niedziela, 20 maja 2018

Remigiusz Mróz - "Czarna Madonna"


Wiara. Bóg. Opętanie. Literatura. To tylko niektóre elementy z szerokiego zbioru tematów na których kompletnie się nie znam. Żeby więc było wesoło i kolorowo, a wskaźnik ignorancji nie opadł zbyt mocno, postanowiłem połączyć je w tym krótkim poście dotyczącym poniekąd książki Remigiusza Mroza, a w dużo większym zakresie dygresji, które akurat przyjdą mi do głowy i nie będą miały kompletnie, absolutnie, totalnie nic wspólnego z tematem.

Przejdźmy zatem do fabuły - dopóki jestem w stanie skupić myśli choćby w pobliżu tego o czym chciałem pierwotnie napisać. Ksiądz Filip pewnego dnia stwierdza, że koloratka trochę go drapie, bycie księdzem to nie tylko wino, kobiety i śpiew, a i pociupciać na legalu w sumie by się przydało - w związku z tym kończy posługę kapłańską i oddaje się niesamowicie ekscytującemu życiu w cywilu. Do tego momentu najciekawszym faktem o naszym bohaterze wydaje się nadana mu ksywka - Berg. To o tyle interesujące, że wzięła się ona od nazwiska Dennisa Bergkampa, panicznie bojącego się latać, ale fantastycznego piłkarza Ajaxu, którego koszulkę nabył kiedyś ojciec Filipa na straganie. Uwaga - przytoczenie tej ciekawostki jest o tyle zasadne, że dalsza część fabuły będzie w dużej mierze oscylowała wokół katastrofy lotniczej. Stąd też możecie czerpać informację, iż autor błyskawicznie zaczyna swoją grę z czytelnikiem. Jak możecie się słusznie domyślać zniknięcie samolotu z narzeczoną Berga na pokładzie, stanowi kolejny element tej raz mniej, a raz bardziej ekscytującej przygody. Później dołączają jeszcze jakieś demony, egzorcyści i stare baby z brakami w uzębieniu - czyli wszystko to, co świetnie sprawdza się w powieści, ale trochę gorzej w komunikacji miejskiej.

Mróz w swojej powieści korzysta z ogranych schematów, znanych głównie z klasycznych filmów i powieści grozy. Wszyscy doskonale kojarzą obraz opętania przedstawiony w Egzorcyście, a polski autor nie decyduje się w nim zbytnio mieszać. Od siebie dodaje tylko plastyczny język i umiejętność zgrabnego snucia historii, którą po prostu chce się czytać. Ponadto wrzuca sporo zakulisowych ciekawostek, wplatając do swej opowieści całkiem solidnie przygotowany research dotyczący pracy facetów w czerni (i nie, nie mam na myśli Willa Smitha i Tommy’ego Lee Jonesa, choć to mogłoby być nawet zabawniejsze).  Zakończenie jest chyba najbardziej kontrowersyjnym elementem do oceny - niby ciekawe i nieschematyczne, ale z drugiej strony nieco wymuszone i sprawiające wrażenie pośpiesznie stworzonego na potrzeby deadline’u. Może zabrzmi to jak bluźnierstwo, ale przypomniało mi trochę metodę finalizowania powieści u Stephena Kinga, który zmaga się z bardzo podobną przypadłością.

Jeżeli spodziewacie się czegoś odkrywczego i ambitnego - darujcie sobie. To książka dla ludzi traktujących lektury wyłącznie jako źródło rozrywki, chcących poznać lekką historię, napisaną w stylu Dana Browna, ale nie przez Dana Browna, dla tych których odrobinkę przeraża możliwość istnienia demonów, diabłów, czartów, biesów, złych duchów, sił nieczystych, nauczycielek od fizyki i tego całego paskudnego tałatajstwa. A jak ktoś jest tak ambitny, że go razi jak ktoś w ogóle może coś takiego czytać, niech idzie być ambitnym gdzie indziej. Ja jestem głupi, wyrosłem z takiej tradycji i nie życzę sobie, żeby czytali mnie mądrzy ludzie!

Moja ocena to: 6/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz