piątek, 6 lipca 2018

Don Winslow - "Z psich pazurów"


Ileż razy mieliśmy już do czynienia z autorami horrorów, którzy w niczym nie ustępują Kingowi, powieściami fantasy, które biją na głowę Władcę Pierścieni, czy historiami kryminalnymi przypominającymi Ojca Chrzestnego? Nie przeszkadza to jednak kolejnym marketingowym samobójcom w ozdabianiu okładek dumnie brzmiącymi i często niesamowicie bzdurnymi hasłami. Z czasem to krótkie zdanie, mające przyciągnąć wzrok ewentualnego nabywcy, staje się wręcz czynnikiem odstraszającym. I tylko w ten sposób jestem w stanie wytłumaczyć sobie brak komercyjnego sukcesu powieści Dona Winslowa, Z psich pazurów, na polskim rynku.

Zacznijmy od tego, że porównania do Ojca Chrzestnego w tym jednym przypadku nie są całkowicie chybione. Oczywiście bardziej zasadne byłoby odwołanie się do popularnego ostatnio serialu Narcos, ale włoska mafia i meksykańscy handlarze narkotyków hasają się mniej więcej po tej samej stronie moralnej łąki. Ta meksykańsko-kolumbijska jest tylko troszkę bardziej zarośnięta trawą, makami i krzewami koki, ale przy odrobinie dobrej woli, takie porównanie wydaje się być uprawnione.

W gęstym klimacie narkotykowych wojen, przyjdzie nam śledzić poczynania kilkunastu bohaterów. Z jednej strony poznamy losy agentów DEA, mniej lub bardziej zaangażowanych w rozbijanie dochodowych interesów narcotraficantes, z drugiej zaś przeplatające się historie opowiedziane z perspektywy meksykańskich handlarzy walczących o wpływy, zawodowych morderców wykonujących swoją robotę, przedstawicieli włoskiej mafii, których nigdy nie może zabraknąć, prominentnych głów kościoła, polityków po każdej stronie granicy, ekskluzywnych prostytutek, chińskich przemytników broni etc. Oczywiście - nieraz można się w tej całej gmatwaninie wątków pogubić, ale to chyba właśnie w tej mnogości tkwi część uroku prezentowanej powieści.     

To co najlepsze w książce Winslowa to ciągła niepewność. Choć autor serwuje nam całe zastępy bohaterów, nie ma przy tym oporów przed ich uśmiercaniem. Ciała zaczynają się piętrzyć już po kilkunastu stronach, a z czasem jest tylko lepiej (albo gorzej - zależy co kogo kręci). Mało tego - na naszych oczach do piachu wędrują ludzie, do których w jakiś dziwny sposób jesteśmy w stanie się przywiązać. Autor kreuje swoich bohaterów w taki sposób, by każdy z nich miał choćby szczątkowy charakter lub cechę wyróżniająca go spośród reszty. Często więc śmierć nawet najmniej znaczącego pionka, może okazać się w dziwny sposób przytłaczająca i zwyczajnie smutna. Mało jest książek, którym udało się mnie zasmucić. W dodatku nie spotkamy tu raczej bohaterów, którzy mogliby umrzeć ze starości - w świecie tortur, zdzierania skóry z twarzy na żywca i obcinania kończyn w celu wzbudzenia strachu, trudno o dożycie sędziwego wieku. Wrażliwi czytelnicy muszą więc liczyć się z tym, że natrafią na opisy, które będą dla nich trudne do przełknięcia. Ba, opisy często inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, na których Winslow mocno bazuje.

Do tego otrzymujemy świetne zakończenie, które zdołało utrzymać mnie w niepewności do samego końca. W dodatku nie jest cukierkowe, a po głębszym przemyśleniu ma nawet bardzo gorzki wydźwięk.  

Jeżeli miałbym się do czegoś na siłę przypieprzyć to: nie podoba mi się okładka (sama w sobie sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z tanią sensacją, a nie misterną i wielowątkową opowieścią, jaką jest w rzeczywistości) z wspomnianym już tandetnym porównaniem do Ojca Chrzestnego. Ponadto miałbym kilka zarzutów do tłumacza i korektora. Po pierwsze trafiło się tu parę literówek. Po drugie część zdań przetłumaczono kontrowersyjnie. Gdy zawodowy morderca idzie „robić siusiu”, a nie „odlać się”, to dzieje się źle. Takie wpadki, choć nieliczne, trochę burzyły klimat. Mam też pewne zarzuty do wiarygodności historii - szczególnie w momentach, gdy sceny poznawania się niektórych bohaterów, upraszczano do zdawkowej wymiany zdań, by po chwili poinformować nas, że od tego momentu stali się najlepszymi przyjaciółmi. To trochę kontrastuje w zderzeniu ze szczegółowymi opisami artykułów żywnościowych, które jedna z postaci kupuje w sklepie. Cóż z tego, skoro całość nadal pochłania się błyskawicznie i z wypiekami na twarzy?

Moim zdaniem to jedna z lepszych sensacji, jakie miałem w łapach. Jeżeli nie boicie się natłoku wątków, mocnych wrażeń, sporej ilości akcji i ciężkiego tła politycznego, powinniście być zadowoleni. Osobiście czuje się zafascynowany.

Moja ocena to: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz