla Luke’a szansą na pozbycie się poczucia winy. Oddanie hołdu Robertowi, który zawsze marzył o tego typu podróży nie poszło jednak zgodnie z planem. Delikatnie mówiąc...
Kebab z ludziną raz, sosy mieszane...
Jak się dość szybko okazało, nordyckie lasy, czarna magia i skandynawscy, morderczy bożkowie lubią iść ze sobą w parze. I nie jest to zbyt dobra wiadomość dla Luke’a i jego przyjaciół - Hutha, Doma i Phila. Mają oni bowiem równie niespotykaną, co nieprzyjemną okazję do udziału w polowaniu, w którym przyjdzie im odgrywać rolę zwierzyny. Jak łatwo się domyślić, nie jest to najoryginalniejsza koncepcja, na jaką mogą wpaść twórcy filmu grozy.
Blizny dodają męskości, nie ma co tracić głowy...ups... :d
Trudno też udawać zaskoczenie w obliczu bijącej zewsząd przeciętności. Od efektów specjalnych, przez fabułę, aż po kreacje postaci - wszystko jest takie sobie. Na całe szczęście jest tu jeszcze jeden bohater, który nie tylko cholernie mnie przeraża, ale także odgrywa swoją rolę perfekcyjnie. Mowa oczywiście o równie pięknym, co mrocznym lesie. Scenografia Rytuału niesamowicie przypomina inny, świetny horror z ostatnich lat - The Witch. Choć  była to produkcja pod każdym względem lepsza od Rytuału, żądam więcej tak właśnie wyglądających filmów grozy. Wychodzę bowiem z założenia, że mroczny las wypełniony choćby najbardziej tandetnymi potworami, wciąż pozostaje przerażającym mrocznym lasem. Choćby z tego powodu polecam wszystkim miłośnikom horroru rzucić okiem na Rytuał - nie jest to produkcja przełomowa, ale na bezrybiu i ocet słodki (czy jakoś tak).


Moja ocena to: 6/10